Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (231-232) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

DOKĄD DZIŚ Z CIESZYNA IDĄ KRĘGI KINA?

A A A

Pamiętam jeszcze, jak podczas projekcji jednego z filmów na festiwalu Era Nowe Horyzonty w filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie siedziałam na bocznych schodkach, bo zabrakło wolnych foteli, chociaż wstęp na seanse był płatny. Tym bardziej zastanawia, że frekwencja na kolejnych już – darmowych – Wakacyjnych Kadrach kształtowała się różnie: ogonek do kina po wejściówki na takie hity dla całej rodziny, jak „Życie Pi” czy „Oz Wielki i Potężny” (oba w 3D), sięgał niemal do rynku (potwierdziłabym zdjęciem, ale nie sposób równocześnie być „w” i „poza”); tymczasem na niszowym dokumencie „W Nowicy na końcu świata” (o fenomenie pewnej łemkowskiej wioski przeżywającej dzisiaj renesans) towarzyszyły mi, oprócz wolontariusza z obsługi, trzy osoby. Średnią niewątpliwie podbijały produkcje typu „Jesteś bogiem”, „Atlas chmur” albo „Poradnik pozytywnego myślenia”; szczególnie przez weekend i popołudniami „trójkąt cieszyński” pomiędzy kinem „Piast”, Domem Narodowym (centrum kultury) a Teatrem im. Mickiewicza zasysał rój ludzi. Czwartym miejscem pokazów była tradycyjnie wspomniana filia UŚ, odległa o 20 minut szybkiego spaceru, przez co trafiali tam raczej widzowie nieprzypadkowi. Trochę chyba ich jest, biorąc pod uwagę choćby ponad tysiąc „lubiących” Wakacyjne Kadry na Facebooku. Dla niektórych są one zresztą corocznym filmowym rarytasem, do którego z dużym wyprzedzeniem odliczają dni; warto wspomnieć, że dostępna w internetowej rezerwacji pula wejściówek do kina rozeszła się w przeciągu jednej nocy (!). Nic dziwnego – przegląd ma swoją renomę, a od 10 do 14 lipca br. odbyła się już jego ósma edycja.



Przeniesienie w 2006 roku festiwalu Era Nowe Horyzonty do Wrocławia zostało, co oczywiste, odebrane przez cieszyniaków jako bolesna strata i zawód, chociaż trudno osądzić, czy to ich miasto nie sprostało tej imprezie, czy też jej powodzenie przerosło oczekiwania twórców. Dziś natomiast można chyba już stwierdzić, że Wakacyjne Kadry – aczkolwiek wielkością i popularnością nie dorównują przedsięwzięciu Romana Gutka – nie są wyłącznie erzacem na otarcie łez. Organizatorzy, owszem, wykorzystali przyzwyczajenie do tamtego wydarzenia, jednak nie odcinają po prostu od niego kuponów, lecz starają się udowodnić, iż „cieszyniacy nie Gutka, swój festiwal mają”. Co się tyczy strony technicznej, z roku na rok wygląda to lepiej, nie ma opóźnień, a wpadki są marginalne (kto lubi narzekać, może mówić, że w salce Domu Narodowego było duszno…). Młodzi wolontariusze w białych T-shirtach z logo festiwalu generalnie wiedzą, po co się tam zgłosili, i są pomocni. (Tu mała dygresja: choć wydawanie niezarezerwowanych wejściówek do kina skrupulatnie rozpoczynano nie wcześniej niż pół godziny przed seansem, to gdy wyjaśniłam, że zależy mi na pewnym obleganym filmie, ale przybiegnę na niego z projekcji w innym miejscu, kończącej się tuż przed tym filmem, więc obawiam się, że nie wejdę – „w drodze wyjątku” otrzymałam bilet, ponieważ „tak aktywnie uczestniczę” i chodzi tylko o jedno miejsce. Zapewne do tego drugiego argumentu dołączyła się także litość – w końcu kto idzie do kina w pojedynkę? – jednak tamta wolontariuszka nie wiedziała, że zabieram z sobą na widownię Czytelników „artPAPIERu”…)



„No dobrze – może ktoś wtrącić – ale jeżeli chodzi o stronę artystyczną, to Wakacyjne Kadry są z innej półki”. Wydaje się, że raczej w myśl zasady „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek” przygotowuje się program zarówno pod tzw. przeciętnych widzów, jak i tych wymagających – i proporcje wcale nie są zachwiane (notabene, wielbicielom często niezależnego, a zwykle nieznanego w Polsce kina południowych sąsiadów Cieszyn i Czeski Cieszyn od lat proponują międzynarodowy przegląd Kino na Granicy…). Mimo że tytuł lipcowego festiwalu kojarzy się z lekkim repertuarem, ten jest naprawdę ambitny; ot, weźmy cykl „Nowe kino duńskie” (nie pierwszy raz zresztą obecny na festiwalu), w którym można było obejrzeć dające do myślenia, a równocześnie bezpretensjonalne produkcje w rodzaju „Błazna” (2011) – biografii ubóstwianego przez tłumy komika rewiowego i aktora Dircha Passera, którego nieśmiały charakter, lęk i poczucie niespełnienia w uderzający sposób kontrastowały z jego scenicznymi wcieleniami. Nie będę komentować poszczególnych filmów, bo o blockbusterach nie ma co mówić, z kolei tym trudno dostępnym w paru słowach nie oddałabym sprawiedliwości (choć może warto by pozostawić Czytelników z uczuciem niedosytu?). W każdym razie część obrazów to typowe perełki festiwalowe, rzadko trafiające nawet do kin studyjnych. W bieżącym roku do grona nowości zagranicznych dołączyły również pozycje francuskie i chińskie.



Przede wszystkim jednak znaczącym walorem repertuaru jest jego zróżnicowanie – pośród niemal 100 propozycji znalazły się rozmaite gatunki i metraże, filmy wyróżnione laurami, jak również etiudy studenckie, dzieła młodych reżyserów oraz twórców o wyrobionej marce. Klasykę oferowały cykle typu „49 lat DKF »Fafik«” czy „Mistrzowie kina”, niemniej nad tzw. odgrzewanymi kotletami zdecydowanie górowały przeboje z ostatnich miesięcy: „Tango libre”, „Imagine”, „Panaceum”, „Stoker”, „Holy motors”. Dużym wzięciem cieszą się zawsze nowe filmy polskie (w tym roku m.in. „Układ zamknięty”), lecz ciekawych nowości nie brakowało także w bardziej sprofilowanych cyklach; obecne corocznie (acz pod rozmaitymi nazwami) „Oblicza muzyki” proponowały np. w „Viramundo” (2013) podróż z brazylijskim eksministrem kultury – a w pierwszej kolejności muzykiem – Gilbertem Gilem, który jako Metys wyprawił się do Australii i RPA w poszukiwaniu tego, co łączy skolonizowanych autochtonów w różnych częściach świata; dla fanów reggae gratką był natomiast dokument „Marley – One Love” (2012). Zresztą sam cykl dokumentów przyniósł frapujące obrazy, takie jak z jednej strony rodzinna opowieść o ks. Tischnerze „Jego oczami” (2013), a z drugiej kontrowersyjne „Fuck for Forest” (2012). Stałe miejsce w harmonogramie zajmują ponadto animacje dla dzieci – w końcu słowo „wakacyjne” w nazwie zobowiązuje; z tego też względu przegląd jest nastawiony szczególnie na młodzież szkolną, chociaż zdarzyło mi się spotkać na pokazach również starszych ludzi (nie tylko w charakterze opiekunów) i można się cieszyć, że mają jeszcze ochotę na takie spędzanie wolnego czasu…



Żeby Czytelnicy nie utopili się jednak w tej beczce miodu ani nie uznali niniejszego tekstu za artykuł sponsorowany, zaraz dorzucam łyżkę dziegciu. A będzie nią to, co wydaje się jednym z ważnych atutów festiwalu – mianowicie wstęp wolny na wszystkie seanse (i nie tylko, o czym za moment), możliwy głównie dzięki unijnej dotacji na współpracę transgraniczną z Czechami. Podnoszą się głosy, że takie rozpieszczanie ludzi psuje kulturę, że z tego powodu na biletowanych koncertach nie ma frekwencji, a potencjalni widzowie nie udali się do kina „Piast” na „Drogówkę”, skoro dostali szansę obejrzenia jej parę miesięcy później „za friko”… Pomijając kwestię, skąd mogli wiedzieć, że na Wakacyjnych Kadrach wyświetlona zostanie akurat „Drogówka”, według mnie bardziej fundamentalną przyczyną jest tendencja młodych z Cieszyna i okolic do korzystania z nieodległego multipleksu w Bielsku aniżeli z tradycyjnego „Piasta”. Ze strony właścicieli tego ostatniego lub organizatorów imprez biletowanych zarzut rozpuszczania widzów brzmi zasadnie, słusznie też chcieliby wpoić nam nawyk płacenia za kulturę, jednak z drugiej strony… czy to nie walka z wiatrakami? Kiedy nowości filmowe można często niemal w dniu premiery ściągnąć nielegalnie z Internetu, chyba już lepiej brać udział w takim festiwalu. I przeżywać go jak święto kina.



Skoro mowa o święcie kina, to nie są odosobnione poglądy, iż nad Olzą mamy do czynienia z… „klęską urodzaju”! Otóż na początku maja odbył się po raz 15. wspomniany przegląd Kino na Granicy, nieco wcześniej studenci animacji społeczno-kulturalnej urządzili również jubileuszowy, 10. „czAS Kina”, a „na dobitkę” tydzień przed Wakacyjnymi Kadrami Cieszyn zapraszał na Festiwal Rozwoju i Kultury „FRiK” połączony ze Świętem Herbaty. Czy nie za dużo tego dobrego? Wątpliwości te pojawiają się także w wypadku samego relacjonowanego tutaj przeglądu, który był nie tyle wzbogacony rozmaitymi „imprezami towarzyszącymi”, ile powiązany już po raz czwarty z Festiwalem Europejskich Szkół Artystycznych i Twórczości „Kręgi Sztuki” – samodzielnym wydarzeniem, zasługującym na zupełnie osobne omówienie. Zdaniem niektórych to niedobrze, bo rodziły się dylematy, gdzie pójść (osiołkowi w żłoby dano…), a w rezultacie (czy aby na pewno z tego powodu?) część punktów programu cieszyła się, delikatnie mówiąc, skromnym zainteresowaniem. Ale przecież dylematy pojawiają się nawet wtedy, gdy seanse dwóch zachęcających filmów pokrywają się w czasie… Osobiście przyklaskuję temu, jak Cieszyn udowadnia, iż nie jest kulturalną prowincją – nie może dać podstaw do narzekań, że nic się tu nie dzieje, skoro zaś cenne imprezy już są, teraz należy popracować nad mentalnością mieszkańców i paroma innymi sprawami, o których później. Mnie samą takie multum możliwości w trakcie owego podwójnego festiwalu poniekąd uratowało – mam słabą głowę i cztery seanse dziennie mogą być dla mnie dawką powalającą, dlatego cenię sobie tę alternatywę dla kina.



A trzeba przyznać, że Kręgi Sztuki są imprezą o chyba jeszcze większej wszechstronności i rozmachu. Obie zainaugurował w cieszyńskim teatrze koncert pierwszej klasy artystów: Marii Pomianowskiej (nie pierwszy raz występującej na tej imprezie) i Zohara Fresco z muzykami z Izraela i USA. Zanim dość licznie (szkoda jednak, że nie liczniej) zebrana publiczność dała się ponieść brawurowej mieszance world music i jazzu, otwarcia obydwu festiwali dokonał ich dyrektor artystyczny Wojciech Majewski. W części oficjalnej wręczono także statuetki Kręgów Sztuki, które otrzymali Jarosław Guła (założyciel warszawskiego Centralnego Domu Qultury, organizator niezliczonych akcji artystycznych) oraz Iwona Chmielewska – uznana i wielokrotnie nagradzana na świecie autorka książek obrazkowych, ilustratorka książek dla dzieci, która w ramach Kręgów Sztuki prowadziła wykłady i warsztaty z picturebooks. Ale zajęcia (pod intrygującą nazwą „Cztery struny świata”) prowadziła też Pomianowska, poza tym można było uczestniczyć m.in. w warsztatach operatorskich z Michałem Bukojemskim, aktorskich dla młodzieży, gitary basowej, animacji filmowej… Co najważniejsze – również bezpłatnie. Bardzo przykre więc, że na większość z nich zgłosiła się garstka chętnych, a jak się dowiedziałam, część osób, które wcześniej się zapisały, nie przyszła, na dodatek bez poinformowania o rezygnacji. Razem z panią z biura festiwalowego doszłyśmy do wniosku, że może to jednak właśnie wada darmowej oferty kulturalnej – przestajemy sobie cenić coś, na co nie musimy wykładać pieniędzy… Tak czy inaczej, nie chciałabym być w skórze organizatorów, którzy musieli patrzeć w oczy znamienitym gościom.



Gości specjalnych przybyło zresztą nad Olzę znacznie więcej; warto tu wspomnieć choćby zagraniczne zespoły Beat’n Blow (niemiecka grupa tworząca akustyczną muzykę taneczną) czy Jansky z Hiszpanii, który zaproponował energiczną elektronikę, podobnie jak nasz łódzki Kamp!, szturmem zdobywający wielbicieli nie tylko w Polsce. Na brak wielbicieli nie mogą też narzekać członkowie „Baku Baku Składu”, tworzonego przez weteranów rodzimego hip-hopu (Abradab, Joka, WSZ itd.). Pomimo deszczowej pogody na wieczornych koncertach na rynku bawiło się nie tak znów skandalicznie mało osób, a wliczając przesiadujących w okolicznych ogródkach letnich, słuchaczy było nawet sporo. Różnie to z kolei wyglądało na spotkaniach z Grzegorzem Zaricznym, reżyserem filmów dokumentalnych, nagrodzonym w Sundance za krótkometrażowy „Gwizdek” w 2013 roku, czy z Małgorzatą Pikus, grającą w pokazanych na festiwalu czeskich „Kwietnych pączkach” (niestety, spotkanie z producentem „Zabić bobra” odwołano), a także wykładach (np. dr. Zbigniewa Benedyktowicza w związku z projekcją „Sanatorium Pod Klepsydrą” na kanwie prozy Schulza).



Zgodnie z nazwą Kręgi Sztuki, nie mogło się obyć bez wystaw (w liczbie mnogiej) prac profesorów i studentów siedmiu uczelni plastycznych z Polski i Czech. Odważnym projektem była prezentacja awangardowej twórczości filmowo-graficzno-literackiej Franciszki i Stefana Themersonów, zaskakiwać mogła również próba przybliżenia uczestnikom nadolziańskiego festiwalu życia i poglądów Kierkegaarda, chociaż osobiście – jako wielbicielka duńskiego myśliciela – nie mogłam pominąć zamontowanych w Książnicy Cieszyńskiej plansz, pokazywanych wcześniej na warszawskich Targach Książki. Innych atrakcji nawet już nie wzmiankuję, przypomnę tylko, że wszystkie były darmowe.



Organizatorzy twierdzą, że dzięki takiemu rozwiązaniu otwierają każdemu dostęp do kultury i sztuki, za pośrednictwem działań artystycznych przełamują różnorakie bariery społeczne. W tym kontekście frekwencja istotnie mogłaby być wyższa, bo im niższa, tym o mniejszym zainteresowaniu kulturą świadczy. Rzecz jasna, „ktoś jest w pracy, aby bawił się ktoś, to są zwyczajne dzieje”, z drugiej strony zaś nie wszyscy kinomani z Polski wyemigrowali do Wrocławia za Nowymi Horyzontami, tak że pozostali jedynie miejscowi – na Wakacyjnych Kadrach nadal można spotkać przybyszów z różnych stron kraju. Należy jednak otwarcie powiedzieć, że zwykle przyjechali oni na dłużej, ponieważ krótki wypad do Cieszyna stanowi wyzwanie, skoro po godzinie 20 trudno wydostać się z miasta komunikacją miejską (np. w stronę Katowic). Tymczasem wtedy dopiero życie festiwalowe na dobre się rozkręcało, nocą ruszało też na rynku kino plenerowe, które rokrocznie przyciąga sporą widownię – w tym roku wyświetlano m.in. „Zakochanych w Rzymie” oraz „Kwartet”, mimo że pogoda parę razy płatała figle. Część widzów była raczej słuchaczami, wolącymi spędzać wieczór we wspomnianych ogródkach – a na marginesie trzeba się pożalić, że po godzinie 18 w Cieszynie poza restauracyjkami i barami w zasadzie nie ma gdzie się podziać…



Podsłuchawszy w jednej z kawiarenek pewną rozmowę, i to młodych osób, uzmysłowiłam też sobie, że niektórzy cieszyniacy niby coś słyszeli o obu festiwalach, ale co do szczegółów się nie orientują, choć sama miałam wrażenie, iż gdziekolwiek spojrzę, widzę plakaty, a imprezy były reklamowane w lokalnych mediach… Koniec końców najtrafniejszym podsumowaniem zdaje się komentarz jednego z użytkowników portalu „gazetacodzienna.pl”: „Ambicje duże. Poziom wysoki. Fatalna promocja”. W tym roku część wydarzeń w ramach Kręgów Sztuki wyszła poza Cieszyn (impreza zahaczyła o Katowice, Czeski Cieszyn i Ostrawę) i chciałoby się, by było tak, jak powiedział na inauguracji w teatrze dyrektor Departamentu Szkolnictwa Artystycznego i Edukacji Kulturalnej Ministerstwa Kultury – żeby Wakacyjne Kadry i Kręgi Sztuki, niczym kręgi na wodzie, rozchodziły się coraz to dalej.



Fot. Katarzyna Szkaradnik.