Wydanie bieżące

1 września 17 (233) / 2013

Sebastian Pytel,

NIE MA BÓLU, NIE MA ZYSKU

A A A
„Pain & Gain” – bo tak w oryginale brzmi tytuł najnowszego filmu Michaela Baya – odnosi się do podstawowej zasady każdego kulturysty: „No pain, no gain” („Nie ma bólu, nie ma zysku”). Zgodnie z jej brzmieniem, Daniel Lugo (w końcu dobrze obsadzony Mark Wahlberg) z uśmiechem na ustach i dumą w sercu przerzuca ciężary i jako instruktor pomaga w tym innym. Bohater wierzy w dwie religie – fitness i Amerykę. W zasadzie łączą się one w jedno, gdyż w obu wystarczy „włożyć trochę wysiłku i można mieć wszystko”. Jednak żeby mieć wszystko, najpierw trzeba postawić sobie cel. Lugo czuje w sobie potencjał, lecz na razie nie wie, jak go wykorzystać, czeka więc na objawienie. Przychodzi ono w osobie Johnny’ego Wu (Ken Jeong), sławnego life-changera przekuwającego biografie celuloidowych idoli Daniela (Michael Corleone, Rocky, Tony Montana) w dekalog człowieka czynu („Mieć cel, mieć plan, ruszyć dupsko z miejsca”). Lugo rozgląda się wokół siebie i dostrzega szansę, którą jest niejaki Victor Kershaw (Tony Shalhoub), arogancki i egoistyczny typ o sutym koncie w banku i kilku nieruchomościach na stanie. Oczyszczenie z wszelkich dóbr kogoś takiego jak Kershaw powinno uczynić USA lepszym miejscem. Trzeba jeszcze tylko zmontować ekipę. Wybór pada na koksującego kumpla z siłowni, zbierającego na operację swej podupadającej męskości (Anthony Mackie) i wielkiego jak (nomen omen) skała, nawróconego wyrokowca (Dwayne „The Rock” Johnson). Tercet ten, nazwany później Gangiem z Sun Gym, istniał naprawdę, w co – patrząc przez pryzmat dalszych wypadków – naprawdę trudno uwierzyć.

Prawda jest dziwniejsza od fikcji – słyszymy w filmie – i w istocie, skala zaskoczenia kolejnymi próbkami kreatywności amatorskiego gangu nie maleje. Potwierdzając niepisaną regułę jednorazowych w zamyśle złodziei, po dość szybkim rozejściu się pieniędzy w różne strony (domy, samochody, narkotyki) Sun Gym postanawiają zewrzeć szeregi i odtworzyć swój kakofoniczny, łotrzykowski utwór. Heist movie do kwadratu? Sequel w oryginale? Trochę tego i trochę tamtego, w miarę upływu czasu bohaterowie stają się bowiem jeszcze głupsi, skok bardziej „ambitny”, a komplikacje znacznie dalej posunięte. Wracają również demony przeszłości, a wraz z nimi napisy, przypominające nam, że to wciąż prawdziwa historia.

Głupota w gruncie rzeczy funkcjonuje niczym perpetuum mobile w obrębie tego filmu, służąc jednocześnie za siłę napędową kolejnych wydarzeń, generator komizmu i usprawiedliwienie scen przemocy. Samą opowieść prowadzi (a właściwie komentuje) się z kilku krzyżujących się perspektyw, co początkowo rodzi konfundujący dysonans, z czasem o tyle zabawniejszy, o ile weźmiemy pod uwagę mało złożoną strukturę oraz wątłe zasoby błyskotliwości większości narratorów.

Michael Bay jest reżyserem od typowo bombastycznych atrakcji, charakterystyka postaci i ich motywacje zwykle zalegają u niego na głębokim drugim planie, przysłonięte dymem efektów pirotechnicznych. W „Sztandze i cashu” wybuch jest tylko jeden, siłą rzeczy więc środek ciężkości musiał przenieść się na dialog i narrację. Ale i w tym aspekcie niskie IQ trzech gentlemanów z siłowni zasila fabularną materię – ich sposób postrzegania świata i drogi do samorealizacji to ciekawe wynaturzenie idei słynnego American dream. I choć motyw ten filtrowany jest na okrągło, a Bay mocno wspiera się na estetyce Quentina Tarantino, Guya Ritchie czy braci Coen (z paranoicznym klimatem, wszechobecnym zidioceniem i próbą pozyskania wielkich pieniędzy charakterystycznymi dla „Tajnego przez poufne”), to ogół zapożyczeń dość zgrabnie się kompensuje, nie popadając w epigonizm. Jak wiadomo, zdolności reżyserskie Baya pochodzą z grubo ciosanego hollywoodzkiego drewna, lecz w tym przypadku zaskakująco dobrze udało mu się przenicować fakty w kostium fikcji i sprawić, że nieprawdopodobne funkcjonuje w obiegu fabularnym, a nie elektronicznym.

„Sztanga i cash” to film konsekwentny w obranej stylistyce, o zrównoważonym rytmie i nie irytujący przechylaniem emocjonalno-efekciarskiej sztancy. Mając w pamięci obrzydliwie patetyczne i skręcająco sentymentalne zagrywki z „Armageddonu” czy „Pearl Harbor” oraz stroboskopowe techno-party z trylogii „Transformers”, z miłym zaskoczeniem patrzy się, jak w ten nadęty balon, jakim jawiło się kino Michaela Baya, wlatuje trochę niewymuszonego luzu. Morał dla Amerykanina jest więc taki, aby zamiast kręcić bohaterskie filmy o ratowaniu świata, które wychodzą mu idiotycznie, wziął się za kino o idiotach, niepotrafiących uratować nawet samych siebie.
„Sztanga i cash” („Pain & Gain”). Reżyseria: Michael Bay. Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely. Obsada: Mark Wahlberg, Dwayne Johnson, Anthony Mackie i in. Gatunek: komedia akcji. Produkcja: USA 2013, 129 min.