Wydanie bieżące

1 września 17 (233) / 2013

Anna Zagórska,

POSZUMY, POWIDOKI I PODRÓŻE

A A A
„Salki” – jak wyczytać można z lakonicznego opisu zamieszczonego w książce Wojciecha Nowickiego pod tym właśnie tytułem – to pomieszczenia na poddaszu. Autor nie dookreśla wielkości, kształtu, charakteru salek. Pozwala czytelniczym domysłom i dopowiedzeniom wykreślać fantasmagoryczne salki własnej imaginacji. Tajemnicze, niejasne, przykurzone czasem, owiane zaduchem niegdysiejszych obiadów i wonią zamkniętą w (być może) przechowywanych tam domowych przetworach. Wśród słojów, kufrów, kruszejących gazet i zatęchłych albumów z wypłowiałymi fotografiami urodziła się opowieść o niedosłyszanym, niedopowiedzianym. Opowieść o sobie samym, zakorzenionym w wątłej przeszłości, migotliwej (bo naznaczonej – jak się wydaje – niekończącą się podróżą) teraźniejszości. Na niepewnych gruntach salek, które fascynują nie tylko ontyczną niejednoznacznością, ale i lingwistyczną wątpliwością („u nas nikt nie znał tego słowa”) wyrastają historie mądre, pouczające i niezwykle frapujące.

Kilkuzdaniowa recenzja na ostatniej stronie okładki „Salek” – zamieszczona, by przykuć uwagę czytelnika, a i przydać reklamy produktowi – zwraca uwagę na kilka aspektów. Uniwersalizm, niespieszność i włóczęga. Istotna to kondensacja refleksji, przytoczeń i historii opowiadanych przez Nowickiego. Autor „Dna oka” w swojej najnowszej książce, choć niepokaźnej rozmiarowo, otwiera bowiem przed czytelnikiem światy, czasy i przestrzenie, które wymykają się łatwym podsumowaniom. Otwierają fascynujące możliwości interpretacyjne, sieci powiązań i skojarzeń.

Niewątpliwie można książkę Nowickiego potraktować jako opalizującą historię prywatną, która jednocześnie staje się wyimkiem historii powszechnej. Mamy tu więc historię rodziny – jej pojedynczych członków, od pradziadka, angielskiego emigranta niesprawnie posługującego się polszczyzną, przez babkę z nieodłącznym puzderkiem pudru Yardleya („zawsze ten sam puder, zawsze najjaśniejszy, żeby ukryć skazę nietutejszej urody” [s. 14]), po ciotkę, tragiczną emisariuszkę jednego z wojennych mordów, której nie chciano słuchać. Z drugiej strony jednak, poprzez te intymne, delikatne, wątłe wspomnienia, rodzi się uniwersalna historia naszego, środkowego, wyimka Europy. Nowicki portretuje Europę bolesną, krwawiącą i zastygłą w krzyku przerażenia w sposób naturalny, niemalże sielsko-rodzinny, jakby wciąż, jedną nogą, tkwił w małżeńskim łożu dziadków, w pokoju z orłem na szafie i świętym obrazem na ścianie. Pokazuje Europę doświadczoną repatriacją, pogromami i szaleństwem, jakby były to historie o piciu herbaty, grze w karty czy niegroźnych dziwactwach jakiś ledwo znanych wujów. Bo właśnie z takimi – wygładzonymi, delikatnymi, spokojnymi – opowiastkami zespala i łączy brudne fragmenty środkowoeuropejskiej historii. W „Salkach” Nowicki kosztuje słodko-gorzkiego owocu utopii pamięci – posługując się terminem używanym przez Ewę Kuryluk – a więc swoistego amalgamatu utrwalającego jednocześnie chwile piękne i bolesne.

Europa zbrodni i przerażenia, Europa niespokojnego snu i równie niespokojnego życia, wypływa z „Salek” co chwila. Wydaje się nie tylko koniecznym memento, uchwyceniem tragicznej historii ku przestrodze następnym pokoleniom, ale także hołdem oddawanym przodkom ze skruchy, własnych błędów i – najbardziej po latach bolącej – ignorancji. Wszak wyczytać można: „Ich twarze, ich historie, ich nieszczęścia, wszystko to brało się stamtąd, z tamtego życia, o którym nie miałem pojęcia, bo było dla mnie nieciekawe. Nie słuchałem ich przez całe lata, nudziło mnie ich gadanie, aż pomarli wszyscy i spytać już nie ma kogo” (s. 14).

Można więc potraktować „Salki” jako prozę nie tyle post-pamięci, o czym często pisze się w kontekście twórczości kolejnych pokoleń po Holokauście, ale jako prozę niedo-pamięci. Takiej pamięci fragmentarycznej, niedookreślonej, fabularyzowanej i konfabulowanej, gdy pustka niewiedzy i niepojęcia uwiera już zbyt mocno. Pamięci dopisywania, dozmyślania. Pamięci, która wnika w szczeliny istnienia, penetruje je i oświetla. Pamięć powidoków, która filtruje przeszłość własnym doświadczeniem i przekonaniem. To pamięć wyrzutu sumienia za utraconą – już na zawsze, wraz z kolejnymi pogrzebami przodków – możliwością gromadzenia wspomnień. Któż tego nie czuł, któż tego nie doświadczył.

„Salki” odczytywane jako impresje nieuchwytnej (bo zawsze niedopowiedzianej) przeszłości interesująco korespondują z „Młodszym księgowym” czy „Fotoplastikonem” Jacka Dehnela. Podobnie jak u autora „Lali” sporo tu atencji dla słowa, dla frazy – jej brzmienia i wybrzmienia. Dla gracji i ładu języka, który może kaleczyć, ale może i dźwięczeć urzekającymi czytelnika tonami. Nowicki wspomina niemalże niemożliwe nazwy lokalnych litewskich rzek, jakie w pamięci zachował jego dziadek. Nazwy brzęczą miło, szumią litewskimi wierzbami, pochylonymi troskliwie nad ciekami wodnymi: „Siedział na swoim łóżku, ciężko oparty łokciami o kolana, i powtarzał mantrę, która płynęła ze środka: »I rzeka Niewiaża była, i rzeka Święta była, i rzeka Szeszupa była, i rzeka Szyrwinta była, i rzeka Żyżma była«. Tak mówił, powtarzam słowo w słowo, tak jak mi to ojciec powtórzył” (s. 149).

 

A potem autor „Salek” tak o nich pisze, tak je charakteryzuje – nie lustra rzek oczywiście, ale ich słowne odbicia – „Te nazwy były piękne, szeleściły i szemrały, skrzypiały zmrożoną szrenią, grzmiały spod kry, zapowiadały poszum traw i przyszłe żniwo” (s. 149). Ujawnia się tym opisie frapująca onomatopeiczność. Zdolności synestezyjne Nowickiego aż proszą się, by dać temu zdaniu wolność, bo straci wiele, jeśli nie wypowiemy go na głos. Jeśli nie damy mu dotrzeć do samego interioru naszych zmysłów, które pobudzone owymi poszumami jeszcze mocniej odczują melodię litewskiej hydronimii.

Nowicki nie podróżuje jednak wyłącznie w głąb czasu. Nie skupia uwagi li tylko na zmurszałych księgach, wyblakłych fotografiach i fragmentarycznych, niechcianych historiach rodzinnych. Teraźniejszość znaczy przeszłością. Otwiera przed czytelnikiem kolejne prefiguracje dzisiejszych bedekerów, swoiste antycypacje przewodników Lonely Planet (przytacza choćby podróżnicze wspomnienia Jakuba Sobieskiego, Dostojewskich, Césara de Saussure, „młodego podróżnika ze Szwajcarii” [s. 84]). Przemówić daje jednak również głosom współczesności. A szczególna jest to współczesność, wyjątkowa europejska rzeczywistość. Nowicki podąża duktem wydeptanym przez Andrzeja Stasiuka czy Wolfganga Büschnera („Pieszo przez Niemcy”).

„Salki” uwrażliwiają się na Europę nieoczywistą, nie-prospektową. Europę, której daleko do turystycznych przewodników i wielogwiazdkowych hoteli. To światy środkowoeuropejskie, skażone – odwołując się do słynnego eseju Josefa Kroutvora – płaskostopiem. Taka Europa widziana od kuchni, od spiżarni, od wychodka, choć mowa tu nieraz o paradnych izbach, najlepszej zastawie i stosach poduch aż po powałę. Nowicki uchwycił skrawki owej „niewyjściowej” Europy – pachnącej potem i grzybem, upstrzonej bazarową pstrokacizną przemieszaną z postkomunistyczną, wszechogarniającą szarością. To Europa swojska, bliska, naturalna. Asymilująca niechcianą w „wielkim świecie” starość, ułomność, brzydotę. Afirmująca nijakość i miałkość. Dająca pozwolenie na drobne przewiny (casus kieszonkowych rabunków), spajająca niemożliwe. Ot, taki para-bedeker przesiąknięty naturalnym tutaj realizmem nieco magicznym, nieco delirycznym i w końcu nieco atroficznym, pogrążanym w marazmie zatrzymanej w czasie przestrzeni. Co więcej, to para-bedeker dający pełną zgodę na turystykę kolejnej filiżanki kawy, a nie biletu wstępu na zamek, bo wszak „zamków […] już się w życiu nazwiedzałem” (s. 195).
Wojciech Nowicki: „Salki”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.