Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (231-232) / 2013

Kamila Czaja,

NIEWAKACYJNY PRZEWODNIK

A A A
Byle nie tutaj?

Podtytuł „przewodnik” zobowiązuje. Można więc przyjrzeć się opublikowanej w maju książce Wydawnictwa Krytyki Politycznej nie tylko jako diagnozie sytuacji, lecz także jako próbie wskazania edukacji najlepszych dróg w jej dalszej wędrówce po Polsce. Pozornie „Edukacja. Przewodnik Krytyki Politycznej” to, ze względu na szkolny temat, nie najlepsza lektura na słoneczne wakacje. Może jednak właśnie letnia (pod względem pory roku, bo na pewno nie emocji wywoływanych przez poruszane zagadnienia) refleksja nad szkołą to dobry pomysł? Wakacje pozwalają bowiem spojrzeć na nią z dystansu, nieco inaczej niż zwykle.

 

A właśnie na tym „inaczej niż zwykle” zdaje się bardzo zależeć twórcom książki. Przemysław Sadura stwierdza we wstępie: „Marzy mi się inna rozmowa o szkole”. Także Anna Dzierzgowska podkreśla brak edukacyjnej refleksji wychodzącej poza schematy. Autorka tekstu „Demokracja, wspólnota, równość” przywołuje książkę Ivana Illicha „Odszkolnić społeczeństwo” i prowokuje czytelnika do dość radykalnego ćwiczenia intelektualnego: „Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, że w naszej wyobraźni nie ma alternatywy dla szkoły. Możemy spierać się o jej zadania i o sposób wprowadzania reform, ale bardzo trudno nam myśleć o świecie bez szkoły” (s. 47). Natomiast Mirosław Dąbrowski błyskotliwe diagnozuje spojrzenie na edukację w Polsce: „Możemy powiedzieć, że my jako społeczeństwo nie mamy horyzontu edukacyjnego, ale punkt widzenia” (s. 85).

 

Chociaż w „Edukacji…” podkreślone zostaje, jak źle wygląda sytuacja „tu i teraz”, to polskiej edukacji na szczęście nie wyznacza się kierunku jedynie na zasadzie: „Idź wszędzie, byleby nie stać tutaj”. Deklarowany zamiar jest wręcz zbyt ambitny. Sadurski pisze: „Tym przewodnikiem chcielibyśmy pokazać, że można dyskutować o szkole, nie ograniczając się ani do perspektywy wybranej grupy uczestników systemu edukacyjnego, ani jednego obszaru tematycznego. Uproszczenia szkodzą rozmowie” (s. 13). Zapał studzi w innym tekście  Marcin Zaród: „Różnorodność uwarunkowań edukacji sprawia, że każdy jej opis jest z konieczności niepełny” (s. 129). Niezbędne okazuje się więc zawężenie spojrzenia do kilku najistotniejszych – zdaniem autorów – dróg: tych, którymi edukacja podążać nie powinna, oraz tych, które najbardziej by się jej przysłużyły.

 

Manowce

Postulatów twórców „Edukacji…” nie trzeba daleko szukać. Zostają one przedstawione, w nieco manifestowej formie, już na okładce: „My nie patrzymy na szkołę przez okulary księgowego. Szkoła to nie towar, a pytanie, czy to się opłaca, nie jest najważniejsze. Chcemy edukacji powszechnie dostępnej i publicznej, która eliminuje, na ile to możliwe, nierówności. Szkoły wolnej, równej i demokratycznej, w której nie ma wyścigu szczurów, rankingów i segregacji”. Te założenie autorzy zaproszeni do współtworzenia książki rozwijają raczej konsekwentnie.

 

Na najgorszego wroga edukacji wyrasta w tym wydaniu konkurencyjny wolny rynek. Aleksandra Denst-Sadura diagnozuje: „Szkoła uczy przedsiębiorczości, czyli przygotowuje do rywalizacji na rynku pracy, wpaja przekonanie, że moja wygrana jest twoją porażką i że siła oraz przewaga nad innymi ratują przed byciem życiowym fajtłapą” (s. 69). Z kolei Magdalena Kaszulanis, przywołując słowa brytyjskiego ministra, który uważa polską edukację za „drugi Cud nad Wisłą”, stwierdza: „Może drugi cud zawdzięczamy temu, że niewidzialna ręka rynku ograniczona Kartą nauczyciela jeszcze nam go nie zepsuła” (s. 185). Finansowanie edukacji zgodnie z regułami rynkowej konkurencji to nie jedyny poruszony problem związany z ekonomią. Kolejny to dążenie do oszczędności, a wyrazem takich tendencji jest przekazywanie szkół publicznych w ręce stowarzyszeń. Piszący na ten temat  Jakub Rzekanowski przekonujące uzasadnienia sprzeciwu wobec komercjalizacji łączy niestety z bardzo słabymi tezami, na przykład taką: „Czy przekształcenie szkoły publicznej w niepubliczną stowarzyszeniową wpływa na wyniki nauczania? Intuicyjnie można powiedzieć, że tak. Pogorszenie warunków pracy może bowiem odbić się negatywnie na jakości edukacji” (s. 198-199). Może, ale nie musi – chciałoby się zripostować. Zwłaszcza że cały tekst zbudowany jest na „może” i „niekoniecznie”, bez mocnego uzasadnienia (bo trudno za takie uznać zestawienie średnich wyników egzaminów w szkole, w której podchodziło do niego maksymalnie jedenastu uczniów, a minimalnie… jeden).

 

Na szczęście pozostałe antyrynkowe teksty, chociaż nie trzeba się z nimi bezwarunkowo zgadzać, są lepiej uargumentowane. Czasami zawierają bardzo trafne, wręcz aforystyczne diagnozy, jak ta autorstwa Denst-Sadury: „Wartość wykonywanego zawodu nie jest już mierzona wiedzą, umiejętnością opisu rzeczywistości, lecz grubością portfela” (s. 339). Można jednak żałować, że mało jest w „Edukacji…” miejsca na bardziej wyważone w stosunku do kapitalizmu koncepcje. Na tle zmasowanych oskarżeń wobec rynkowego podejścia do edukacji zbyt cicho brzmi racjonalny głos Mikołaja Herbsta: „Z czysto edukacyjnego punktu widzenia nie widzę na razie zagrożenia. To, że sieć się kurczy, wynika w dużej mierze ze zmian demograficznych. Jeśli liczba dzieci maleje o jedną trzecią w ciągu dziesięciu lat, to w wielu gminach utrzymanie szkół w niezmienionym kształcie byłoby po prostu nieracjonalne” (s. 229).

 

Autorzy „Edukacji…” są bardziej przekonujący, kiedy starają się nie dać wciągnąć w polityczne spory. Dariusz Chętkowski pisze słusznie: „Dopóki zmiany w szkolnictwie będą polityczne, dopóty z reform będą nici, guzik i jedna wielka dziura” (s. 44), jednak w obronie prawa nauczycieli niektórzy autorzy – w tym spora grupa związana ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego i „Głosem Nauczycielskim” – zaczynają używać metod, za które sami krytykują polityków i media. Kaszulanis nagonkę na Kartę nauczyciela zwalczać próbuje atakiem na inwestycje związane z Euro 2012 oraz przypomnieniem, że politycy mają się nawet lepiej, bo obejmuje ich ochroną Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora. Takie przepychanki niewiele dają i nie wzbudzają zaufania czytelnika, który zaczyna widzieć nie katów (cynicznych polityków) i ofiary (pełnych poświęcenia nauczycieli), ale dwa stronnictwa walczące o swoje interesy. Podobnie nie budzą zaufania „genialnie proste” recepty, które nie biorą pod uwagę żadnych efektów ubocznych. Iza Desperek proponuje na przykład: „Zamiast likwidować szkoły z powodu niżu, należałoby zmniejszyć zagęszczenie dzieci. A jak to finansować? Oczywiście z pieniędzy, które lekką ręką wydajemy na armię” (s. 247). Twarda walka o pozycję nauczycieli ma jednak w „Edukacji…” ważny skutek pozytywny – obalanie pewnych mitów rozpowszechnianych przez media i prowadzących do społecznej niechęci wobec „belfrów”. Wprawdzie są to kwestie znane od dawna czytelnikom „Głosu Nauczycielskiego”, ale dzięki książce pewne argumenty mają szansę dotrzeć do szerszego odbiorcy. Chodzi przede wszystkim o czas pracy nauczycieli. Kaszulanis trafnie ujmuje sprawę: „Ale przecież praca nauczycielska nie składa się tylko z 45-minuotowych lekcji spędzonych przy tablicy. To tak, jakbyśmy twierdzili, że lekarz chirurg pracuje, tylko operując, sędzia – ogłaszając wyrok na procesie, a dziennikarka – w czasie od postawienia pierwszej kropki tekstu do ostatniej. Praca nauczycielska to także wiele innych czynności, w tym praca własna” (s. 181).

 

Wymarzone trasy

Skoro nie rynkowość i komercjalizacja, to co? Sadurski pisze: „Społeczności szkolne doświadczyły komercjalizacji, ale nie demokratyzacji” (s. 12). Właśnie demokratyzacja jest według wielu autorów „Edukacji…” nadrzędnym celem. Swoją propozycję przedstawia między innymi właśnie Sadurski: „Placówka bez ocen i egzaminów, za to z rozbudowaną diagnostyką postępów uczniów. Społeczność umożliwiająca współpracę między uczniami, nauczycielami i rodzicami. (…) Szkoła niehierarchiczna, a przez to nie tylko demokratyczna, ale także przyjazna i bezpieczna” (s. 13). Marcin Zaród, prezentujący różne formy edukacji pozaformalnej (na przykład festiwale nauki), podsumowuje swoje wizje następująco: „Dlatego prawdziwym sukcesem osób tworzących nowoczesną edukację będzie moment, kiedy każdy uczeń i uczennica będą mieli odstęp do tych wszystkich form. Kryterium dostępu nie mogą być: zamożność, miejsce zamieszkania, płeć, pochodzenie etniczne, nic poza pasją uczenia się” (s. 160).

 

Tak to wygląda na poziomie ogólnym, ale z wezwania do demokratyzacji szkoły wynikają też propozycje bardziej szczegółowe. Dzierzgowska pisze: „można pokusić się o naszkicowanie pewnej wizji szkoły, którą nazwałabym »utopią minimum«: wyprowadźmy ze szkół religię, wprowadźmy filozofię jako przedmiot obowiązkowy, ale bez ocen i egzaminów (i to nie samą etykę, ale właśnie filozofię), zlikwidujmy pokoje nauczycielskie i osobne toalety dla nauczycieli – i zobaczmy, co się stanie” (s. 49). Za zastąpieniem religii filozofią opowiada się też Jakub Majmurek, który twardo, ale bez nadmiernego zacietrzewienia, przekonuje do takiego rozwiązania w tekście „Religia w szkole albo historia pewnej uzurpacji”. Demokratyzacja to również sprawa integracji osób niepełnosprawnych, o którym interesująco pisze Rafał Bakalarczyk, a także kwestia uchodźców. O tych ostatnich pisze Kaja Malanowska w jednym z najlepszych tekstów w książce („Uchodźcy w polskiej szkole”). Pisarka podeszła do sprawy podobnie jak szkoła, którą opisuje: „Szkoła może nie idealna, ale do ideału z uporem dążąca. Kwestia przyjmowania imigrantów została w Raszyńskiej potraktowana nie jak nużący i niemożliwy do rozwiązania problem, ale jak naturalny obowiązek gospodarza wobec gościa” (s. 250). W tekście teorie poparte są przykładami z życia, a cały artykuł, na tle tekstów czasem roszczeniowych i utopijnych, imponuje połączeniem rzeczowości z empatią – czy też „gościnnością” właśnie.

 

Sporo miejsca w „Edukacji...” poświęcono też kwestiom równouprawnienia mniejszości seksualnych (Marta Konarzewska: „Spektakl heteronormy w szkole”) oraz aspektom genderowym. Tę ważną i wciąż za słabo uświadomioną w społeczeństwie problematykę omawia między innymi Dorota Obidniak w tekście „Gender? A o co chodzi?”: „Świat programów i podręczników to świat androcentryczny, gdzie nie ma miejsca na problemy związane z różnicą płci. Zaludniają ten świat miłe kobietki marzące o spełnieniu się jako żony i matki” (s. 299). Obidniak sięga też po temat nieco inny od pozostałych, ujmując go w oryginalnej formie. Esej „Zanim nastały szkoły promujące zdrowie” zawiera słowniczek pojęć związanych z kontrolami zdrowia prowadzonymi dawniej w szkołach. Obidniak pisze z dużym dystansem i poczuciem humoru, świetnie oscylując między absurdem PRL-u („Woreczek czystości – nosiło się w nim ściereczkę z wyhaftowanym imieniem właściciela i numerem klasy, mydło i szczoteczkę do zębów. Nie pamiętam, po co”, s. 283), a absurdem dzisiejszych rozwiązań (rezygnację z kontroli czystości ze względu na prawa dziecka komentuje: „Idea była słuszna. Wszy jednak nie dostosowały się do tych wysokich etycznych standardów”, s. 284). Ten tekst Obidniak odsyła do ciekawego problemu: przewodnik nie zawsze kierować musi do przodu, w przyszłość. Czasem skuteczne rozwiązania edukacyjne kryją się w przeszłości, chociaż trzeba je nieco zmodyfikować: „Historia powracających epidemii wszawicy stanowi niepiękną, acz nader trafną ilustrację tego, co zrobiliśmy z ochroną zdrowia dzieci w szkole. Najpierw błędnie zidentyfikowaliśmy problem, bo nie przeglądy czystości były złe, tylko sposób ich wykonywania. Potem wykreśliliśmy go z agendy, w końcu okazaliśmy się niezdolni do rewizji wcześniejszych decyzji” (s. 285).

 

Małymi kroczkami lub w siedmiomilowych butach

Ambitne postulaty mogłyby sugerować, że autorzy dążą do prawdziwej edukacyjnej rewolucji. I tak, i nie. Wprawdzie docelowo chcieliby widzieć polską szkołę zreformowaną w duchu antyrynkowej demokratyzacji, jednak liczą się z koniecznością dochodzenia do celu małymi kroczkami. Wiedzą bowiem, że złożone uzależnienie szkoły od społeczeństwa – i odwrotnie – nie pozwala na gwałtowne przewroty. Same reformy edukacji to za mało. Trzeba demokratyzować społeczeństwo, by zmienić szkołę. I demokratyzować szkołę, by zmienić społeczeństwo. Dzierzgowska pisze: „Otóż najbardziej eksperymentalna, otwarta czy nowatorska szkoła, publiczna czy niepubliczna, funkcjonuje w określonym otoczeniu społecznym i musi sprostać jego wymaganiom, które bardzo często stoją w sprzeczności z tym, czego i jak próbuje uczyć. (…) Wciąż bowiem dręczy mnie zaszczepione mi przez Illicha podejrzenie, że w pełni demokratyczna szkoła w niedemokratycznym społeczeństwie nie jest możliwa. Czy też, że jest możliwa, ale jedynie jako ideał, do którego nieustannie się dąży, jako przedmiot wciąż ponawianych wysiłków, jako ciąg prób i błędów” (s. 55, 58-59).

 

Denst-Sadura zachęca wprawdzie do odwagi w zmienianiu sytuacji, bo na razie: „wyposażamy dzieci w umiejętności przydatne w niechcianej, ale realnej rzeczywistości, nie zastanawiając się, że tym samym odsuwamy realizację ideału i utrwalamy status quo” (s. 61).  Pięknie brzmi też przywołane przez Henry’ego Jenkinsa zadanie: „Edukacja służyć może nam albo jako instrument sprzyjający włączaniu młodzieży w istniejący system, co prowadzi do konformizmu, albo jako narzędzie wolności, środek, dzięki któremu kobiety i mężczyźni będą w stanie krytycznie i kreatywnie zmierzyć się z rzeczywistością i odkryć, jak uczestniczyć w transformacji ich świata” (s. 149). (Na marginesie – Jenkins i redaktorzy książki twierdzą, że to cytat z Paula Freire’a, ale w rzeczywistości przypis odsyła do fragmentu przedmowy Richarda Shaulla do książki Freire’a). Jednak większość autorów zdaje sobie sprawę, że to „narzędzie wolności” stwarzać trzeba powoli, poprzez zmiany w społecznej świadomości. Roman Dolata stwierdza: „potrzeba nam ewolucyjnych zmian” (s. 29), a Hanna Gill-Piątek zauważa: „Wygląda na to, że bez rewolucji w podejściu do edukacji niewiele da się zmienić. Na razie jesteśmy skazani na łatki, małe poprawki” (s. 246). Chociaż więc twórcy „Edukacji…” pewnie woleliby widzieć krajowe szkolnictwo dumnie kroczące w siedmiomilowych butach, to pamiętają, że bohater wiersza Jana Brzechwy skończył boso.

 

Tędy droga?

Nie wszystko w przewodniku się udaje. O edukacji seksualnej Aleksandra Józefowska mówi: „Jestem niestety przekonana, że nigdy nie jesteśmy w stanie w 100 proc. oddzielić swoich przekonań (to się często dzieje na nieświadomym poziomie) od tego, z czym przychodzimy, o czym mamy mówić. Dlatego ważne, by trzymać się naukowych rozpoznań, statystyk, badań, konkretów, by kierować się wiedzą medyczną zgodną ze standardami światowej organizacji zdrowia. Kiedy zaczynamy opowiadać o własnych przekonaniach, to już zaczyna być ideologiczne” (s. 371). Tymczasem w swoim własnym pisaniu o edukacji autorzy książki od ideologii nie stronią. Piotr Laskowski stwierdza wprost: „Ale chodzi właśnie o to, żeby uciec od fałszywej alternatywy, wyjść poza histeryczny klincz między ludźmi głodującymi w imię historii narodowej a cynikami podporządkowującymi nauczanie potrzebom rynku” (s. 117). Nietrudno zauważyć, że ucieczką od takiej alternatywy jest według autorów „Edukacji…” rozwiązanie wyraźnie lewicujące.

 

Wywołuje to pewien paradoks. Pełna demokratyzacja szkoły w takim wydaniu niewątpliwe nie zadowoli wszystkich. Przy niewłaściwym rozegraniu sprawy konserwatyści, liberałowie, a nawet ludzie niezdecydowani, zostaną w tyle, a wkluczenie jednych grup stanie się wykluczeniem innych. Dlatego tego rodzaju pomysły wprowadzać należy delikatnie, za każdym razem negocjując i pamiętając o pewnej utopijności założeń. Może po prostu recepta na sukces proponowanych rozwiązań brzmiałaby: „Bez przesady z ideologią w szkole”? Nie powinno być na przykład tak, że nierówne traktowanie chłopców i dziewczynek rozwiązywać można w sposób, jaki sugeruje Iza Desperak: „Kiedyś wezwano mnie do szkoły, bo moja córka pobiła swojego kolegę Adriana. Dziewczynka ważyła około 40 kg, Adrian dwa razy więcej. Na początku nie uwierzyłam. Potem ogarnęła mnie duma, że to ona pobiła kolegę, pomimo różnicy wagi. Natomiast dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, czego oczekuje ode mnie nauczycielka: miałam być oburzona zachowaniem córki. Rodzice Adriana nie zostali wezwani do szkoły, mimo że kwestia, kto kogo pobił, była dość wątpliwa” (s. 238-239). Nierówność to jedno, ale nie usprawiedliwia jeszcze dumy z przemocy. Ciekawie w kontekście całej książki brzmią słowa Dolaty: „Jednak nie jest tak, że słuszne ideologie prowadzą do równie skutecznych działań, pewne działania mogą być czasem kontrskuteczne” (s. 24).

 

Pierwszą znaczącą zasługą „Edukacji…” wydaje się to, że toczy się w niej ta wymarzona przez Sadurskiego „inna rozmowa o szkole”. Rozmówcy nie zawsze argumentują celnie, a czasem prowokują ogólnymi diagnozami, nie dając żadnych rozwiązań. Jednak niektóre zawarte w przewodniku artykuły (raz jeszcze warto tu wyróżnić tekst Malanowskiej i esej Obidniak o ochronie zdrowia) udowadniają, że naprawdę jest w którą stronę o szkole pomyśleć. To książka nierówna, ale skłaniająca do refleksji – chociaż często również do niezgody nie tylko na to, co krytykuje, ale też na to, co zachwala. Natomiast druga ogromna korzyść wynikająca z lektury to konsekwentne przypominanie sobie, że szkoła jest ważna, czasem najważniejsza. Marcin Zaród pisze: „Zawód i wykształcenie to tak samo mocne źródła tożsamości jak narodowość lub religia” (s. 139), a Piotr Laskowski wyznaje: „wciąż myślę o szkole jako o miejscu, w którym człowiek zyskuje dostęp do języka, do narzędzi, do kultury, do wspólnoty. Czyli ostatecznie zyskuje samą możliwość życia” (s. 121).
„Edukacja. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2013 [seria: Przewodniki Krytyki Politycznej, t. 34].