Wydanie bieżące

1 września 17 (233) / 2013

Przemysław Pieniążek,

CZYTAJĄC MIĘDZY LISTAMI

A A A
Wybór stu sześćdziesięciu sześciu listów tworzy intrygującą mozaikę ukazującą perypetie dwóch małżeństw, pomimo zmiennych wiatrów historii oraz życiowych perturbacji, przez kolejne dekady utrzymujących ze sobą (w miarę) regularny kontakt. Chociaż w przypadku niektórych przesyłek trudno ustalić datę ich nadania, czasowa cezura epistolarnego tomu oscyluje między grudniem 1962 roku (taka adnotacja widnieje na tekście adresowanym do Zbigniewa Herberta) a 7 lipca 1998, wraz z listem wysłanym przez Julię Hartwig do autora „Przesłania Pana Cogito”, na trzy tygodnie przed śmiercią legendarnego poety, którego karierze Międzyrzeccy od samego początku z dumą sekundowali.

Wysyłane z najróżniejszych zakątków Starego, jak również Nowego Kontynentu wiadomości pozwalają prześledzić trasę (nie tylko) zawodowych wojaży autorów. Paryż, Sozopol, Zakopane czy bułgarskie Złote Piaski to niektóre z przystanków (nie zawsze) wspólnej wędrówki Julii i Artura, który znaczną część listów słał ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wyjechał w 1970 roku w ramach International Writing Program. To właśnie w USA doszło do długo wyczekiwanego spotkania z Herbertami (poeta przybył bowiem do Kalifornii jako wizytujący profesor na zaproszenie jednego z uniwersytetów w Los Angeles), którzy po powrocie do kraju tymczasowo zamieszkali w warszawskim mieszkaniu ich oddanych przyjaciół. „Jadę grosza trochę uciułać” – pisze Zbigniew z pokładu samolotu lecącego do Nowego Jorku. Z lektury licznych listów adresowanych do Międzyrzeckich wyłania się obraz poety jako człowieka poszukującego swojego miejsca w świecie (jego korespondencja przychodzi bowiem z Berlina, Frankfurtu, Spoleto, Hagi czy Berkeley) skrzętnie wykorzystującego przyznawane mu skromne stypendia oraz międzynarodowe nagrody, aby – jak sugeruje Julia Hartwig – skutecznie mógł oddalić się od „nędz politycznych” oraz wszelakich egzystencjalnych udręk.

Niewątpliwie najciekawsze partie tych epistolarnych dialogów dotyczą zacieśniającej się więzi między „Zbyszkiem”, eseistą i zdolnym tłumaczem liryków Pierre’a Emmanuela oraz André Frénauda, a związanym z miesięcznikiem „Poezja” Arturem, zachęcającym młodego autora do przesyłania próbek jego twórczości („Czy masz własne wiersze?” – pyta z zaciekawieniem w jednym z listów). Mocno przeżywając wydarzenia Marca 1968 roku, Międzyrzecki odszedł z redakcji periodyku, tracąc równocześnie szereg możliwości pracy artystycznej. Brzemienna w konsekwencje decyzja pisarza zaowocowała jednak sprowadzeniem relacji łączącej go z Herbertem na bardziej familiarny poziom. Autor „Ekspedycji” deliberuje o ambiwalentnej naturze ich fachu („Literatura ani zawód, ani szczęście”), często informując przyjaciela o męczącej go prozie codzienności („Nic u nas nowego, prowadzimy życie bardzo domowe, staramy się pracować, bez wielkiego powodzenia; co się zbiorę trochę, to znowu coś przeszkadza, i tak dalej”). Melancholijnie napomykając o kolejnych rocznicach swoich urodzin, Międzyrzecki nie traci jednakowoż entuzjazmu, nasycając swoje listy aurą dziecięcej wręcz radości („Zbyszku Kochany, kochany Zbyszku, hej! Hm, hip, au! Eao i klip-klap!”).

Listy Zbigniewa Herberta, podobnie jak twórcy „Wygnania do rymu”, podszyte są liryzmem oraz niewymuszonym humorem. Nie brakuje w nich serdecznej kurtuazji („Bardzo kochani Arturze i Julio”), ujmującego dystansu (niektóre opatruje podpisem „Wasz Zbigniew/stajenny”, gdzie indziej kreśli się jako „Zbigniew Astmatyk”) oraz życzliwej pamięci, obejmującej także córkę Międzyrzeckich, Danielę. Poeta często odnotowuje fakty bez większego znaczenia (w jednym z listów nadesłanych z  La Messuguière wspomina o zjedzonym na obiad mięsie rosołowym wysokiej klasy), chwaląc się między innymi przyswojeniem tekstów piosenek Piotra Szczepanika (choć jak sam przyznaje wciąż myli linię melodyczną „Żółtych kalendarzy” z „Goniąc kormorany”). Nie pomija jednak bardziej osobistych tematów, dzieląc się refleksją o śmierci ojca, szwagra oraz o chorobie matki.

Z kolei Julia Hartwig często dołącza się do wywodów męża na zasadzie „chochlikowego” wtrętu; dowcipnego postscriptum notowanego na marginesie „męskich” rozważań („Napisałabym, ale żadną miarą nie wypada mi dopisywać się do tego tkliwego listu, z którego opar o określonym procencie ducha dobiegnie Cię przez lasy i granice, i muśnie, być może, w sam nos lub serce. Ściskam jednak!”). Równocześnie to właśnie za jej sprawą w korespondencji pojawiają się pierwsze sygnały świadczące o nienajlepszym stanie zdrowia Międzyrzeckiego („Artur mi choruje, daje mi do czytania swoje elektrokardiogramy, ale go wyleczymy, to zbyt trudne lektury”), nie mówiąc już o bardziej refleksyjnych przemyśleniach typowych dla schyłkowej fazy epistolarnych rozmów. Co ciekawe, autorka „Dzienników amerykańskich” jako pierwsza wyraża olbrzymie zainteresowanie ukochaną Herberta, Katarzyną Dzieduszycką („Całuję Cię i panią Kasię, którą pewno poznam wreszcie”), by w liście z 14 maja 1968 roku adresowanym do twórcy „Struny światła” pogratulować mu wstąpienia w związek małżeński.

Aktywną uczestniczką listownych pogawędek Katarzyna Herbert staje się dopiero w 1970 roku, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że do końca konsekwentnie pełni rolę bohaterki drugiego planu, ograniczając swój udział do wymiany okolicznościowych serdeczności (w tomie nie brakuje fragmentów będących niczym więcej jak katalogiem świątecznych życzeń czy noworocznych toastów) oraz przekazywania informacji na temat zdrowotnej kondycji męża („Zbysiowi wyrwano 3 zęby. Zniósł to dzielnie i po żołniersku. Ale gniewa się na swoje ciało, które co rusz gdzieś mu uwiera”).

Pod wieloma względami bogaty wybór korespondencji wysyłanej na linii Międzyrzeccy-Herbertowie jest ciekawym przyczynkiem do refleksji na temat minionej epoki, ze szczególnym uwzględnieniem wydarzeń z życia społecznego, politycznego czy kulturalnego. W czasie pobytu w Iowa Artur Międzyrzecki w liście z 1971 roku wspomina przyjacielowi o wydarzeniach grudniowych („Co z Twoimi na Wybrzeżu? […] Nie były to tzw. zajścia, tylko rzecz w wymiarach rewolty. Znacznie większej niż Poznań”). Dwa lata później Zbigniew Herbert przedstawił autorowi „Wojny nerwów” swój punkt widzenia na to, co dzieje się w kraju, podkreślając przy tym, że nie żałuje swojej decyzji powrotu do Polski.  „Polepszyło się w Ludowej ekonomicznie (znacznie), paszporty dają na ogół bez wielkich trudności, w PKO można trzymać d u l a r y  i  wywozić je, a nawet płacą procent. Sytuacja ogólna wszelako jest niejasna, mętna, głupkowata, prowincjonalna atmosfera dusi, a do tego niemożność, bo tzw. intelektualiści jakby przestali się liczyć”. Przekonuje, że „bestia zdycha” (choć nie wie, kto ją ostatecznie pogrzebie), zwracając uwagę na złą sytuację w rodzimym sektorze kultury.

Wśród zgromadzonych listów czytelnik odnajdzie także smutną refleksję Międzyrzeckiego dotyczącą przedwczesnej śmierci żony twórcy „Tanga”, Marii Obremby-Mrożek, nie zabrakło także sygnałów świadczących o zmianie w obfitujących w emocjonalne przesilenia relacjach między Zbigniewem Herbertem a Czesławem Miłoszem („Czesław telefonował. Wybaczył. Ale uważa, że jestem świnia. Może” – stwierdza ojciec Pana Cogito w liście z 1971 roku). Wrażenie uczestnictwa w rekonstruowaniu dziejów niecodziennej przyjaźni podtrzymuje w czytelniku retoryka wielu fragmentów korespondencji („Zbyszek, co się dzieje, dlaczego się nie odzywasz?” – pisze w jednym z tekstów zaniepokojony Międzyrzecki), dochodzącej do adresatów ze znacznym opóźnieniem, niejednokrotnie generując komunikacyjny szum. Ale owe zakłócenia podkreślają szczerość i autentyczność utrwalonego na papierze przekazu, który (na potrzeby recenzowanego wydawnictwa) został poddany pewnym zabiegom korektorskim – uwspółcześniono go pod względem interpunkcji oraz ujednolicono pisownię nazw własnych, usunięto także pewne błędy, które wkradły się do oryginalnych zapisów.

Wśród wartościowych dodatków stanowiących okrasę „Korespondencji”, takich jak solidna porcja przypisów czy wiersze Julii Hartwig, Artura Międzyrzeckiego oraz Zbigniewa Herberta (które autorzy dedykują sobie nawzajem) znalazł się skromny wybór zdjęć, jak również nietuzinkowe faksymilia. Bonusowym materiałem jest także szkic autorki „Czuwania” – opublikowany pierwotnie jako wstęp do wyboru listów z tomu „Głosy Herberta” – oraz kilka fragmentów jej dziennika, prowokujących rozważania na temat zmiennych nastrojów Zbigniewa, szczególnie jego skrajnych, agresywnych wręcz zachowań względem (nie tylko) swoich oponentów. Reakcji, które nie zawsze można było usprawiedliwić trapiącą pisarza dwubiegunową chorobą.

Czy właśnie za jedno z takich „okropnych zachowań” Herbert przepraszał w przedostatnim (przynajmniej jeśli chodzi o kompozycję omawianego zbioru), enigmatycznym liście adresowanym do Międzyrzeckich? „Korespondencja” to intrygująca, wytyczająca niejednoznaczny horyzont interpretacji lektura, którą z pewnością docenią literaturoznawcy, aczkolwiek pomimo pewnej dozy hermetyczności z powodzeniem mogą po nią sięgnąć także osoby „niezorientowane w temacie”. Zdecydowanie warto.
Julia Hartwig, Artur Międzyrzecki, Katarzyna i Zbigniew Herbertowie: „Korespondencja”. Fundacja Zeszytów Literackich. Warszawa 2012.