Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Maciej Duda,

ZAGUBIONY POTENCJAŁ

A A A
Wojna/trauma w oczach Innego – tak w skrócie można by scharakteryzować twórczość Swietłany Aleksijewicz, ale też wyjaśnić powód popularności, jaką w ciągu zaledwie trzech lat od premiery pierwszego polskiego przekładu zyskała autorka. Jej popularność legitymować może także fakt przyznania jej dwóch ważnych literackich nagród – Angelusa i Nagrody Kapuścińskiego (zasięg obu nie wydaje się ograniczać tylko do środowiska krytycznoliterackiego; obie mocno rezonują w świadomości czytelników prozy środkowoeuropejskiej i reportażu). Od 2010 roku ukazały się w Polsce trzy ważne teksty tej białoruskiej dziennikarki. „Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy” są najnowszym tłumaczeniem jej rozmów, wywiadów, reportaży. I wraz z ich lekturą zaczyna się problem, ponieważ, paradoksalnie, kolejna (w polskiej chronologii wydawniczej) pozycja Aleksijewicz, która oddawać ma głos tym dotąd niewysłuchanym, a więc  ich upodmiotowić, wcale tego nie robi. Dostaliśmy dotąd relacje rosyjskich kombatantek, uczestniczek drugiej wojny światowej, dostaliśmy opowieści zapomnianych przez państwo ofiar Czarnobylskiej apokalipsy, teraz z kolei głos zabrać mają dzieci. W tym punkcie z gruntu słuszny i ciekawy projekt, jakim jest praca pisarska Aleksijewicz, staje się nijaki. Nie tyle przez powtarzanie reporterskiego gestu, ile przez formę, która kształtuje „Ostatnich świadków”.

Brak komentarza autorskiego, przytaczanie słów interlokutora, jego opowieści, przejmowanie czyjegoś języka, brak oceny, wartościowania – wszystko to ma być wykładnią reportażu, jak najmniej zapośredniczonego przekazu prawdziwych świadków wojny. Z nimi też spotyka się dziennikarka, z rozmówcami i rozmówczyniami, którzy przekazać jej mają swoje dziecięce doświadczenia, ukazać wojnę oczami dziecka. Wojenne historie kilkuletnich białoruskich dzieci są oczywiście historiami dorosłych, którzy do czasów dzieciństwa i wojny wracają na prośbę interlokutorki. To właściwie główny szkopuł tego zbioru, ponieważ narracje zebrane w jednym tomie nie zostały poprzedzone wstępem ani też uzupełnione posłowiem, które uwrażliwiłoby odbiorców na kontekst prowadzonych monologów i upływ czasu między opisywanymi zdarzeniami i momentem wygłaszania zamieszczonych w tomie narracji. Uwzględnienie kontekstu i czasu mogłoby rzucić nowe światło na coś, co czytelnika może łatwo odstręczyć – na powtarzalność, na kalki, które stosują wszystkie narratorki i narratorzy. Ich historie tak naprawdę są jedną i tą samą opowieścią zbudowaną wokół kilku zdarzeń, historią niekoniecznie chronologiczną, raczej opartą na powtarzalności motywów, porzucającą ciągi przyczynowo-sutkowe. Tak też działać może pamięć, nie po linii dat, tylko sieciowo, łącząc zapachy, osoby, miejsca, uczucia. Ważniejszy jednak wydaje się fakt, że struktura owych historii nosi znamię nie tyle pracy pamięci, co kulturowego przekazu, gminnej wieści czy mainstreamowego, przyciętego do odpowiedniej formy komunikatu, który w dość naturalny sposób ukształtował narracje zebrane w „Ostatnich świadkach”. Jeśli prześledzi się pisma badaczy literatury wspomnieniowej, szczególnie nurtu dziecięcego świadectwa, który w polskiej prozie dość mocno objawił się na przełomie XX i XXI wieku, łatwo da się wychwycić zależności owych beletryzowanych wspomnień od popularnych, oficjalnych opowieści ukazujących się we wcześniejszych latach. Fabułę zastępuje w nich przeżycie, batalistykę i bitwę perspektywa cywila, propagandę cierpienie partyzantów. Ten sam zwrot wykorzystuje Alesijewicz, tyle że nie tworzy ona beletrystki a quasi-dokument, pozbawioną patosu historię dzieci partyzantów, którzy poszli walczyć i bardzo często nie wrócili do domu. Historię rodzin, które z dnia na dzień zostały zaskoczone wojną. Ta wdarła się w ich miasta i wsie bez ostrzeżenia ówczesnej władzy, także zaskoczonej, pełnej buty albo przepełnionej obojętnością wobec wojennego losu cywili. Motywacja działań władz, a właściwie ich braku, nie zostaje tutaj jednak zgłębiona. W zebranych opowieściach zło jest po prostu czymś, co za każdym razem przychodzi z zewnątrz i burzy dotychczasową arkadię.  W ten sposób nie może wiązać się z działaniami sił wewnętrznych. Jednak to, że zbiór Aleksijewicz budowany jest w kontrze do wcześniejszych wojennych relacji, nie oznacza jeszcze, że zawarta w nim perspektywa jest opowieścią jednostkową, wywrotową. Ta także poddana zostanie, czy raczej ukształtowana przez zbiorową pamięć. To w niej mieścić się będą powtarzane obrazy zdychających zwierząt, smrodu, bosych wędrówek, cudownych odnalezień, głodu i ocalenia na sekundę przed egzekucją. Ilość i równoległe zestawienie wszystkich  monologów odsłania zależność tych podmiotowych historii i jednocześnie czyni je kalkami, zbiorami toposów, przez co odbiera im potencjał. Czytelnik szybko domyśli się, że kolejna relacja oscylować będzie wokół pasywnie postrzeganej zależności dziecka od rodziny i opiekunów (przypadkowych bądź nie), a jej interwały wyznaczać będą kolejne pory roku, samolotowe naloty lub śmierci.

Potencjał tego tomu drzemie nie w jednostkowości cywilnej opowieści, lecz zupełnie w czym innym. Okładkowa nota profesora Jerzego Kochanowskiego, który pochyla się nad tragedią małego człowieka, mogłaby zostać zastąpiona notą odwołująca się nie tyle do humanizującej, co narodowej lektury książki Aleksijewicz. Dopiero takie lekturowe przecięcie wydaje się ciekawą i mocną próbą dla polskich czytelników, którzy zmierzyć muszą się z relacjami mieszkańców ziem odzyskanych, czyli z polskiej perspektywy odebranych, którzy usłyszeć muszą głos ofiar, przynajmniej równolegle pojmowany do własnych krzywd. Soczewka narodowa i historyczne kolonialne zapędy (nader częste) oraz postkolonialne naleciałości to tygiel czy konteksty, które utrudnić mogą polską lekturę „Ostatnich świadków”, także dlatego, że struktura tłumaczenia również przyległa jest białoruskiemu, nie polskiemu paradygmatowi (wielokrotne sufiksy –śmy czy użycie drugiego czasownika w obrębie jednego zdania w formie trzeciej osoby liczby mnogiej, w przeciwieństwie do pierwszego czasownika, którego prefiks wskazuje na  pierwszą osobę tejże liczby). Struktura języka, narodowość, cierpienie, paradygmat wygnania z naszej ziemi, z arkadii – wszystko to wyostrzać może bariery, z którymi musimy się zmierzyć. I dobrze. Tutaj też upatruję potencjału tych narracji. W zderzeniu się z krzywdą tych, którzy byli po drugiej stronie barykady, nawet jeśli przez chwilę walczyli z naszym wojennym wrogiem. W poznaniu ich cierpienia i ucieczce przed narodowym myślowym schematem budowanym przez historię pisaną z wielkiej litery tkwi coś cennego, coś co spowodować może czytelniczą autorefleksję nad własną postawą.
Swietłana Aleksijewicz: „Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy”. Przeł. Jerzy Czech. Wołowiec 2013 [seria: reportaż].