Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Urszula Pawlicka,

MENTALNY KATAKLIZM

A A A
Wszyscy tańczą w rytmie gangsta, noszą czarne koszulki z napisem CHUPA CHUPS i wierzą w Juliusa Nex i Nathana Evo. „Coraz trudniej uwierzyć w ten porządek świata, / W naturalne wybrzuszenia, tektoniczne wstrząsy / I brudne śniegi obok porzuconego na stoku ratraka” – Krzysztof Śliwka obserwuje rzeczywistość na tyle przekrzywioną i wyjałowioną, że poddaje w wątpliwość sens angażowania się w jakiekolwiek sprawy. „Jestem dzisiaj wyprany z emocji” – fraza z rozpoczynającego tom wiersza obnaża jego poczucie bezsilności i chęć totalnego odcięcia się od codziennego show. Jednak już w innym miejscu padną dosadne słowa: „Generalnie, jebią mnie sprawy tego świata” – na tyle emocjonalne, że trudno uwierzyć, by potrafił ubrać koszulkę z napisem CHUPA CHUPS, założyć słuchawki na uszy i oddać się medytacjom. Śliwka nieustannie balansuje pomiędzy dwiema sferami życia, jakby do końca nie potrafił nad nimi zapanować bądź nie był w stanie ich pogodzić. Co liczy się bardziej: „raport z przekrzywionej wieży” z 10 kwietnia 2010 roku czy fakt, że synowi wyrzynają się kolejne zęby? Śliwka im bardziej chce odejść do przestrzeni prywatnej, tym mocniej odczuwa obecność świata zewnętrznego. Jest oczywiste, że nie da się wyizolować od rzeczywistości i mieć „generalnie wyjebane”, kiedy synowie wychowują się na Hero Factory, a wiadomości donoszą, że „Ana Julia Torres ze schroniska dla zwierząt całuje lwa o imieniu Jupiter”. Im bardziej odpycha nas ten absurdalny i żałosny świat, tym silniej wywołuje w nas uczucia niepozwalające na bycie obojętnym. Tu gangsta miesza się z hasłami o Polskę – bezsilność bije się z wściekłością.

 

Prywatność, tożsamość, apolityczność, codzienność egzystencji – dominujące we wcześniejszych tomikach zagadnienia – ulegają modyfikacjom w najnowszej publikacji „Budda Show”. Codzienność uwikłana jest w popkulturę, a tożsamość ludzi kształtowana jest przez „wyblakłe” hasła dotyczące ojczyzny, narodu i Boga. Śliwka opisuje świat, w którym nie ma już wielkich ideałów i czynów – koszulki zamiast napisu MUZYKA PRZECIWKO RASIZMOWI mają hasło CHUPA CHUPS, a Janosik podrywa Marynę na Hondę. Obok ironicznych opisów, wyraźnie krytykujących rzeczywistość, pojawiają się narracyjne opisy idylli naszych czasów. Balladą o prostym szczęściu jest historia robotników „w pomarańczowych kamizelkach, którzy stojąc przy barakowozie, zacierają ręce na myśl o końcu dniówki”.

 

Śliwka prezentuje dwie postawy: jedną polegającą na powierzchownym manifestowaniu spłaszczonych już ideałów, drugą na zaspokajaniu prostych pragnień. Obie składają się na obraz „mentalnego kataklizmu” – sformułowanie Śliwki przejawia całkowitą bezradność językową, jakby autor nie potrafił już znaleźć odpowiednio mocnych słów oddających tę apokalipsę. Autor przechodzi od historii prywatnej do społecznej, od egzystencjalnej do politycznej, zmieniając przy tym język z refleksyjnego na dosadny, z poetyckiego na narracyjny. Obok prostych historii o mężczyznach obłowionych żelastwem i dzielących się tanim piwem z Tesco, zostawiających po sobie „dymiące pojary i swąd gnijącego mięsa”, pojawiają się fragmenty-dowcipy: „Na trzecim tripie ukazał się Budda. Miał przeżarte / Szkorbutem zęby i wystające żebra. Stał nago / Przed sklepem jubilerskim i mówił do zgromadzonych: «Z niczym przychodzę, z niczym odchodzę; / Jeżeli chcecie mojej miski i szaty, / Weźcie sobie tę parę gołych jaj»”. Śliwka bawi się językiem, bo jakżeby inaczej – w końcu to na rozrywce oparty jest mechanizm współczesnego świata. Od śmiechu jest jednak blisko do śmierci – i to jest ta myśl, niczym cumulus wiszący nad codziennym show.

 

„Z wysokości ósmego piętra patrzyłem na zesztywniałe od zimna / miasto, na oznaczone czerwonymi jupiterami kominy elektrociepłowni / i opalizujące od telewizorów okna. Bliżej, w zasięgu ręki, wirowało suche od kaloryferów powietrze: brak powietrza” – fragment z utworu „Dobra noc do widzenia” z tomiku „Rzymska czwórka” ukazuje to, co wcześniej obecne było w jego wierszach – opisy nudnej codzienności, surowego miasta i sztucznej rzeczywistości, w której ogrzewa telewizor zamiast słońca. Znakami życia było wydostające się spod kół samochodu błoto, spękane chodnikowe płyty czy przepełniony kontener. Cykl życia, oddany tytułowym zwrotem „dobra noc do widzenia”, wykazywał jego przewidywalność, monotonność, a co za tym idzie – poczucie duszności i ograniczenia. Stąd pojawiające się opisy podróży do wciąż różnych miejsc, z mapami, które „ulegały przedawnieniu”. Wędrówki i niezwiązany z nim przymus zakorzenienia czy obserwacja świata z ósmego piętra wyraźnie oddają dystans wobec rzeczywistości. Pragnieniu oderwania się od świata towarzyszyła wiara w wielkie ideały oraz przeświadczenie o posiadaniu niezwykłej siły niszczącej wszelkie zasady. Celem było wzbić się na wysokość ósmego piętra, wbrew prawu Newtona, i obserwować ten „ziemski kosmos”, którego chciało i nie chciało się być częścią.

 

W „Budda Show” następuje diametralna zmiana stosunku wobec świata, widoczna w przyjęciu odmiennego punktu widzenia: „Kiedyś chciałem zostać kosmonautą. / Teraz ciągnie mnie w dół”. Obserwacja świata z ósmego piętra zostaje zastąpiona doświadczaniem go od wewnątrz – z tej perspektywy łatwiej dostrzec wszelkie absurdy i skrzywienia. „Janosiki i ich zabłocone Hondy, na których uprawiają motocrossowy freestyle ku radości pulchnych Maryn” są bardziej interesujący niż kominy elektrociepłowni. Karykaturalne przedstawienie legendarnych postaci wskazuje, z jednej strony, na wiecznie żywe symbole i towarzyszące im schematy, z drugiej zaś, na żałosność odgrywanych gierek sprowadzających się do fizyczności i rzeczy.

 

W świecie – w którym rzeźby w ogrodzie mają postać kilkumetrowego ołówka, czerwonego, z idealnie zatemperowaną końcówką, niczym prototyp rakiety – mieszają się wszelkie znaki i porządki. Symbol wojny w rajskim ogrodzie Eden przedstawia się jako coś skrajnie irracjonalnego, absurdalnego, na którego odpowiedzią może być jedynie stwierdzenie: „jestem dzisiaj wyprany z emocji”. Śliwka jednak próbuje ustawić się wobec tej karykaturalnej rzeczywistości i zaproponować dwie drogi, zawarte we fragmencie: „Jesteśmy w ciągłym ruchu, / Czy tego chcesz, czy nie, potem topniejemy / Jak lodowiec, dzień po dniu, i wsysa nas ocean, / Albo cicho zapadamy się pod ziemię”. Pozycja, jaką może przyjąć człowiek jest w zasadzie prosta: albo zostanie „wessany przez ocean” – i tym samym podda się zasadom większości, albo „cicho zapadnie pod ziemię” – co oznacza wierność własnym przekonaniom i odcięcie się od ludzi. Konkluzja ta nie jest odkrywcza, tym bardziej pesymistyczny staje się fakt, że nie ma wyjścia z sytuacji, kiedy jesteśmy świadkami „rytualnej wymiany ciosów”, a każda interwencja kończy się porażką. Śliwka idzie krok dalej, odbierając także wszelką nadzieję pokładaną w ideałach religijnych – symbole zaczerpnięte z Biblii ulegają skrzywieniu bądź zanegowaniu, jakby zawarte w niej treści straciły „ważność użytkowania”. Siwy mężczyzna wyciąga na łódź puste sieci – zamiast ryb na brzeg wyrzucone są wodorosty, zamiast białych owiec na szosie pojawiają się owce z niebieskim przebarwieniem na futrze. W jednym z wierszy padają słowa: „tym razem nie zaskoczą nas gwałtowne załamania pogody ani mylne drogowskazy” – wydaje się, że ten obraz pozbawiony wszelkich cudów jest dowodem na to, że nie ma już mylnych znaków – jest całkowity brak drogowskazów.

 

Skoro chwytliwą współcześnie postawą jest „rytualna wymiana ciosów”, to pojawia się pytanie o rolę i siłę poetyckiego języka. Śliwka zdecydowanie kieruje się w stronę narracyjności języka poezji oraz w pewnym momencie zmierza wręcz ku odejściu od formy językowej na rzecz linku do serwisu YouTube. W dobie krzykliwych tabloidów sięga po równie mocny język, by ostatecznie wprost zamanifestować własną postawę i wyraźnie ustosunkować się wobec wydarzeń politycznych. „10 kwietnia 2010 roku o godzinie ósmej czterdzieści jeden / Ostatecznie wylogowałem się z systemu. Ludzie, / Których, mijam, wycierają sobie gęby słowem POLSKA. / Ci w sztywnych garniturach nawet w porze lunchu” – emocjonalne i dosadne wnioski z obserwacji wydarzeń, poddają w wątpliwość owe „wylogowanie się z systemu”. „Ta krew nie daje mi spokoju: / Jeszcze wczoraj przypominała / Rozlany ketchup. Teraz jest jak / Przerobiony olej, ślad po małej / Zbrodni: nic nie znaczący stempel / Na krawędzi zaplutego chodnika” – śladem ideałów walki za ojczyznę jest ten „nic nie znaczący stempel”, który dla innych nie ma znaczenia i wartości, w związku z czym albo „leży gdzieś na krawędzi chodnika”, albo „wyciera się nim gębę”. „Rozlany ketchup” – znak aktywności, dynamiczności, prawdziwości i siły – zmienia się w „zaschnięty strup” – znak bierności, powierzchowności i fałszywości. Obserwacje takich sytuacji powodują, że w końcu dochodzi do rozluźnienia więzadeł – następuje mocny krzyk, w którym odczuwa się bezsilność: „Koniec końców i tak wszystko kończy się / Na starcie, więc nie pierdolcie, / Że bóg, że honor, że ojczyzna. / Tu potrzebny jest holocaust / Albo inny mentalny kataklizm”. Jedynym rozwiązaniem dla zniekształconego świata, w którym punk miesza się z popem, budda z popkulturą, a styl wojskowy z eko jest „mentalny kataklizm”, a może „mentalny kanibalizm”? Niech wszystko destrukcyjnie zmiesza się z wszystkim – zabawmy się na śmierć.

  

W „Budda Show” zaprezentowany jest cały wachlarz rozrywek: od stawiania „rakiety” w ogrodzie – po Nordic walking. Zabawa w pewnym momencie się kończy i rozpoczynają się demonstracyjne zwroty odnoszące się do „ćwiczenia w obywatelskim nieposłuszeństwie” wobec systemu społeczno-politycznego. Mimo iż brakuje w tomiku bezpośrednich tez odnoszących się do roli poezji wobec wskazanych problemów, to jednak rozrywka, którą zapewnia nam Śliwka, nasączona jest dużą ilością goryczy mającą większą siłę niż manifestacyjne treści. Będąc w środku tego show, warto jednak czasami wzbić się na „ósme piętro”, by zobaczyć, że świat ulega deformacji, a „to co zostało, sprawia wrażenie kiepsko zrośniętej całości”.
Krzysztof Śliwka: „Budda Show”. WBPiCAK. Poznań 2013.