Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Daniel Nettheim, Artur Zaborski,

RANDKA ZE ŚMIERCIĄ

A A A
Artur Zaborski: „The Hunter” to dopiero twój drugi film, na dodatek zrealizowany po upływie dekady od debiutu. Skąd taka długa przerwa?

Daniel Nettheim: Swój pierwszy film, zatytułowany „Angst”, nakręciłem w 1999 roku, tuż po szkole filmowej. Rok później przeczytałem powieść Julii Leigh „The Hunter” i pomyślałem, że to świetny materiał na drugi projekt – coś znacznie bardziej ambitnego. Razem z producentem Vincentem Sheehanem wykupiliśmy trzyletnie prawo do ekranizacji książki. Nie mieliśmy pojęcia, że realizacja i produkcja zajmą nam dekadę. Przez ten czas obaj pracowaliśmy nad innymi projektami, bo musieliśmy z czegoś żyć. Największym problemem przy „The Hunter” było napisanie dobrego scenariusza. Książka jest bardzo osobista i nie poddaje się łatwo adaptacji. Po pierwszym szkicu straciliśmy jednego scenarzystę, a po kilku kolejnych, które stworzyłem sam, zatrudniliśmy kogoś innego. W ciągu ośmiu lat napisaliśmy osiem szkiców. Dopiero wówczas stwierdziliśmy, że scenariusz jest na tyle dobry, by wysłać go do aktorów i producentów.

A.Z.: Seriale telewizyjne stały się poważną konkurencją dla filmów. Czy dlatego skupiłeś się na pracy w telewizji?

D.N.: Pracę w telewizji rozpocząłem tuż po szkole filmowej, czyli na długo zanim stało się to fajne i modne. Wówczas żaden profesjonalny aktor nie podjąłby się zagrania w dłuższym serialu, gdyż gatunek ten uważany był za gorszy. Podobnie było z reżyserami w szkole filmowej: każdy chciał pracować przy fabułach lub reklamach. Nikt nie był zainteresowany telewizją. Wybrałem tę ścieżkę kariery, bo przynosiła realny zarobek. A przy okazji mogłem doskonalić swój warsztat, codziennie pracować z aktorami i ekipą, a nie czekać na kolejny film pięć czy dziesięć lat. Doświadczenie, którego nabyłem przez dwanaście lat pracy w telewizji, okazało się niezwykle cenne pomiędzy moim pierwszym a drugim filmem.  

A.Z.: Działasz na przekór trendom. Wydajesz się zainteresowany kinem gatunkowym, które staje się coraz mniej popularne. Co cię w nim tak pociąga?

D.N.: Zawsze lubiłem oglądać thrillery, zwłaszcza te z politycznym zacięciem. Jestem wielkim fanem Nowego Kina Hollywood lat 70., które było dla nas wielką stylistyczną inspiracją, kiedy kręciliśmy „The Hunter”. Tak jak tamte filmy, nie jest to gatunkowo czysty thriller. Książka to refleksyjna opowieść, w której najważniejszy jest bohater. Elementy thrillera są w niej ledwo widoczne. Musieliśmy się sporo napracować, by je wyciągnąć na pierwszy plan. Chciałem, by mój film docierał do trzewi, ale także miał napięcie i suspens. Użyliśmy więc konwencji thrillera, by zwiększyć emocjonalny ładunek historii.

A.Z.: Czy chciałeś w ten sposób przekonać masową publiczność do ambitnego kina czy raczej wybrednych widzów do popularnego gatunku?

D.N.: Osobiście wolę kino ambitne od tego przeznaczonego dla „masowej publiczności”. Bardzo chciałbym kręcić filmy dla szerokiego grona odbiorców, ale do tej pory tematy, które wybierałem oraz ich potraktowanie nie były zbyt komercyjne. Sądzę więc, że „The Hunter” jest przeznaczony dla tych, którzy doceniają tempo i intelektualną zawartość filmu arthouse’owego, ale lubią również element podniecenia, który wywołuje komercyjny thriller.

A.Z.: Tak jak wspomniałeś, powieść Julii Leigh nie poddaje się regułom gatunku. Co więc cię w niej zaciekawiło?

D.N.: Wiele rzeczy. Po pierwsze, to piękna literatura napisana wspaniałym językiem. Jednak to nie dlatego uznałem, że to dobry materiał na film. Najbardziej ujęła mnie podróż wewnętrzna bohatera, a oprócz tego niesamowite krajobrazy, które stanowiły tło historii. Podobała mi się przestrzeń i oszczędność w opowiadaniu – fakt, że film może operować minimum dialogu i dużą dawką ciszy. Myślę, że przemówiło do mnie połączenie intymnej opowieści o człowieku z dramatycznym tłem.

A.Z.: W „The Hunter” natura jest tak samo ważnym bohaterem, jak człowiek. Skupiasz się na konflikcie między nimi. Nie wierzysz w ich symbiozę?

D.N.: Relacje człowieka z naturą zawsze były napięte, szczególnie w Tasmanii. Kiedy koloniści po raz pierwszy przybyli na wyspę, próbowali okiełznać australijską dzicz, odtworzyć obraz Anglii, ich ojczyzny. Postanowili usunąć bądź zniszczyć wszystko, co mogłoby stanowić zagrożenie dla tej wiejskiej idylli. Dlatego wszczęli wojnę przeciwko Aborygenom i doprowadzili do ich całkowitej anihilacji. Wycięto lasy, by stworzyć łąki dla owiec, a tygrysa tasmańskiego, którego niesłusznie wzięto za drapieżnika polującego na owce, zupełnie wytępiono. Dopiero w połowie XX wieku pojawiła się świadomość tego, jakie zło wyrządzamy. Było już wtedy za późno, by ocalić ten gatunek. Zaczęto jednak walczyć o uratowanie tasmańskiej dziczy, zwłaszcza o zaprzestanie wycinki lasów.

A.Z.: O czym często opowiada australijskie kino.

D.N.: W kinie australijskim jest wspaniała tradycja badania związku człowieka i natury. Myślę o klasyce: „Pikniku pod Wiszącą Skałą”, „The Chant of Jimmy Blacksmith” czy „Walkabout”, a ostatnio – „Propozycji” i „Fortepianie” Jane Campion (którego akcja rozgrywa się właściwie w Nowej Zelandii). „The Hunter” wpisuje się w tę tradycję, a relacje Martina z naturą odzwierciedlają to, jak ja postrzegam relacje człowieka z naturą w ogóle. Z jednej strony Martin szanuje naturę – dobrze ją rozumie, wie, jak w niej przetrwać, docenia to, na co ją stać. Ale z drugiej strony – niszczy ją. Pracuje dla korporacji napędzanej żądzą zysku, firmy, która chce bezlitośnie wykorzystać naturę dla pieniędzy.

A.Z.: Tasmania dla widzów spoza Australii to miejsce kompletnie egzotyczne. Czy ulokowanie opowieści właśnie tam ma jakieś znaczenie dla uniwersalizmu tej historii? 

D.N.: Tasmania jest jednym z wielkich frontów w walce o ochronę natury przed technicznym postępem. Jest również niezwykle piękna i dziwnie egzotyczna, nawet dla mnie, rdzennego Australijczyka. Mam zatem nadzieję, że jej obrazy w filmie wywołują w widzu respekt dla majestatu natury i skłaniają do refleksji.

A.Z.: Główny bohater poszukuje w twoim filmie wymarłego gatunku. Symbolicznie Martin szuka jednak śmierci, z którą chce stanąć twarzą w twarz.

D.N.: Masz rację, Martin idzie na randkę ze śmiercią. Podróż konfrontuje go z jego własnym nieuchronnym odejściem. Jest zmuszony zadać sobie głęboko osobiste pytania: „Czy nadal chcę żyć tak jak do tej pory?”, „Czy mogę się zmienić, szukać odkupienia za moje decyzje z przeszłości?”. Drugie z nich ma także wymiar ogólnoludzki: „Czy możemy odkupić nasze błędy z przeszłości?”. Wymarcie tygrysa jest symbolem wielkiego błędu, którego nie możemy naprawić, podczas gdy możliwość odnalezienia go oferuje nam szansę na zbawienie.

A.Z: Biorąc pod uwagę poprzednie role Willema Defoe, aktor ten wydawał się idealnym wyborem. Od razu wiedziałeś, że powinien zagrać Martina?

D.N.: Willem od początku znajdował się na mojej liście wielkich aktorów, których widziałem w tej roli. Pomysł na obsadzenie go zrodził się po tym, jak zobaczyłem go na starym fotosie z „Plutonu”. Kiedy pracowałem nad wczesnymi wersjami scenariusza, na myśl o bohaterze nasuwała mi się jego twarz. Dopiero osiem lat później wysłaliśmy mu szkic scenariusza. Odpowiedział w ciągu tygodnia, wyrażając swoje zainteresowanie projektem. Spotkałem się z nim w Nowym Jorku kilka tygodni później. Przez godzinę rozmawialiśmy o historii i bohaterze, po czym powiedział mi, że chce nakręcić z nami ten film. Kolejny rok zajęły nam negocjacje, dogranie umowy i zsynchronizowanie grafików. Jednak Willem cały czas był z nami. Trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek inny aktor mógł zagrać tę rolę lepiej.

A.Z.: Australijscy reżyserzy, tak jak i aktorzy, zdają się z łatwością podbijać Hollywood. Czujesz pokusę, by iść tą samą ścieżką?

D.N.: Bardzo chciałbym zrobić film w Hollywood, ale myślę, że moja wrażliwość jest raczej bliższa kinu europejskiemu. Mam nawet projekt, który chciałbym zrealizować w Polsce. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. 

Autor wywiadu jest redaktorem serwisu stopklatka.pl.