Wydanie bieżące

1 września 17 (233) / 2013

Dariusz Szymanowski,

WIERSZE

A A A
Wysoka brama

Panu Markowi Barańskiemu

 

Jest taka brama

do Starego Miasta.

Wysoka Brama,

o której pamiętam.

 

Za nią jarmarki,

zapach ryb i miodu.

Oranżada, sztuczne ognie,

krzyk kupców i kobiet.

 

Zabawa do rana.

Pełna Awangarda.

I fosa aż huczy

od wina i śpiewu.

 

A później patrzenie

na twarz świętego,

kiedy słońce wschodzi

i słychać nurt rzeki.

 

Wykład z historii naturalnej

 

Że nie było go przy niej,

nikt o tym nie wiedział.

Ktoś skłamał, ktoś zdradził.

Ktoś zupełnie inny.

 

Dla takich którzy myślą,

że nic się nie zmieni

wymyślony został tryb przypuszczający.

A oni – siedzą, jakby nigdy nic, odgrywają role.

Na scenie poza którą, żaden z nich nie wyjdzie.

 

I pomrą bez pamięci.

Ktoś inny wyniesie z ich domów

bułgarską porcelanę, którą przywiózł ojciec;

książki, zegary od lat spóźniające,

rękopisy przepisów, kartki i dyplomy,

świadectwa straty czasu.

 

Niezrozumiała dla nas jest ich lisia mowa,

zwolniona z historii, cyklów i pór roku.

Żadne w niej słowo nie odracza końca.

 

I wyobrażam sobie, co wszystko z pozoru

ważne, gdy mijam na ulicy

ludzi, a żaden z nich

 

nie wejdzie do historii.

 

I chciałbym

dać im nowe życie

choćby w słowie

jeszcze.

 

 

Pociąg

 

 

Dziękuję, że pojawiasz się co dzień

o tej samej porze, nie mając pojęcia

o moim istnieniu, w pociągu niejasnej relacji

Chorzów – Katowice.

Kim jesteś w swoich obcisłych spodniach

i białej zmęczonej koszuli, z wyrazem

twarzy chłopca, który jeszcze nigdy

nie poczuł kobiety? Mogą wprowadzać w błąd

twoje siwe włosy, przygarbione barki,

na które brałeś zbyt wiele. Kim jesteś

ze swoim całodobowym apetytem,

który w każdej chwili domaga się zaspokojenia?

Mogłoby się wydawać, że cały ten spektakl

rozkołysanych bioder, jest jedynie ochronną

strategią. I ten moment, gdy rozbierasz wzrokiem

te wszystkie konduktorki, księgowe i studentki,

trwać będzie mimo wszystko.

A może po prostu.

 

 

Aniołowie

 

 

Wystarczyło powiedzieć, a już się stawały.

 

Od ciała odjęte, choć skończenie ludzkie.

 

Między wiecznym teraz, a nieukończonym wtedy.

 

Jakim nazwać ich imieniem, jak wyjąć z ciemności

 

po kolei, co do ostatniego i po czym rozpoznać –

 

czy po oczach, kształcie nosa, okrągłościach brzucha?

 

Ich twarze topnieją, kiedy stanąć obok.

 

Wydani na służbę, są bliżej natury.

 

Oddzieleni od nas jedynie o czułość.

 

Patroni zakażonych, błaznów bez imienia,

 

tańczących na ulicy swe tubylcze tańce .

 

Kryjący się po kątach, w barach, po szaletach

 

bez fletni i bębnów, o glinianej cerze.

 

Zwyczajni snują się po ziemi na swych kocich łapkach.

 

Iramel, Azrael, Betel, Gimel, Tawel, Reszel



by gdzieś i kiedyś, pozostawić ślady.