Wydanie bieżące

15 lipca 14 (230) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

WOODY NAS KRĘCI, WOODY NAS PODNIECA

A A A
„Reżyseria: Woody Allen” – czyż na widok takiej informacji nie wzrasta automatycznie nasze zainteresowanie filmem? Czy nie nakręca ona zarazem naszych oczekiwań? W mig zaczynamy główkować, czym też tym razem zaskoczy nas nietuzinkowy reżyser-klarnecista. W wypadku rzeczonego dokumentu (oryginalny tytuł to: „Woody Allen: A Documentary”, polski jest więc naprawdę chwytliwy) natychmiast jednak wiadomo, czego powinniśmy się spodziewać. Ostatnimi czasy mnożą się filmy biograficzne dotyczące znanych – nadal żyjących – reżyserów; z najnowszych warto wymienić takie tytuły, jak: „Roman Polański: moje życie” czy też niedawno mający premierę w Polsce „Michael Haneke. Zawód: reżyser” (osobną szufladkę zajmowałby „Refn, reżyser bezkompromisowy”, a o fabularnym, nie dokumentalnym „Hitchcocku” z 2012 roku wspomnę tylko jako o przypadku granicznym).

Wobec powyższego trendu nasuwa się pytanie o cel tego rodzaju obrazów – czy mają istotnie przybliżyć danego twórcę, czy chodzi jedynie o merkantylizację jego wizerunku i przyciągnięcie do kin jego fanów? Wszak najlepiej o reżyserze mówią jego dzieła, tu zaś przeważnie mamy do czynienia z produkcją do bólu konwencjonalną, zwłaszcza jeśli główny bohater chodzi jeszcze po ziemskim padole, a tym bardziej sam w poświęconym mu filmie występuje. Dlatego, oglądając dokument o Allenie, możemy poczuć się niczym u wujka na imieninach – z iście hollywoodzkim uśmiechem na ustach laurkę składają mu przyjaciele, producenci, krytycy, menadżerowie, różne grube ryby branży filmowej i aktorzy, a ściślej: w większości aktorki. Głos zabierają przeto jego nowsze (Scarlett Johansson, Penelope Cruz), ale również dawniejsze muzy, choćby Diane Keaton, która wedle samego Allena pozwoliła mu obrać kobiecą perspektywę i – podobnie jak parę innych towarzyszek z planu – odegrała znaczącą rolę w jego życiu osobistym. Gwiazdy ekranu odsłaniają arkana pracy z kultowym reżyserem, który jawi się jako twórca nie tyle dyrygujący nimi, co ufający ich intuicji, a ku konsternacji części z nich dający zaledwie „wskazówki” typu: „Bardzo dobrze – pokazuje na zegarek – ale dzisiaj jest mecz Knicksów…” (drużyny baseballu). Cały Woody – powiemy. Czy jednak ten film mówi o całym Woodym?

Z pełnych ochów i achów komentarzy znajomych wynika jednoznacznie, że to geniusz wcielony i nawet jego niewypały są niezrównane, co trudno mieć za złe realizatorom filmu mającego najwidoczniej być hołdem dla wysokiej klasy artysty. Przykro to stwierdzić, lecz póki on żyje, niepochlebne słowa nie padną oficjalnie, jakkolwiek roi się od nich na forach internetowych. Nie sposób wszak zataić skandalu, który położył się cieniem na jego reputacji, mianowicie romansu z przybraną córką, skutkującego głośnym końcem długiego związku z Mią Farrow. W tym miejscu ponownie na myśl przychodzi nazwisko reżysera „Pianisty”, aczkolwiek – inaczej niż w „sprawie Polańskiego” – nie doszło do uwiedzenia nieletniej (choć istniały obiekcje co do zachowania Allena wobec młodszej z adoptowanych dziewcząt), więc obyło się bez konsekwencji prawnych; niemniej znowu narzuca się – aktualne ostatnio po nagłośnieniu przeszłości prof. Zygmunta Baumana – pytanie o odpowiedniość człowieka względem dzieła oraz o kryteria oceny „tych wybitnych” i zwykłych śmiertelników.

W „Reżyserii…” nie dało się przemilczeć owego „incydentu”, został on jednak wpisany w zniekształcający kontekst. Otóż na przekór obawom o jego dalszą karierę i stresującemu procesowi o prawo opieki nad dziećmi Allen robił dobrą minę do złej gry i kręcił następną komedię – w efekcie niewiele brakuje, aby widz był skłonny do współczucia, a nawet podziwu… Co więcej, o ile Louise Lasser czy wspomniana Keaton nie szczędzą Woody’emu superlatyw, o tyle Farrow nie dopuszczono do głosu, bo nietrudno zgadnąć, że nie wykazałaby w stosunku do byłego partnera takiego entuzjazmu.

A warto zauważyć, że nawet ksiądz wypowiada się z uznaniem o tym zdeklarowanym ateiście (czy raczej, jak nazywa siebie jego bohater we „Wspomnieniach z gwiezdnego pyłu”, „konstruktywnej opozycji dla Boga”), porównując go do pewnego ważnego współczesnego filozofa (ten wątek warto podjąć w interpretacjach filmów Allena). Wiele razy jednak – na szczęście! – głos w dokumencie zabiera sam nowojorski reżyser, co stanowi zasadniczy walor produkcji dzięki wprowadzeniu do niej specyficznego Allenowskiego klimatu. Pogłębiają go fragmenty jego filmów, chociaż przedstawione w najprostszy sposób, na zasadzie ilustracji poszczególnych etapów życia autora. Z uwagi na obfitość tego dorobku należało dokonać wyboru i dobrze, iż poza niekwestionowanymi hitami pojawiły się wzmianki o filmach uwieńczonych mniejszym sukcesem, jeżeli chodzi o recepcję i wpływy, natomiast bliskich Woody’emu osobiście, takich jak „Wspomnienia…”. Wszak o przebojowym „Manhattanie” twórca powiedział niegdyś z właściwą sobie ironią, że jeśli ma być najlepszym filmem, na jaki go stać, to nie powinno się mu przyznać funduszy na następny…

Przy okazji tej miniretrospektywy odbiorca mniej obeznany z dziełami mistrza dostaje okazję, by przyswoić sobie elementarną wiedzę – o rewolucji, jakiej „Annie Hall” dokonała w komedii, o popularności, jaką zdobyła romantyczna scena przy moście w „Manhattanie” – ale także nieco ciekawostek, np. z kim konsultowany był „Śpioch” albo jak przy kręceniu go reżyser, przecież rasowy komik, sam nie potrafił opanować śmiechu, co widzimy w materiale archiwalnym. Takie wstawki z planu uzasadniają paradoksalny angielski podtytuł dokumentu: „Director’s Theatrical Cut”, czyli „reżyserska wersja kinowa”; rozmaite dodatki mają bowiem uzupełnić to, co wiemy o „kinowym” Allenie, tzn. z jego filmów.

Otrzymujemy zatem migawki z powojennego Brooklynu, a rąbka tajemnicy na temat dzieciństwa Woody’ego uchyla nie tylko siostra twórcy, ale też matka, z którą rozmowę on sam nagrał jeszcze w 1986 roku (godne uwagi są dywagacje staruszki nad charakterem syna). Oczekujemy może, iż chronologiczne nakreślenie życiorysu wytłumaczy nam, jak Allen stał się tym, kim jest, i faktycznie poznajemy jego początki jako nastoletniego, lecz docenionego od razu autora kawałów, następnie coraz popularniejszego komika-kabareciarza, którego jednak – kliniczny okaz nieśmiałości – musiano wręcz wypychać na scenę; wreszcie zaś osobowość telewizyjnych shows, gdzie okazał się błyskotliwym improwizatorem… Szkopuł w tym, że o „życiu i całej reszcie” reżysera informuje już choćby biografia Erica Laxa (wydana w 1991 roku, a w 2000 wznowiona z rozdziałem dotyczącym m.in. skandalu erotycznego), nie wspominając o Internecie. Pytanie brzmi: na ile ten dokument rozświetla np. kwestię tego, czy „Woody Allen” stanowi postać wykreowaną i jaki jest prawdziwy Allan Stewart Konigsberg?

Otóż z montażu wypowiedzi bliskich i współpracowników oraz jego własnych wyłania się taki Woody, jakim go znamy – neurotyk, (nad)wrażliwy i przekorny, świadom swoich słabości (przyznaje, że niektóre jego produkcje są trywialne), przygotowujący filmy pozornie od niechcenia, a zarazem perfekcjonista, bezpretensjonalny i skromny, egotyczny, ale mimo to z dużym dystansem do siebie. Wolący grać ze swoim zespołem jazzowym w kameralnym lokalu niż iść na galę Oscarów, stroniący od blasku fleszy, unikający talk shows, w których przecież rozwinęła się jego kariera komika. Można wierzyć, że producent Robert B. Weide długo przekonywał go do udziału w tym dokumencie, Allen musiał wszak mieć świadomość jego sztuczności. Istotnie, od kierowanej w jego stronę słodyczy może robić się niedobrze, a regułę znamy – o ile zastrzyk węglowodanów stymuluje pracę mózgu, o tyle szybko podana duża dawka glukozy usypia; dlatego „Reżyserię…” warto polecić albo osobom, które przygodę z Allenem dopiero zaczynają, albo – z drugiej strony – fanom, ciekawym wszystkiego, co z nim związane. Ci, którzy lubią być intrygowani, pobudzani do myślenia, mogą się zawieść.

Powtórzę: najlepiej o reżyserze mówią jego filmy, a powierzchowność dokumentów tego typu trafnie ilustruje dialog ze „Wspomnień z gwiezdnego pyłu”: „- Co chciał pan powiedzieć w tym filmie? - Chciałem być tylko zabawny”. Tymczasem i tutaj odzywa się przekora Allena, bo niemal zawsze chciał powiedzieć coś więcej, o czym świadczy już niezadowolenie z faktu, że pierwszy scenariusz („Co słychać, koteczku?”) przerobiono mu na farsę; nie będzie przesadą stwierdzenie, że komizm ma u niego podszewkę metafizyczną i że nie jest tylko kokieterią wyznanie: „Cenię bardziej muzę tragedii niż komedii”. Stąd nawet gdy już sądzimy, iż udało nam się „przejrzeć Woody’ego”, pozostaje on ukryty za swoimi charakterystycznymi okularami. Ślizgamy się po powierzchni faktów i anegdotek, a on wciąż jest nieprzewidywalny i trudny do zaszufladkowania. Pomimo „nobliwego” wieku nie spoczął na laurach i nie boi się nadal eksperymentować. „Mam niewyczerpane pomysły na filmy” – zdradza, pokazując skrawki papieru z owymi konceptami oraz zdezelowaną, niemniej wierną maszynę do pisania. Jak wyznaje, pracuje według teorii wielkich liczb, czyli woli wypuszczać film co roku, z nadzieją, że któryś trafi na właściwy czas, niż przez lata poświęcać się zaledwie jednemu pomysłowi. Patrząc na proporcję obrazów znakomitych do „pudeł”, trzeba przyznać, iż w jego wypadku to chyba skuteczna strategia. I niezależnie od wrażeń z samej „Reżyserii…” opuszcza się kino z życzeniem, aby Woody, w dobrej formie, ciągle nas kręcił. W podwójnym sensie – zarówno ekscytował, jak i portretował kamerą w naszej ludzkiej, tragikomicznej absurdalności.
„Reżyseria: Woody Allen” („Woody Allen: A Documentary. Director’s Theatrical Cut”). Scenariusz i reżyseria: Robert B. Weide. Gatunek: dokumentalny. Produkcja: USA 2012, 113 min.