Wydanie bieżące

1 lipca 13 (229) / 2013

Piotr Gorliński-Kucik,

13: KONIEC POCZĄTKU

A A A
Zacznijmy od kilku słów historii, bowiem w pewnej mierze chodzi tu właśnie o historię. Był rok 1978, kiedy Black Sabbath nagrywał swój ósmy studyjny album – „Never Say Die!” Płyta, choć pełna eksperymentów i nowych rozwiązań, okazała się wymęczona i niezbyt udana. Już po kilku miesiącach, wskutek narastających napięć i konfliktów spowodowanych nadużywaniem narkotyków i alkoholu, Ozzy Osbourne został wyrzucony z zespołu. Wnet jednak założył swój własny projekt i odniósł artystyczny oraz kasowy sukces, nagrywając dziesięć studyjnych płyt i grając niezliczoną ilość koncertów na całym świecie.

Black Sabbath wiodło się nieco gorzej. Na początku, po wstępnych przetasowaniach, do zespołu dołączył Ronnie James Dio, z którym zrealizowano „Heaven and Hell” oraz „Mobb Rules”, czyli naprawdę udane płyty. Jednak już w połowie lat osiemdziesiątych nastąpił kryzys i przez blisko dekadę zespół zmagał się z licznymi zmianami, personalnymi i stylistycznymi. Bywały okresy, gdy w oryginalnym składzie pozostawał tylko niezłomny Tony Iommi. Ostatni studyjny album Black Sabbath, „Forbidden”, ukazał się w 1995 roku.

Wydawało się, że nic nie jest w stanie wskrzesić zespołu-legendy. W 1998 muzycy zeszli się, by nagrać bardzo dobry album koncertowy „Reunion”. Wielokrotnie zresztą zapowiadano i obiecywano (sobie i fanom) wspólne granie. Ale nic z tego. Iommi nie próżnował: nagrał dwie solowe płyty, w 2000 roku z zaproszonymi gośćmi „Iommi”, i w 2005 roku z Glennem Hughsem „Fused”, którą słusznie można uważać za najwybitniejsze osiągnięcie artystyczne tego gitarzysty. Ozzy i Sharon Osbourne przyblokowali sądownie prawa do oryginalnej nazwy zespołu, więc gdy Iommi, Butler, Dio i Appice zabrali się do pracy nad „The Devil You Know”, zrobili to pod szyldem Heaven and Hell. Niestety w rok później, w 2010, Dio zmarł na raka.

Już tylko najwytrwalsi kronikarze są w stanie z całą pewnością odtworzyć szczegółowo zawiłą i długą historię zespołu. Mało kto wierzył, że się uda, ale jednak. W 2013 roku, 35 lat po „Never Say Die!” i 44 lata po rozpoczęciu działalności Black Sabbath spotkali się w studio, by nagrać nowy krążek. Tak oto historia się dopełnia. Jak nastawić się na odbiór albumu, kiedy oczekiwania mieszają się z niedowierzaniem?

Sami muzycy zapowiadali „13” jako płytę dojrzałą, mówili o niej jako najważniejszej w swojej karierze, podkreślali, że mimo tylu lat przerwy bezproblemowo dogadywali się w studio. Trudno dziś, ledwie kilka dni po ukazaniu się płyty wyrokować, jakie znaczenie będzie miał ten album. Jedno jest pewne: mimo wielu lat rozłąki i różnych (czasem nieco dziwacznych) samodzielnych eksperymentów muzyków, „13” to zdecydowanie płyta w stylu Black Sabbath.

Udało się na niej zawrzeć to, co zawsze było siłą zespołu (i co tak bardzo na początku lat siedemdziesiątych wpłynęło na cały heavy metal), a mianowicie połączenie mocnych, niskich, ale melodyjnych riffów i fragmentów spokojniejszych, wolniejszych, a przez to niepokojących i mrocznych. Tak właśnie zbudowane są dwa najlepsze chyba utwory, „God is Dead?” oraz „End of the Beginning”, słusznie wybranych na single. To długie, powolne kompozycje urzekające swoim rozmachem i klimatem.

„End of the Beginning” rozpoczyna się powolnym, doomowym riffem, po chwili płynnie przechodzącym w ciche i delikatne, ale nastrojowe spowolnienie, na tle którego rozpoczyna Ozzy, tak jak tylko on potrafi – swoim charakterystycznym, wysokim i skrzekliwym wokalem. A później już przyspieszenie i w końcu długie solo gitarowe. Co nam to przypomina? Oczywiście flagowy utwór z pierwszej płyty – „Black Sabbath”. Zauważmy jeszcze, że tytułowa fraza została wzięta z jednego z wojennych przemówień Winstona Churchilla.

Numer dwa zrobiony jest podobnie, ale wydaje się być jeszcze odrobinę lepszym od poprzedniego. Czy Bóg umarł? Nie – odpowiadają Sabbaci, ich zdaniem – nie (nawiązanie do Nietzschego jest jednak trochę nietrafione). Co dalej? Nieco szybszy „Loner”, przypominający riffy z okresu z Dio.

Pamiętacie Państwo ballady „Changes” lub „Solitude”? „Zeitgeist” z „13” jest właśnie w takim stylu, piosenką refleksyjną i opowiadającą, zgodnie z tytułem, o mijającym czasie, z lekką nutką melancholii i wizji apokaliptycznych oraz z zapadająca w pamięć melodią wokalu.

Kolejne utwory, choć nie wyróżniają się już tak bardzo, to nadal stanowią ciekawe propozycje i kawał solidnego grania. Tak jak „Live forever”, gdzie Ozzy wyśpiewuje: „Well I don't wanna live forever / But I don't want to die... / I may be dreaming or whatever/ I live inside a lie!”. Potem jeszcze spokojne, ale wyraziste „Damaged Soul”. Pięć z ośmiu utworów (z podstawowej wersji albumu) trwają powyżej siedmiu minut, co jest zabiegiem ciekawym, i tym sposobem otrzymujemy ponad pięćdziesiąt minut uczciwego grania. A dla nabywców wersji deluxe – jeszcze trzy utwory na drugim krążku.

Zmierzam do tego, że płyta ta skupia w sobie, jak w soczewce, nie tylko to, co najlepsze w muzyce Black Sabbath, ale także całą historię zespołu (przynajmniej z lat z Ozzy'm na czele). Wydaje się, że pewne elementy możemy pamiętać z poprzednich płyt. Innymi słowy: odwołują się one do wcześniejszych pomysłów, co sprawia wrażenie, że „13” faktycznie stanowi coś na kształt spinającej całość klamry. Na potwierdzenie tego domysłu pojawia się, już na sam koniec, odgłos burzy, deszczu i dzwonów kościelnych. Czyli dokładnie to, co otwierało pierwszy album grupy.

Płyta zbiera w sobie także to, co najlepsze w indywidualnościach muzyków. Wokal Ozzy'ego jest na bardzo dobrym poziomie, i choć bez wątpienia nieco podkręcony w studio, brzmi przekonywająco, jak za dawnych lat. Niektóre wokalizy przypominają do złudzenia te z końcówki jego ery w zespole. Teksty zostały napisane, tradycyjnie, w większej części przez Butlera, a w mniejszej przez Ozzy'ego. Są ciekawe, wieloznaczne, dojrzałe i, jak się zdaje, zainspirowane w głównej mierze mijającym czasem.

Gra Butlera przypomina, dlaczego można uważać go jednego z najbardziej wpływowych basistów w historii muzyki rozrywkowej. Odpowiednio przesterowany i szarpany palcami bas momentami wychodzi przed szereg i gra swoje melodie, opowiada swoje historie.

Iommi zaś, główny jak się zdaje autor muzyki, stworzył kolejne dzieło, które choć tak podobne do innych, jest wciąż świeże i oryginalne. Jego styl stał się inspiracją wielu albumów na przestrzeni kilku dekad, wciąż jednak pozostaje niepodrobionym. Choć skromnym zdaniem piszącego te słowa najlepszymi kompozycjami tego gitarzysty są te ze wspomnianego już „Fused”, to „13” bez wątpienia jest jedną z ciekawszych płyt.

No i, nie tylko z obowiązku, dwa słowa o perkusiście, Brandzie Wilku, który jako muzyk sesyjny zastąpił Billego Warda. Nieobecność (najpewniej z powodów zdrowotnych) tego legendarnego bądź co bądź perkusisty jest przykra i w pewien sposób uszczupla poczucie satysfakcji (czy może symetrii) z powrotu oryginalnego składu zespołu. Jak najtrafniej oddać pracę Wilka? Myślę, że gdybym nie wiedział, że Warda zabrakło na pokładzie, po przesłuchaniu płyty nie zorientowałbym się, że zastąpił go Wilk. Bębny oddają sabbathowski klimat, brzmią mocno lub subtelnie, w zależności od potrzeb.

Wszelka logika podpowiada, że ta płyta jest „początkiem końca”. Jednak słuchając jej ma się wrażenie, że członkowie Black Sabbath się nie starzeją, i że na przekór wszystkiemu jest to jakimś cudem dopiero „koniec początku”. Wszakże jak śpiewa Ozzy: „I don't wanna live forever / But I don't want to die...”. Cóż jeszcze dodać? Może zespół zawita do Polski choć na jeden koncert?
Black Sabbath: „13” [Vertigo, 2013]