Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Michał Chudoliński,

ODGADNĄĆ DEMOKRATURĘ

A A A
W swoim najnowszym dziele Igort opisuje zbrodnie współczesnej Rosji, stawiając akcent raczej na artystyczną kreację niż dziennikarski dokumentalizm. Za mało w „Dziennikach rosyjskich” rozmów z naocznymi świadkami nadużyć władzy oraz ze zwykłymi obywatelami, zbyt wiele zaś retrospektyw dotyczących Anny Politkowskiej oraz prób uchwycenia istoty rosyjskiej duszy. Włoskiego twórcę można (częściowo) usprawiedliwić z kilku powodów. O dzisiejszej Rosji trudno dyskutować chociażby dlatego, że sowieckie zbrodnie i kłamstwa nie spotkały się z powszechnym potępieniem, jak to miało miejsce z nazizmem czy faszyzmem. O kraju tym mówi się obecnie z respektem powodowanym racjami geopolitycznymi. To wciąż największe państwo świata, posiadające wiele istotnych złóż naturalnych. Ów szacunek jest przy tym naznaczony groteską, by nie powiedzieć – zaślepieniem. Nikt bowiem na międzynarodowej arenie nie ma odwagi otwarcie zauważyć, że kolos stoi na glinianych nogach: postępujące starzenie się społeczeństwa, epidemia AIDS oraz problemy natury gospodarczej sprawiają, że Matuszka Rossija nie jest tak mocna jak kiedyś. 

Zachód woli jednak podtrzymywać równowagę sił z okresu zimnej wojny, utrzymując mit Rosji jako potencjalnego wroga, zamiast zmusić ją do ustępstw i przyznania się do historycznych przewin. Jak zostało powiedziane w filmie „Dobry agent” Roberta De Niro, „to jedynie zamalowana rdza. Podtrzymujecie rosyjski mit, bo od niego zależy Wasza (Zachodu, a nade wszystko USA) potęga przemysłowa i militarna”. Choć Rosja posiadała broń atomową, to w gruncie rzeczy zagrożenie było znikome – do czasu jednak, gdyż ambiwalentna postawa Zachodu nie trwała długo, a do władzy doszedł Władimir Putin, który obecnie krok po kroku odbudowuje militarną potęgę swojego kraju, reanimując tradycje rosyjskiego wywiadu. Tym samym macki rosyjskiej demokratury (putinowskiej dyktatury skrytej za polityczną poprawnością oraz pozorami demokracji) w postaci FSB potrafią sięgnąć wszędzie, czego świadectwem jest śmierć Borysa Bieriezowskiego czy Anny Politkowskiej, otwarcie krytykujących wodzowskie zapędy Putina.

Z powyższych względów Igort nie chciał pisać między wierszami o świadkach patologii rosyjskiej władzy. Nie chciał ujawniać ich prawdziwych nazwisk ani miejsc zamieszkania. Nie chciał opisywać ich najbliższego otoczenia ani obrazować nastroju tego miejsca, w którym przemoc, a nawet działania wojskowe są na porządku dziennym. Wiedział, że może to skończyć się prześladowaniami tychże osób, o których mógłby się dowiedzieć właściwie po fakcie, gdy już zostałyby zamiecione pod dywan. Dla autora, którego prace publikowane są w trzydziestu krajach na całym świecie, ujawnianie takich informacji wiąże się z ogromnym ryzykiem. Tym samym nie mogła zostać powtórzona formuła „Dzienników ukraińskich”, tak mocno zanurzonych w radzieckich czasach, które – choć nadal mają znaczenie – to bezpowrotnie minęły.

W kwestii treści autor musiał zatem iść na kompromisy. Oprócz prezentowania wywiadów z Rosjanami, które stanowią jedynie cząstkę albumu, Igort stara się zrozumieć rosyjską duszę, składając hołd Annie Politkowskiej. Dziennikarka, brutalnie zamordowana na rozkaz rosyjskich władz w windzie swojego bloku, była według niego jedną z nielicznych wysp wolności w tamtejszej rzeczywistości. Rozmawiając z jej znajomymi oraz poznając jej zamiłowanie do Dostojewskiego czy Tołstoja, Igort stara się odkryć wewnętrzne rany, które nadal krwawią w rosyjskim narodzie.

Pod względem graficznym „Dzienniki rosyjskie” potrafią przeszyć duszę. Sposób, w jaki Igort za pomocą pastelowych barw, nawiązań do dzieł Picassa oraz budowania przejmującej narracji między mrocznymi kadrami tworzy atmosferę strachu, indoktrynacji, dogmatyzmu i nienawiści, jest wprost hipnotyzujący. Autor „5 to liczba doskonała” celnie demaskuje zakłamanie obrazu rzeczywistości wytwarzanego przez Rosjan w celu manipulowania Czeczenami oraz mieszkańcami dawnych republik radzieckich. Zdaje sobie przy tym sprawę, że dogmatyzm sam w sobie to podpierana zarówno przez język, jak i dyskurs społeczny mentalność, która nadaje znaczenie ogólnonarodowej narracji i odpowiada za tworzenie świata, mogącego nie mieć nic wspólnego z ogólnie pojmowaną prawdą.

Wydobywanie na jaw zakłamania rosyjskich funkcjonariuszy, połączone z obrazem ich osobistych dramatów oraz cierpień więźniów tamtejszych łagrów, nie pozostawia czytelnika obojętnym. Sztuka Igorta, podobnie jak dawne filmy Pasoliniego, łączy naturalizm przemocy i bólu z realistycznym obrazem opisywanego miejsca, opakowując to wszystko w wyrafinowaną plastyczność. Poprzez czarne stronice Igort doskonale oddaje poczucie pustki i osamotnienia. I, co ciekawe, nawet omawiając wybitnie egzystencjalne zagadnienia, nie rezygnuje ze społeczno-politycznego komentarza.

Mimo to „Dzienniki rosyjskie” (w odróżnieniu od swoich poprzedników) nie są do końca przemyślane, jakby Igort nie potrafił zdecydować, czy chce być bardziej rzetelny i zbierać materiał, czy też woli puścić wodze wyobraźni. Warto jednak przeczytać jego komiks ze względu na niesamowitą, dającą wiele do myślenia warstwę graficzną. To komiks zaangażowany, poprzez rysunki wyśmienicie oddający nastroje dzisiejszej Rosji, jej lęki, zaniedbania oraz bolączki. „Dzienniki rosyjskie” to zarazem lektura wymagająca i gorzka, ale uświadamiająca istotę dramatu wielu Rosjan walczących w swoim kraju o prawa człowieka i demokratyczne wartości. Z pewnością jest to jeden z najlepiej wydanych komiksów tego roku i najpiękniej się prezentujących, bez względu na ponurą tematykę.
Igort: „Dzienniki rosyjskie”  („Quaderni russi. La guerra dimenticata del Caucaso”). Tłumaczenie: Marzena Sowa. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2013.