Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (231-232) / 2013

Krzysztof Ryszard Wojciechowski,

SAGA O KAPITANIE BRYTANII

A A A
Komiks zagraniczny
Pojedynczy odcinek przygód Kapitana Brytanii miał zaledwie osiem stron. W jednym z epizodów Alan Moore rozpisał planszę z dziesięcioma wąskimi panoramami, na których w sekwencjach przedstawione zostało jedynie odpalanie papierosa. Rodzi się pytanie: gdzie był wtedy edytor? Dobrze musiało się pracować w brytyjskim oddziale Marvela na początku lat 80. Lektura „Captain Britain: A Crooked World” wskazuje na to, że panowała tam wówczas duża swoboda artystyczna.

Dziś Moore ma na pieńku z Marvelem, tak samo jak ze wszystkimi innymi dużymi amerykańskimi wydawnictwami komiksowymi. Niemniej w tamtych czasach brytyjska placówka „Domu Pomysłów” stała się dla niego azylem, dzięki któremu mógł zarabiać na utrzymanie rodziny. Było to na tyle intratne zajęcie, że twórca zgodził się przejąć serię o postaci, która wydawała mu się skrajnie nieciekawa i niewiarygodna psychologicznie. Napakowany milioner-naukowiec w niedorzecznym kostiumie niemal w całości pokrytym wizerunkiem brytyjskiej flagi, obdarzony nadludzką mocą przez przypadkowo napotkanego Merlina (aż sprawdziłem, czy ów Merlin nie był napromieniowany i go nie ugryzł) – któż nie chciałby pisać takiej historii?

Przejmowanie serii było jak przechwytywanie kierownicy samochodu pędzącego w stronę przepaści. Kapitanowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Przebywał właśnie w alternatywnej rzeczywistości, w której złoczyńca Mad Jim Jaspers ukatrupił wszystkich superludzi i przejął władzę nad światem. Moore, zamiast wcisnąć hamulec, spokojnie pozwolił samochodowi spaść w przepaść. Zabił Kapitana, po czym (niespodzianka!) wskrzesił go i wysłał z powrotem do współczesnej mu Anglii (a raczej do marvelowskiej wersji Brytanii osadzonej w głównym kontinuum zwanym Earth-616) i zaczął na nowo ustawiać figury na szachownicy, dopasowując przebieg rozgrywki do swoich celów. Twórca pozbył się zatem niedorzecznego pomagiera Brytanii (roześmianego Elfa rodem z bajki), podarował mu rodzinę (a raczej siostrę, bo Kapitan, wedle obowiązujących superbohaterskich schematów, był oczywiście sierotą) i kilka powodów, dla których warto mieszać się w międzynarodowe i międzygalaktyczne rozróby. Mimo tak drastycznych jak na tamte czasy środków i brawurowego wprowadzenia, scenariusz był początkowo zachowawczy, przez co „Captain Britain: A Crooked World” czytany jako wydanie zbiorcze wydaje się dziełem nierównym.

Po bardzo interesującym prologu Moore funduje nam trochę superbohaterskiej bitki sprowokowanej przez S.T.R.I.K.E – angielską skorumpowaną wersję S.H.I.E.L.D. Potem wciąga Kapitana w proces sądowy w konwencji space opery, przypominający finał słynnego „Dark Phoenix Saga”. O ile te dwie opowieści są dobre i zabawne, o tyle dopiero finałowa historia jakością zbliża się do najlepszych prac Moore’a. Jednym z bohaterów trzeciej miniserii jest sama Wielka Brytania. W komiksie ukazana jest ona jako kraj mroczny, skorumpowany, targany społecznymi problemami. Na tym poziomie opowieść ma wiele wspólnego z „V jak Vendetta” – stricte autorskim dziełem, które Moore pisał w tamtym okresie dla magazynu „Warrior”, oraz z tworzonym dekadę później „Prosto z piekła”. Wątki społeczno-polityczne nie są tu tak daleko posuniętymi metaforami, jak w przypadku amerykańskich „X-Menów”, gdzie temat niechęci ludzi do mutantów w symboliczny sposób ilustrował problem rasizmu i nietolerancji. Moore, mówiąc kolokwialnie, wali prosto z mostu. Obok zakorzenionego już w uniwersum Marvela Hellfire Club pojawia się tu wspomniane S.T.R.I.K.E i (co najciekawsze) dochodząca do władzy British National Party – skrajnie nacjonalistyczna partia, która w latach 80., po ogólnym rozczarowaniu burzliwymi przemianami kulturowymi szóstej dekady oraz szybko wygasłym punkowym buntem, zdobywała dużą popularność wśród przedstawicieli klasy robotniczej. W komiksie jej przywódcą jest alter ego Mad Jima Jaspersa, z którym Kapitan spotyka się w równoległym świecie. Co ciekawe, twarz polityka do złudzenia przypomina oblicze wodza przedwojennej brytyjskiej partii faszystowskiej – Oswalda Mosleya. Autor wykorzystuje ideę światów alternatywnych do komentowania współczesnej mu rzeczywistości, podkreślając zarazem, że historia lubi się powtarzać.

Rozpatrując „Captain Britain: A Crooked World” od strony rozwoju warsztatu genialnego Brytyjczyka, dojdziemy do wniosku, że jest to pozycja, dzięki której przygotował się do pisania „Sagi o Potworze z Bagien”, który – podobnie jak Kapitan Brytania – wydawał się autorowi postacią nieatrakcyjną i niewiarygodną psychologicznie. Występują tu bardzo podobne rozwiązania scenariuszowe, bo Moore utwierdził się w przekonaniu, że najradykalniejsze posunięcia są często najlepsze. Duże zbieżności z „Potworem z Bagien” znajdziemy też w warstwie graficznej „Captain…”. Wiąże się to głównie z tym, że Moore w podobny sposób eksperymentuje z narracją wizualną. Rysownik Alan Davis dzielnie wtóruje tym pomysłom. Jego kreska z tamtego okresu może się dziś nie podobać (trąci zresztą tanią masówką), ale kompozycje plansz nie odstają poziomem od prac rysowników, z którymi przyjdzie Moore’owi współpracować w niedługim czasie. Ilustracje odzwierciedlają stany emocjonalne postaci i kreują atmosferę pod literacko rozbudowaną narrację. Przykładowo: układ paneli raz przypomina potrzaskane lustro, innym razem są to bardzo wąskie kadry, wykorzystujące zabiegi zaczerpnięte z języka filmu, imitujące pracę kamery, w tym charakterystyczne najazdy. Mad Jim Jaspers wywołuje u bohaterów psychodeliczne halucynacje, co również znajduje odzwierciedlenie na surrealistycznych, widowiskowych planszach. Sprawiło to, że czytając „Captain Britain: A Crooked World” miałem wrażenie obcowania z komiksem stworzonym raczej dla wczesnego Vertigo niż dla „Domu Pomysłów”.

W przeciwieństwie do ukazujących się w tym samym czasie w Ameryce komiksów ze stajni Marvela, „Captain Britain: A Crooked World” jest dziełem intelektualnie pełnym, nie uproszczonym. Nie wnosi jednak wiele do tego uniwersum; nie zmieni też spojrzenia wyrobionego czytelnika na twórczość Moore’a. Mimo to, ze względu na trudną dostępność „Marvelmana” / „Miraclemana”, może być jedyną okazją do przekonania się, jak legendarny scenarzysta szukał swojego miejsca w mainstreamowym komiksie. Warto też zauważyć, że mamy tu do czynienia z cyklem, który ukazywał się w latach 1982-1984. Myśląc o początkach kontestacji w głównym nurcie komiksów o superbohaterach, zazwyczaj wskazujemy na dwa amerykańskie tytuły: „Strażników” duetu Alan Moore – Dave Gibbons oraz „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Jednak to „Captain Britain” w rękach Moore’a stał się reprezentantem dojrzałego oblicza konwencji, do którego czytelnicy są dziś przyzwyczajeni i które cenią najbardziej.
Alan Moore, Alan Davis: „Captain Britain: A Crooked World”. Marvel Superheroes #387-388, The Daredevils #1-11 oraz World of Marvel V2 #7-13.