Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Oskar Kalarus,

"WIELKIE NADZIEJE" NARESZCIE SPEŁNIONE?

A A A
„Wielkie nadzieje” Charlesa Dickensa są jedną z częściej ekranizowanych powieści. Od początku XX wieku w zasadzie w każdym dziesięcioleciu ukazywały się – w liczbie od jednej do trzech – nowe filmowe wersje tego dziewiętnastowiecznego klasyka. Popularność utworu nie dziwi ani trochę, jest to przecież znakomicie napisana, pełna wyrazistych bohaterów, komicznych sytuacji i nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o dojrzewaniu, miłości, przyjaźni i – przede wszystkim – tytułowych wielkich nadziejach. Główny bohater, Pip – sierota wychowywany przez siostrę i jej niezbyt rozgarniętego męża, prostego kowala o złotym sercu – pewnego dnia, kierując się przede wszystkim strachem, pomaga uciekającemu więźniowi. Jakiś czas później chłopiec zostaje zaproszony do tajemniczego domu bogatej panny Havisham, żeby bawić się z jej przybraną córką. Z czasem okazuje się, że te dwa wydarzenia zaważą na całym jego dalszym życiu.

Pewnym przełomem w poszukiwaniu nowych rozwiązań związanych z adaptowaniem powieści Dickensa była – w moim odczuciu co najmniej nieudana – ekranizacja z 1998 roku, w której w rolę zbiegłego więźnia wcielił się Robert De Niro, a Norę Dinsmoor (raczej niezbyt trafną interpretację panny Havisham) odgrywała Anne Bancroft. Gwiazdorska obsada oraz przeniesienie historii w czasy współczesne sprawiły, że mimo wyraźnego spłycenia opowieści właśnie ta wersja jest do dziś najpopularniejsza. Niemal zupełnie przysłoniła ona o rok późniejszą ekranizację Juliana Jarrolda, w której galernika odgrywał Bernard Hill, a panią Havisham Charlotte Rampling.

Przed omówieniem najnowszej adaptacji „Wielkich nadziei” warto jeszcze wspomnieć o ekranizacji BBC z 2011 roku, gdzie rolę skazańca powierzono Rayowi Winstone’owi, a panią Havisham odgrywała Gillian Anderson. Adaptacja ta została podzielona na trzy niespełna godzinne części, udało się więc opowiedzieć historię we w miarę spokojnym tempie, ze stosunkowo niewielką ilością ominięć i fabularnych uproszczeń względem literackiego pierwowzoru. Wersja ta jest jednak niezwykle ponura: przytłumiona kolorystyka i niemal całkowity brak jakichkolwiek wstawek humorystycznych sprawiają, że mimo zachowania w wysokim stopniu wierności utworowi, zatracony został tak charakterystyczny styl jego autora. To jednak właśnie na tle tego dzieła najłatwiej dostrzec największe zalety filmu Mike’a Newella.

Zupełnie nie dziwi fakt, że spośród gwiazdorskiej obsady tradycyjnie już najbardziej znani aktorzy zostali obsadzeni w dwóch najbardziej wymagających rolach: Magwitcha (Ralph Fiennes) oraz panny Havisham (Helena Bonham Carter). Trzeba przyznać, że oboje spisali się znakomicie. Ich kreacje są wyraźnie zarysowane i budzą w widzu skrajne emocje, a przy tym do samego końca pozostają w pewnym stopniu niejednoznaczne. Panna Havisham na powrót stała się postacią nie tylko tragiczną, ale także na swój sposób komiczną. Natomiast skazaniec w wykonaniu Fiennesa jest prawdopodobnie najlepszą filmową wersją Magwitcha; aktor jednym spojrzeniem potrafi wzbudzić w widzu więcej sympatii i współczucia, niż robił to przez cały film – znakomity przecież w swojej roli – Ray Winstone.

Poszczególne postacie mogą zdawać się przerysowane, a nawet nieco zbyt wyraziste: Jason Flemyng jako Joe Gargery, Robbie Coltrane w roli chłodnego pana Jaggersa, a nawet Ewen Bremner (jedno z najlepszych wcieleń Wemmicka – prawnika, który doskonale odgranicza swoje życie prywatne od zawodowego) sprawiają, że główni bohaterowie, czyli Pip (Jeremy Irvine) oraz Estella (Holliday Grainger) wydają się niemal nijacy i – mimo że nie można im zarzucić niczego, co nie byłoby wpisane w ich postaci – zostają zepchnięci na dalszy plan.

Największym atutem najnowszej ekranizacji „Wielkich nadziei” jest wprowadzenie (zgodnie z książką) wielu scen przerysowanych do granic realizmu i groteski. Warto w tym kontekście wspomnieć między innymi o takich elementach, jak: nieco zdziecinniały staruszek, który każdego dnia wyczekuje armatniego wystrzału – jedynej rzeczy, jaką jest jeszcze w stanie usłyszeć; pani Havisham, która w zupełnej ignorancji daje wystraszonemu dziecku komendę: „Baw się!”; pierwsze zetknięcie Pipa z Magwitchem, kiedy więzień sprawdza zawartość kieszeni chłopca, potrząsając nim do góry nogami, czy wreszcie zupełnie fantastyczne spotkania angielskich dżentelmenów, mające niewiele wspólnego ze spokojnym przesiadywaniem w salonie przy kieliszku wina (jak miało to miejsce chociażby w wersji z 2011 roku).

Na szczególną uwagę zasługuje absolutna naturalność, z jaką udało się wprowadzić w nową ekranizację nawet najbardziej nieprawdopodobne sytuacje i komiczne sceny. Oczywiście, nie czyni to z „Wielkich nadziei” komedii – film wciąż pozostaje dosyć ponurą historią o wielkich marzeniach i oczekiwaniach, które zazwyczaj kończą się bolesnym zderzeniem z brutalną rzeczywistością – jednak dzięki humorowi przedstawiona historia jest mniej patetyczna i przyjemniejsza w odbiorze, a przede wszystkim znacznie bardziej wierna duchowi oryginału niż poprzednie adaptacje.

Mike Newell nie poszukuje nowych sposobów na opowiedzenie doskonale wszystkim znanej historii. Niektórym zatem jego „Wielkie nadzieje” mogą wydać się filmem nudnym, po prostu kolejną ekranizacją tego samego utworu. Uważam jednak, że po nieudanej „unowocześnionej” wersji z 1998 roku oraz absolutnie smętnej ekranizacji z roku 2011 jedna z najlepszych powieści Dickensa wprost potrzebuje tego typu adaptacji, która pozostaje nie tylko wierna fabule oryginału, ale także stara się oddać jego niepowtarzalny klimat.

Największą wadą filmu jest jego długość. Dwie godziny to czas zdecydowanie zbyt krótki, by opowiedzieć tak rozbudowaną historię w sposób, w jaki próbował to zrobić Newell, czyli nie pomijając żadnych istotnych motywów i nadając wyraziste rysy poszczególnym bohaterom. W skutek tego raz po raz, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, widz obserwuje niewielkie luki fabularne i przeskoki między scenami, które aż proszą się o wypełnienia nieco bardziej spowalniające tempo akcji. Można odnieść wrażenie, że bohaterowie podróżują zbyt szybko, zmiany zachodzą zbyt gwałtownie i bez znajomości oryginału trudno jest zmiarkować, ile rzeczywiście upłynęło czasu między poszczególnymi wydarzeniami. Jeżeli jednak przymknie się na tego typu usterki oko, można w pełni cieszyć się prawdopodobnie najlepszą ekranizacją „Wielkich nadziei”, jaka powstała w ciągu ostatnich kilkunastu lat, której do tego, by stać się w pełni udanym filmem, zabrakło prawdopodobnie „tylko” jakiś dodatkowych 30-60 minut.
„Wielkie nadzieje” („Great Expectations”). Reżyseria: Mike Newell. Scenariusz: David Nicholls. Obsada: Jeremy Irvine, Holliday Grainger, Helena Bonham Carter, Ralph Fiennes i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Wielka Brytania / USA 2012, 128 min.