Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (231-232) / 2013

Anna Zagórska,

ZAMIEĆ POZORÓW

A A A
„Zamieć” Władimira Sorokina to powieść pozorów. Co rusz sugeruje gotowe rozwiązanie, jednocześnie w nienachalny sposób mu przecząc. Im więcej odkrywamy finezyjnych dekonstrukcji przyzwyczajeń, im więcej subtelnych negacji wyrobionych nawyków, tym lektura coraz bardziej zajmuje.

Powieść pozornie jest historią o przegranej. O przestrzeni, której nie sposób pokonać i czasie upływającym niepokojąco szybko. A wszystko to spowite bielą zamieci, pogłębiającą li tylko melancholię pachnącą mrozem i depresję śnieżnych odcieni. Dodatkowo jawi się „Zamieć” niczym przewrotna powieść drogi, która paradoksalnie drogę raczej gubi, zbacza z niej, błądzi. Nic bardziej mylnego. Sorokin uwrażliwia bowiem czytelnika na rzeczywistość, która całunem zamieci spowita jest tylko pozornie. Zasypane szlaki i bezdroża ujednolicone wciąż padającym śniegiem są niczym zaproszenie do świata na co dzień już nie oglądanego, niemalże pierwotnego, przepełnionego po brzegi dusznymi zapachami, ostrymi woniami człowieczeństwa: słów, zmysłów, pożądania i zatracenia.

Wśród zimnego śniegu i gorącego potu rodzi się na nowo rzeczywistość, którą opisać można przez trzy dominanty. Zamieć przekracza bowiem przestrzeń, zapętla czas i rozbudza uśpione zmysły. A wszystko to dokonuje się niezmienne wśród rytmicznego stukotu końskich kopyt, wizji rozprzestrzeniającej się epidemii, drobnych usterek, pomyłek i zatargów, a i chłopsko-inteligenckich dysput o sprawach tyle ważnych, co dla ludzkiego poznania do końca niedostępnych.

Wczytując się w powieść Sorokina, choć na pozór rządzi nią presja czasu, odnosimy bowiem niezaparte wrażenie zanurzenia w rzeczywistości pozbawionej zegarowego dyktatu. „Zamieć” wprowadza nas w błogi wymiar, który Josef Kroutvor, pisząc niegdyś o Europie Środkowej, nazwał „bezczasem Wschodu”. Sorokin zdaje się wyrastać z owej tradycji, pozostawiając z boku wszystkie nawyki i przyzwyczajenia, które z kontroli nad czasem uczyniły w dzisiejszym świecie podstawową troskę ludzkości. Zniewoleni czasem i jego przemożną kontrolą nad nami, początkowo czujemy się w świecie Sorokina nieswojo. Niecierpliwi wertujemy powieść, mając nadzieję, że już żadne nieprzewidziane okoliczności nie zatrzymają doktora Płatona Iljicza Garina, pędzącego wśród zamieci ze szczepionką do wsi ogarniętej epidemią boliwijskiego (sic!) wirusa. Wkrótce okazuje się jednak, że choć bohaterowie są wciąż w drodze, to paradoksalnie uwrażliwiają odbiorcę właśnie na bezruch i zatrzymanie. Cenne to wskazówki w epoce gonitwy i przyspieszenia. Warto w czasach bezustannego pośpiechu na chwilę zatrzymać się nad „Zamiecią”, przyjrzeć całemu kalejdoskopowi postaci pojawiających się na zasypanych śniegiem rosyjskich traktach. Już nie tyle pospieszać Garina i Chrząkałę, jego furmana, co wraz z nimi, w alkoholowym upojeniu, wśród karłów, tajemniczych plemion, środków odurzających i seksualnej ekstazy, upajać się Rosją pozbawioną czasu. Rosją, gdzie miejsce jest i dla cara, i dla Stalina, i dla wiejskich sań, i dla radia wyświetlającego hologramowe obrazy.

„Zamieć” to także igraszka z przestrzenią. Piotr Kofta pisał, że w powieści Sorokina tylko jedna rzecz jest pewna: śnieg. Trzeba w tym miejscu dodać: śnieg znosi pewność. Zasypuje, ujednolica, niweluje. A dzięki temu otwiera wyobraźnię, uwrażliwia, pobudza zmysły, rozgrzewa głowę. Sorokin proponuje więc historię, w której przestrzeń jest jednocześnie jedną z głównych dominant oraz największą ze zgub. To rzeczywistość, w której nie tylko czas się zapętlił, ale i przestrzeń porwała, skłębiła, wykrzywiła. Ten stan, podobnie jak przyzwolenie na relatywizm czasu, pobudza uśpione mrozem zmysły. Pokonywanie przestrzeni, wciąż utrudnione, czasem wręcz niemożliwe, zachęca do postojów, które niczym kufer lokalnego prestidigitatora uchylają przed doktorem i jego woźnicą światy niemożliwe. Niczym w powieściach realizmu magicznego, całkiem realne miesza się tu nierozerwalnie z niemożliwym, empiryczne z transcendentnym. A wszystko to prowokowane jest przez zawianą płaszczem zamieci przestrzeń. Zanikającą, migotliwą, mgławicową przestrzeń, co rusz wydobywającą się i na powrót ginącą w onieśmielającej, dezorientującej bieli rosyjskiego śniegu.

Postoje pozornie oddalają Garina od celu, złudne byłoby jednak traktowanie ich wyłącznie w ten sposób. Paradoksalnie bowiem, choć z narażeniem zdrowia i życia mieszkańców ogarniętej epidemią wioski, to właśnie niespodziewane przystanki ubogacają, wzmacniają przeżycia, nakłaniają do refleksji, na które nie sposób sobie pozwolić w szaleńczej podróży-pogoni za zbyt szybko upływającym czasem. Dysputy prowadzone z woźnicą, karkołomne próby naprawy sań profesjonalnym uchwytem lekarskiego bandaża czy psychodeliczno-narkotyczne doświadczenia są wypadkową nieogarnionej przestrzeni i niemierzalnego czasu. Sorokin w wyrafinowany sposób burzy więc kolejny pozór, jaki proponować może jego „Zamieć”. Pościg zamienia bowiem w zatrzymanie. Przerażający przestwór ubielonych śniegiem bezdroży przedzierzga w szansę na poznanie siebie, ale przede wszystkim Innych, gdy pozornie niemożliwe przeistacza się w realne.

Wspomnienia Garina przypominają nieco proustowską pamięć pobudzoną magdalenkami. Śnieżne krajobrazy i towarzysz podróży uwrażliwiają na refleksje dawno zapomniane, uczulają na rudymentarne pytania, których dawno nikt już nie zadawał. Senność zmęczenia, senność trudów podróży powoduje zaś zapadanie w sen wykwitający obrazami ludzi i wrażeń dawno już odłożonych w niepamięć. To kolejny pozór, który łamie „Zamieć”. Okazuje się bowiem, że pośpiech, trud drogi oraz konieczność mierzenia się z przeciwnościami aury oraz losu może być nie tylko podłożem do lamentu nad bieżącą sytuacją, ale i otwarciem na minione doświadczenia, pozornie zapomniane przeżycia, porzuconych bliskich.

Warto wczytać się w lekturę, którą proponuje Sorokin. Wsłuchiwać, wczuwać i wpatrywać w doznania, jakie oferuje jego powieść. A jest to wyjątkowa historia o podróży, której odjęto dwa podstawowe cele: przemierzania przestrzeni i przekraczania czasu. Warto więc otworzyć się na rzeczywistość, która wśród rosyjskich rekwizytów uświadamia o istnieniu podróżowania alternatywnego, bardziej proustowskiego. Podróżowania w głąb własnej przestrzeni, w swoisty autointerior, i w czas, który o linearności nawet nie słyszał.

Czytelnicze doświadczenie, jakie oferuje Sorokin, jest niezwykle cenne. Autor zaprezentował bowiem powieść, która z pozorów uczyniła nić jednocześnie silną i niezwykle niepewną. Mocną kreską odgrodził łatwe odpowiedzi i proste rozwiązania, jakie odbiorcy podpowiada zdrowy rozsądek, życiowe doświadczenie. Ukazał Rosję, która nieco (choć w zupełnie innym kontekście, na innej płaszczyźnie) przypomina kraj uchwycony w reportażach Jacka Hugo-Badera. Rosję jako żywioł, tajemnicę, jako braterstwo podróży, jako stan nie tyle umysłu, co raczej duszy. Niepowtarzalny, niepodrabialny stan, niemożliwy do otworzenia w jakimkolwiek innym zakątku świata.
Władimir Sorokin: „Zamieć”. Przeł. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013 [seria: Proza świata].
 
„artPapier” objął książkę patronatem medialnym.