Wydanie bieżące

15 lipca 14 (230) / 2013

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

NIE-BAJKOWE DZIECIŃSTWO

A A A
To książka z gatunku tych, których czytanie boli, bo współczuje się bohaterom, a które czasem budzą obrzydzenie, czasem chciałoby się potrząsnąć opisywanymi w nich osobami, żeby się opamiętały i zaczęł żyć normalnie. Ale czym jest normalność – inaczej definiowana w Europie, inaczej w Afryce, gdzie osiadła rodzina Fullerów. Jeśli jednak macie wyobrażenie delikatnej damy dbającej o zachowanie konwenansów podczas popołudniowej herbatki i dżentelmena z strzelbą konno objeżdżającego posiadłość, wieczorami zasłuchanych w muzykę klasyczną – to raczej porzućcie te sentymenty rodem z Blixen, bo czeka was zupełnie inna opowieść. Kultura nie może ocalić Europejczyków, bo przecież poza Bachem przynoszą ze sobą przekonanie o wyższości rasy białej, które zezwalało na najokrutniejsze zbrodnie pod płaszczykiem cywilizowania, o czym ostatnio można było przeczytać choćby w „Duchu króla Leopolda” Adama Hochschilda.

Przed nami toczy się opowieść, której napisanie stało się życiowym wyzwaniem Alexandry Fuller, przyznającej, że wszystkie jej  krótkie teksty stanowiły wprawkę do głównego tematu, który musiała odreagować i pomyśleć – historii rodziny.  „To nie jest opowieść polityczna ani historia Imperium Brytyjskiego. To opowieść o tym, jak pewna Afrykanka pogodziła się z skomplikowaną historią swojej rodziny, to historia miłości do tego kontynentu”. Debiut ten został zauważony i doceniony, a polski czytelnik będzie miał okazję w przyszłym roku przeczytać inne książki autorki. Powodowana ciekawością, jak obecnie wygląda rodzina Fullerów, weszłam na oficjalną stronę pisarki, dałam się bowiem uwieść tej opowieści, choć fragmenty dotyczące tragicznej śmierci dzieci stanowiły swoiste wyzwanie. Wyobrażam sobie, że taką postać jak Alexandra Fuller łatwo sformatować na potrzeby pism kobiecych – atrakcyjna, inteligentna, odważna młoda Angielka z bolesną historią matki-alkoholiczki i schizofreniczki, ojca również nie wylewającego za kołnierz, ubóstwa i szeregu nieszczęść stałaby się atrakcyjną bohaterką okładek i historii o tym, jak można przetrwać najcięższe traumy i przekuć je w sukces. Z pewnością z tego punktu widzenia Alexandra Fuller odniosła swój cel – mogła wyrwać się z Afryki, lecz jednocześnie się nie wykorzenić. Twierdzi, że napisała tę książkę, aby zrozumieć losy swojej rodziny. To zdecydowanie ponura historia, niczym z pierwszego zdania tołstojowskiej „Anny Kareniny” – niby wszyscy są ze sobą związani, jednak rodzice nie potrafią stworzyć bezpiecznego domu, sami zmagając się z demonami uzależnień i choroby psychicznej, tym bardziej, że w tym miejscu na ziemi trudno o bezpieczeństwo, gdy któregoś dnia trzeba opuścić farmę, bo przechodzi ona w ręce ludu, któremu zresztą kiedyś tę ziemię zabrał biały człowiek.

Ponieważ autorka od podszewki zna mechanizm wojen domowych, nie umacnia mitu kolonialnego, raczej go dekonstruuje, zastrzegając, że najbardziej interesuje ją jej rodzina; wie, że nie może być obiektywna. W jej wspomnieniach kolejne wojny odarte są z wzniosłości, walki z apartheidem, są raczej przejawem bezsilności, spiralą przemocy i niekończącego się ucisku. Słuszne hasła nie mogą zostać wcielone w życie, nikt w to nie wierzy, rodzina Fullerów ucieka przed kolejnymi wojnami domowymi, pozostawiając dzierżawione farmy, i czy chodzi o Rodezję, czy Zambię, nie ma to większego znaczenia dla czytelnika, co może brzmi cynicznie, ale dla mnie prawdziwe. Gdzieś  znikają w całej opowieści uwarunkowania pojedynczych narodów, czyżby dla autorki również były mało istotne?

Myśląc o Afryce, mamy również skojarzenia z duchowością, silnym kontaktem z naturą, ziemią, „Niektórzy Afrykanie wierzą, że jeśli twoje dziecko umrze, musisz pochować je z dala od domu, po wymówieniu odpowiednich zaklęć, inkantacji i oddaniu darów bogom, aby dziecko nie wracało raz za razem i nie zagnieżdżało się w twojej macicy tylko po to, żeby umrzeć wkrótce po urodzeniu. To opowieść dla ludzi, którzy muszą znaleźć jakiś sposób, by pogodzić się ze śmiercią wielu dzieci. Dla takich jak my. Pięcioro urodzonych, troje zmarłych. Pojawiłam się po zmarłym bracie, którego ciało nie zostało odpowiednio pochowane, a dusza tkwi uwięziona w korzeniach drzewa, i za którego bogowie nie otrzymali odpowiednich darów. Ja jednak żyję (…) Moja dusza nie ma domu. Nie jestem ani Afrykanką, ani Angielką, ani nie należę do morza”. Biedna, mała Bobo, która niewiele najpierw rozumie, zadaje naiwne pytania o niemożliwe do przekroczenia podziały, ale sama ich przestrzega, nie przywiązując zbyt dużej wagi do politycznej poprawności. Dziewczynka, którą oburza fakt przybycia do szkoły nowych, całkowicie czarnych uczennic i przyznaje się do tego zaskakuje szczerością i brakiem pozy. Fuller nie próbuje udawać, że mówi głosem uciemiężonych, ani nie dekonstruuje na chłodno systemu, w którym przyszło jej spędzić dzieciństwo. W odróżnieniu od Pawła Smoleńskiego, znanego reportażysty, dla mnie książka o tak dziwnym, że niedającym szans na zapamiętanie tytule nie jest historią rewolucji, lecz bardzo osobistą narracją o tym, jak trudno jest się porozumieć z bliskimi, jak ostro dzieci widzą słabości rodziców i vice versa, jak po odejściach od nich następuje pogodzenie się i odwrót, bo innej drogi dla kochającej się, choć dysfunkcyjnej, rodziny nie ma.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że autobiografią Fuller wydawnictwo Czarne rozpoczyna serię Z Domem, na którą złożą się wspomnienia dzieciństwa i młodości w egzotycznych dla Europejczyków realiach, historie rodzinne, marzenia i lęki dzieci splatać się będą z historią ubiegłego stulecia. W przypadku Fuller konkluzja jest gorzka – nie można liczyć na powszechną sprawiedliwość, która jest mitem, podobnie jak szczęśliwa rodzina jest wsparciem kampanii reklamowych nowego typu samochodu czy płatków śniadaniowych. Powinniśmy raczej mówić o jednostkach, bo tylko indywidualizm ma sens.
Alexandra Fuller: „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo”. Przeł. Dobromiła Jankowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013 [seria: Z domem].