Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Maja Baczyńska, Mateusz Dębski,

OD BEATLESÓW ZACZĘŁA SIĘ MUZYKA

A A A
Maja Baczyńska: Muzyka czy teatr? A może… muzyka i teatr?

Mateusz Dębski: Najlepiej synkretyzm. Bo to właśnie mnie zawsze najbardziej interesowało – synkretyzm w sztuce. Połączenie dźwięku, obrazu, sceny. Co było pierwsze? Tak naprawdę wszystko zaczęło się od teatru. A dokładniej od Teatru Miejskiego im. Gombrowicza w Gdyni, w którym przez kilka lat pracował mój ojciec, który jest aktorem. Pamiętam, jak zamiast chodzić do przedszkola w Sopocie, gdzie między moim drugim a szóstym rokiem życia mieszkaliśmy, wolałem jeździć z tatą na próby w teatrze i baraszkować gdzieś za kulisami, to jest poznawać tę infrastrukturę od środka. Pierwsze spektakle, jakie pamiętam, to „Przygody Sindbada Żeglarza” czy „Popiół i diament” z tatą w roli głównej. Tak zaczęła się moja miłość do teatru. Jakiś czas później rodzice chcieli mnie zapisać na lekcje fortepianu, ale ponieważ nie za bardzo wówczas miałem na to chęć, przestali mnie zmuszać. Tymczasem rok później, gdy usłyszałem piosenki Beatlesów w telewizji, stwierdziłem, że jednak muszę grać, by się ich nauczyć. Tak więc od Beatlesów zaczęła się muzyka. Rodzice posłali mnie na zajęcia do mojej cioci, potem zdałem do szkoły muzycznej przy ul. Miodowej w Warszawie.

M.B.: A kompozycja?

M.D.: Moja nauczycielka fortepianu w szkole podstawowej zainspirowała mnie do tworzenia pierwszych kompozycji. Organizowała mini-koncerty kompozytorskie dla uczniów. Później włączyła się w to dyrygentka naszego chóru i orkiestry – dla człowieka 10–13-letniego to było wielkie przeżycie. W ósmej klasie szkoły podstawowej poszedłem pierwszy raz na inaugurację Warszawskiej Jesieni i usłyszałem kilkuminutowy utwór, który mną wstrząsnął – „Fabryka stali” Aleksandra Mosołowa. I wtedy zacząłem się coraz bardziej interesować muzyką współczesną, tym, że można pisać inaczej niż „klasycznie”. Niemniej miałem dwie szkoły średnie – muzyczną i „zwykłą”, w której regularnie odbywały się warsztaty teatralne. W tym czasie miałem też swoje epizody na ekranie (śmiech).

M.B.: Zespół „Jegökoledzy”.

M.D.: Tak. Powstał jeszcze pod koniec szkoły podstawowej. Jego trzon stanowili: Łukasz Owczynnikow (kontrabasista) i Paweł Zalewski (gitarzysta). Był skupiony wokół Uczniowskiego Forum Muzycznego w Warszawie. Występowały z nami m.in. takie osobistości jak Wojciech Blecharz czy Bartosz Kowalski. Organizowaliśmy performanse na pograniczu kabaretu muzycznego i teatru instrumentalnego. To była kolejna rzecz, która ukierunkowywała mnie na myślenie o „muzyce na scenie”. Poza tym na tym samym „Uczniowskim Forum Muzycznym”, mając siedemnaście lat zdobyłem III nagrodę w konkursie kompozytorskim, co stanowiło dla mnie solidną motywację. Natomiast teatr sam w sobie powrócił do mnie na studiach. Występowałem jako członek chóru w jednym ze spektakli w Teatrze Ateneum w Warszawie. W tym samym czasie poznałem także „Grupę Macież”, z którą współpracuję do dziś.

M.B.: No właśnie. Jak to się zaczęło?

M.D.: Poznaliśmy się na „Integraliach Uczelni Artystycznych” w Krakowie. To w zasadzie był wyjazd towarzyski pod pretekstem artystycznym (śmiech). Ale coś jednak przygotowaliśmy. Między innymi robiłem improwizacje na fortepianie preparowanym do grafik mojego kolegi. Usłyszeli to studenci Akademii Teatralnej w Warszawie, w tym pierwszy lider „Grupy Macież” (wówczas jeszcze „Kabaretu Macież”) – Mateusz Grydlik, który wraz z obecnym liderem, Marcinem Sitkiem, był współzałożycielem grupy. Zaproponował mi współpracę – aranżacje, przerywniki muzyczne pomiędzy ich skeczami itp. Trzeba przyznać, że ambitny dowcip i celna satyra spod pióra Mateusza bardzo mi pasowała. To była zarówno dla mnie, jak i dla reszty zespołu świetna odskocznia od środowiska akademickiego. Tak więc po jakimś czasie zaczęliśmy działać razem, w tzw. międzyczasie doszli jeszcze m.in. Adam Młynarczyk czy jedna z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia Olga Sarzyńska, która od niedawna pracuje m.in. w Teatrze Ateneum, w Och – Teatrze, Teatrze 6 Piętro czy w Teatrze Na Woli. Notabene, z Olgą bardzo często współpracuję przy innych przedsięwzięciach takich jak spektakl „Ania z Zielonego Wzgórza”.

M.B.: Pisałeś im muzykę?

M.D.: Tak, własne piosenki, aranżacje, itd.

M.B.: Kiedy „wyszedłeś zza pianina” i wkroczyłeś na scenę?

M.D.: W pewnym momencie opuścił nas Paweł Ciołkosz i trzeba było robić za niego zastępstwa. (śmiech) To była dla mnie – niezawodowego aktora – wielka radość.

M.B.: Czy spodziewałeś się takiego obrotu spraw?

M.D.: Nie. Ja zarówno w szkole, jak i na studiach bardzo świadomie poszedłem w stronę muzyczną. Gdzieś z tyłu głowy były myśli o Akademii Teatralnej, ale wiedziałem też, że to jest trudny zawód. Mój tata jest aktorem, a rodzice – aktorzy zwykle nie doradzają swoim dzieciom tego zawodu.

M.B.: Dlaczego?

M.D.: Bo polega głównie na czekaniu. Zahaczysz się gdzieś o jakiś teatr, potem znów jesteś bez pracy i musisz czekać parę lat, itd. Zatem chociaż to zawód piękny, to niewdzięczny. Poza tym wymaga dużej odporności emocjonalnej.

MB: Wróćmy do Kabaretu Macież.

M.D.: To jest tak: każdy aktor marzy o tym by być świetnym wokalistą, muzykiem rockowym itp., a każdemu muzykowi brakuje z kolei teatralnej sceny. W moim wypadku „Macież” idealnie tę lukę wypełniła. Nikt mnie nie rozlicza z tego, jak zagram na scenie, bo nie jestem aktorem, poza tym jest to grupa z pogranicza kabaretu i teatru, dawniej to był „Kabaret Macież”, obecnie figurujemy pod nazwą „Grupa Macież”. Chcieliśmy rozszerzyć pole do działania i odciąć się od współczesnego kabaretu (nas interesował ten ambitny, literacki).

M.B.: Co było dla Was przełomem?

M.D.: Przede wszystkim 2009 rok, gdy pojechaliśmy na Festiwal „PAKA” w Krakowie. Chcieliśmy pokazać się szerszej publiczności i sprawdzić w konkursie kabaretowym. W środowisku kabaretowym nikt nas kompletnie nie znał, byliśmy grupą młodych studentów i absolwentów. Ku zaskoczeniu wszystkich jako pierwszy od sześciu lat kabaret (wcześniej nagrodę dostał Kabaret „Ani mru mru”) otrzymaliśmy Grand Prix. Dodam tylko, że w jury siedzieli wówczas: Stanisław Tym, Jacek Fedorowicz, Rafał Kmita i w rozmowie z nami docenili to, że przypominamy im „stare” czasy, że inspirujemy się kabaretem artystycznym, choć jednocześnie tematycznie nawiązujemy do czasów współczesnych. Jednak po nagłym, tymczasowym zainteresowaniu okazało się, że zupełnie nie idziemy z mainstreamem i media, które mogłyby nam zapewnić popularność i możliwość stałych dochodów, kompletnie nie są nami zainteresowane. Okazało się, że musielibyśmy obniżyć swój poziom artystyczny, aby należeć do mainstreamu, a na to nie chcieliśmy się zgodzić. Postanowiliśmy działać sami.

M.B.: I przyszedł czas na „Aktorów nieprowincjonalnych”.

M.D.: Tak, zrealizowaliśmy chyba najważniejszy dla nas projekt, nawiązujący do naszych doświadczeń – spektakl „Aktorzy nieprowincjonalni”. Zaprosiliśmy do niego m.in. znakomitego aktora Macieja Wyczańskiego i przedstawiciela środowiska kabaretowego Marka Grabie. Zagraliśmy ten spektakl kilkanaście razy w Centralnym Basenie Artystycznym. Mamy masę pozytywnych recenzji m.in. od takich osób jak Anna Seniuk, Joanna Szczepkowska, Stanisław Tym (występowaliśmy np. na jego jubileuszu w Opolu), czy Joanna Derkaczew, która umieściła nas w „Wysokich Obcasach” w kategorii „Hit”. Niestety nie przekłada się to na nasze działania, obecnie gramy bardzo sporadycznie, choć zdarzyło się np. że zagraliśmy kilka programów na żywo w Polskim Radiu.

M.B.: No dobrze, a co poza muzyką i teatrem?

M.D.: Na pewno varsavianistyka. Bardzo mnie to interesuje. Warszawa – niesamowite miasto, ale z tragiczną historią, które jednak stanęło na nogi. Urzeka mnie uważany często za wadę eklektyzm, poza tym ilość miejsc ukrytych, nie odkrytych. Kiedyś ze znajomymi znaleźliśmy na Al. Szucha opuszczone w 1989 roku przedszkole dzieci radzieckich dyplomatów. Na ścianie wisiał kalendarz z 1989 roku, wszędzie leżały porozrzucane roczniki gazety „Prawda”. A na górze, na piątym piętrze było pianino, przy którym nagraliśmy kilka scen. Dźwięki rozstrojonego pianina w pustym budynku – niesamowite przeżycie. Próbowałem też kiedyś wędrować kanałami pod Starówką – ale tego nie polecam (śmiech).

M.B.: Czym się teraz zajmujesz?

M.D.: Dopiero co napisałem muzykę do spektaklu „Następnego dnia rano” w reżyserii Cezarego Morawskiego w Teatrze Capitol. Obecnie też pracuję nad muzyką do spektaklu lalkarskiego „Śmierć, gęś i tulipan” w reżyserii Marcina Jarnuszkiewicza w Teatrze Baj. Oprócz tego kontynuujemy cykl koncertów z Natalią Sikorą, zwyciężczynią „The Voice of Poland” i Marcinem Januszkiewiczem. Współpracuję również z Akademią Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie jako wykładowca – akompaniator na zajęciach z interpretacji piosenki aktorskiej ze Zbigniewem Zamachowskim i Ewą Konstancją Bułhak. Na warsztat bierzemy klasykę polskiej piosenki m.in. twórczość Młynarskiego, Przybory, Wasowskiego czy Osieckiej, choć ostatnio np. z II rokiem przygotowaliśmy na egzamin piosenki z filmów… Disneya. Praca z niewiele ode mnie młodszymi studentami jest dla mnie ogromną przyjemnością i nieustanną inspiracją. Przede wszystkim jednak cieszę się, że niektóre z moich nielicznych utworów w dalszym ciągu są wykonywane w różnych miastach Polski, ponieważ kompozycja znajduje się w kręgu moich najważniejszych zainteresowań, mimo że fascynuje mnie praca na wielu polach artystycznych.