Wydanie bieżące

1 września 17 (233) / 2013

Radosław Pisula,

SZPIEDZY W TRYKOTACH RATUJĄ ŚWIAT

A A A
Komiks zagraniczny
Komiks „Secret Avengers” zaczął ukazywać się zaraz po „Siege” – wielkim wydarzeniu w świecie Marvela, które doprowadziło do dosyć ostrych przetasowań na najwyższych szczeblach władzy w świecie herosów. Seria ta była kolejnym etapem rozbudowywania marki „Avengers” i wraz z kilkoma innymi tytułami, pojawiającymi się na przestrzeni kolejnych miesięcy (między innymi „New Avengers”, „Dark Avengers” czy „Avengers: The Initiative”), zamieniła zespół w gigantyczną organizacją działającą na różnorakich polach. Za sterami „Tajnych Mścicieli” stanął Ed Brubaker, seryjny zdobywca nagrody Eisnera, znany głównie ze swojego wieloletniego romansu z gatunkiem komiksowego kryminału oraz pracy nad przygodami „ulicznych” bohaterów – Batmana, Catwoman, Daredevila czy Kapitana Ameryki. To właśnie superżołnierz Steve Rogers, który po „Siege” odpowiadał de facto za całe światowe bezpieczeństwo (będąc głównodowodzącym agencji S.H.I.E.L.D.), stanął na czele zespołu Avengers od czarnej roboty, załatwiającego sprawy najwyższej wagi po cichu, z użyciem wszelkich wymaganych środków.

Przez pierwsze dwanaście numerów Brubaker łączył w komiksie pulpową estetykę, szalone pomysły (podczas pierwszej misji zespół trafił na Marsa), a także sporo wątków szpiegowskich. Całość była szybka i brawurowa. Po odejściu twórcy stery przejął na chwilę Nick Spencer, a w szesnastym numerze swoją krótką przygodę z tym tytułem rozpoczął legendarny już Warren Ellis – polecony wydawnictwu przez samego Brubakera. Brytyjczyk znany z niesamowicie oryginalnych projektów (takich jak „Transmetropolitan”, „Planetary” czy „Black Summer”) oraz rewitalizacji podupadających tytułów („Stormwatch”, „Thor”, „Excalibur”, „Iron Man”) postanowił zachować pulpowy klimat komiksu, dodając od siebie kilka unikalnych elementów.

Zabierając się do lektury „Run the Mission, Don’t Get Seen, Save the World”, nie trzeba znać poprzednich przygód zespołu ani nawet orientować się, jak ustawiona była wcześniej szachownica świata Marvela. Każdy z sześciu numerów napisanych przez Ellisa opowiada oddzielną historię – podobnie jak jego autorskie i podobne tematycznie „Global Frequency” – często różniących się wykorzystaną przez autora konwencją. Aby zwiększyć uniwersalność i dynamikę prezentowanych opowieści, scenarzysta sprowadził bohaterów do ich podstawowych definicji, nic im jednak nie ujmując. Mimo że postaci nie rozwijają się przez kolejne numery (z jednym dosyć wyraźnym wyjątkiem), ich „rdzeń” jest tak wyraźny, że pozwala świetnie bawić się czytelnikom niezorientowanym w zawiłej historii superherosów.

Beast (wygadany naukowiec), Steve Rogers (przywódca i superżołnierz), Moon Knight  (bohaterski psychopata-schizofrenik), Valkyrie (wojowniczka z Asgardu), War Machine  (marine w zaawansowanej technologicznie zbroi), mistrz kung-fu Shang-Chi czy superszpieg Black Widow – oto podstawowe informacje o głównych graczach, potrzebne do wskoczenia na pokład tego tytułu. Każdy z nich ma tutaj określoną rolę, a jego umiejętności są dopasowane do wymogów poszczególnych misji. Minimalizm napędza fabularną woltyżerkę scenarzysty – wszak sednem komiksu są misje niemożliwe. A w tym aspekcie dostajemy pełną gamę ulubionych tematów Ellisa: transhumanizm, bioboty, podróże w czasie, futurystyczne miasta, narkotyki, tajne organizacje i stacje kosmiczne. Akcja gna ciągle na złamanie karku i mimo „tajności” misji większość z nich kończy się przy akompaniamencie strzałów, wybuchów oraz celnie wymierzonych kopniaków. Wszystko to jest jednak (zazwyczaj) solidnie umotywowane fabularnie.

Zgodnie z tytułem zbiorczego wydania, zespół musi „rozpocząć misję, pozostać niezauważonym i ocalić świat”, a każdy numer przedstawia problem, który może zamienić się w zagrożenie dla całego globu. Brytyjczyk ewidentnie świetnie bawi się superbohaterską konwencją, przedstawiając maksymalnie skondensowane fabuły, przypominające swoją formą dynamiczne filmy akcji. Specjalnie wyolbrzymia pewne absurdy życia w komiksowych światach i zasady funkcjonowania w nich pozytywnych oraz negatywnych postaci. Nie dekonstruuje jednak medium, a idzie z jego prądem. Puszczając oko do czytelników, zdaje się mówić: „Hej, to szalone i dziwaczne, ale za to kochamy kolorowe zeszyty, aye?”.  Bohaterowie rozmawiają ze sobą tak, jakbyśmy chcieli rozmawiać w prawdziwym życiu – przerzucając się celnymi komentarzami i zawsze wiedząc, jak umiejętnie wszystko podsumować – udowadniając, że każda sytuacja jest pozornie bez wyjścia, a przed wybuchem można uciec tylko wtedy, gdy fala uderzeniowa zaczyna przypiekać skórę.

Jedyną wyraźną wadą narracji tego komiksu jest to, że całości zwyczajnie brakuje wyraźnego tematu przewodniego, rozwijającego się w tle problemu, który prowadziłby do satysfakcjonującego podsumowania. Dostajemy sześć solidnych fabuł, jednak w ogólnym rozrachunku przypominają one kilka odcinków wyrwanych ze środka dobrego serialu spy-fi. Dlatego, patrząc na ten zbiór w szerszej perspektywie, jego fragmentaryczność można uznać za cechę irytującą. Jednak kolejne epizody są na tyle zaskakujące (fenomenalne wykorzystanie motywu podróży w czasie lub błyskotliwa sekwencja walki w kosmosie), że nie przeszkadza to w odbiorze.

Za każdy numer odpowiada inny rysownik, z których większość to już wyrobione w branży nazwiska. Ich style różnią się niekiedy diametralnie – od kreskówkowego (Jamie McKelvie), przez wyraźnie „superbohaterski”, w którym dominują umięśnieni faceci z kwadratowymi szczękami (Kev Walker, Stuart Immonen), po skąpane w czerni naturalistyczne ilustracje, przypominające kadry z klasycznych filmów noir (Michael Lark, Alex Maleev). Najbardziej zaskakujący w tym zestawieniu jest Hiszpan David Aja, którego talent eksplodował na kartach „Immortal Iron Fist”; obecnie autor bije kolejne rekordy popularności swoją pracą przy „Hawkeye”, wznoszącym wizualną narrację na całkiem nowy poziom. Nikt tak jak on nie potrafi rozrysować wymiany ciosów, która często jest bardziej dynamiczna niż scena z filmu kopanego. Nic dziwnego, że to właśnie jemu przypadło w udziale zaprojektowanie opowieści z azjatyckim wirtuozem sztuk walki.

Ostatecznie krótki flirt Ellisa z „Secret Avengers” przyniósł czytelnikom sześć wysokooktanowych i szalonych blockbusterów, które destylują to, co najlepsze, ze skostniałej już trochę konwencji. Dostajemy marvelowską kontynuację wspomnianego już świetnego „Global Frequency” i komiks, po który może sięgnąć każdy, bez potrzeby wertowania absurdalnie rozbudowanych biografii postaci oraz zmieniających się jak w kalejdoskopie wydarzeń w gigantycznym uniwersum amerykańskiego wydawnictwa. „Secret Avengers” to solidna pozycja, która nie stara się udawać, że jest czymś więcej niż dobrą zabawą.
Warren Ellis, Jamie McKelvie, Kev Walker i inni: „Secret Avengers: Run the Mission, Don't Get Seen, Save the World”. Wydawnictwo Marvel Comics.