Wydanie bieżące

1 września 17 (233) / 2013

Katarzyna Szopa,

CODZIENNOŚĆ POEZJI

A A A
Codzienność często kojarzona z prostotą i umiarem w nowym tomiku Krystyny Dąbrowskiej przybiera formę opowieści zbliżonych do prostej relacji. Oszczędna w wyrazie, poezja Dąbrowskiej lapidarnym opisem przypomina styl Miłobędzkiej, zamiłowaniem do szczegółu – wiersze Szymborskiej, a tendencją do stawiania w centrum niepozornych rzeczy i rupieci – poezję Białoszewskiego. Jest jednak druga strona medalu: strategie te, nad wyraz oklepane i nieumiejętnie spożytkowane, zbliżają tekst do granicy banału, a takich momentów nie brak w „Białych krzesłach”. O ile poetka świadomie rezygnuje z awangardowych chwytów i konstrukcji, które stały się ulubionymi rozwiązaniami formalnymi wśród debiutantów i debiutantek ostatnich lat, o tyle nie proponuje w zamian przekonującej alternatywy (zarówno formalnej, jak i kompozycyjnej) – „Białe krzesła” przepełnione są spetryfikowanymi konwencjami, a zamiast konceptualnych chwytów à la Białoszewski chociażby, uszczypliwie rzecz ujmując, mamy nostalgię, melancholijną tęsknotę i wodne motywy. Dodatkowo cały tom jest dość zróżnicowany pod względem formalnym – nie byłby to zarzut, gdyby nie chaotyczna konstrukcja całości. Są jednak momenty spójne, mniej lub bardziej udane, które poetka buduje z dużą konsekwencją, a wśród właśnie prostota i oszczędność. Stosunkowo uboga metaforyka i skromna metonimizacja nie idą jednak w parze ze zwięzłością opisu, który momentami staje się aż nadto rozwlekły: „Tyle historii w sobie noszę / o twoich kobietach, przyjaźniach, sukcesach, niespełnieniach, / o tym jak rodziła się twoja córka – / wszystko, co ciebie tworzy; w czym nie miałam udziału” (*** [Tylu rzeczy z tobą nie przeżyłam]). Dąbrowska, przedstawiając nie swoje historie, gawędzi bez umiaru, aż do przesadnej granicy dopowiedzeń, nie dając tym samym pola do popisu (i do namysłu) czytelniczce i czytelnikowi.

Dominantą semantyczną stają się tytułowe białe krzesła, które symbolizują „codzienność w poezji” – co ciekawe, na podobnym koncepcie zbudowany jest jeden z najbardziej znanych wierszy Białoszewskiego, „Szare eminencje zachwytu”, który jest niczym innym jak tylko modlitwą do łyżki durszlakowej. U Dąbrowskiej z kolei czytamy: „Codzienność w poezji niech będzie jak białe / plastikowe krzesła pod Ścianą Płaczu. / To na nich, nie w ozdobnych fotelach, modlą się starzy rabini” („Białe krzesła”). I, zdaje się, jest to najmocniejsza strona tej poezji – z tych zabiegów Dąbrowska wychodzi obronną ręką. Po pierwsze zdaje się, że poetka tworzy własny program poetycki, w którym postuluje odwrót od awangardowych i zarozumialsko–niezrozumialskich konceptów. Tym samym decyduje się ona na podążanie ścieżką prowadzącą przez pustkowie, charakteryzującą się, jak chciał niegdyś Zbigniew Herbert, „przezroczystością semantyczną” i postanawia „bury szlam” codzienności zamienić na „masę perłową” („Odpływ, przypływ”). Będzie zatem poezja „białych krzeseł” przeciwstawiona poezji „ozdobnych foteli” (pytanie tylko: co bardziej pociąga – krzesła Dąbrowskiej czy tron Bargielskiej?). Po drugie, wyraźna aluzja do twórczości greckiego poety, Konstandina Kawafisa (wiersz „Łóżko”), wskazuje na inspiracje stylem prozatorskim, który momentami przybiera formę poetyckiego reportażu. Ta skłonność poetki do wykorzystywania potencjału różnych gatunków i łączenia ich na gruncie poezji wychodzi na plus. Reszta składa się już tylko z bardziej lub mniej udanych rozwiązań, które przybierają postać opowieści i zwięzłych relacji z podróży.

I choć podróże te wprowadzają do poezji „Białych krzeseł” nieco egzotyki – poetycka sceneria w tomiku Dąbrowskiej to przestrzeń bazarów, cmentarzy, krętych uliczek i pustynnych krajobrazów Egiptu, Jerozolimy, a nawet Grecji – to mimo wszystko kojarzą się z popularnym w Polsce szlakiem turystyczno-pielgrzymkowym. Być może jest to świadoma gra poetki, ponieważ przedstawia ona znane miejsca z nieco innej strony. Spotykamy tu bowiem całą plejadę postaci – bohaterami i bohaterkami tej poezji są w większości niepozorni ludzie napotkani przypadkowo: zazwyczaj kobiety prowadzące życie krzątacze – albo drepczące staruszki, albo matki wieszające pranie, pracujące na straganikach, rozpalające ogień, wołające dzieci na obiad czy też „dziewczyna w muzułmańskiej chuście”. Sporo miejsca poświęca też poetka materii nieożywionej, czyniąc swymi bohaterami stół, łóżko, buty, drewnianą figurkę albo mur, które zazwyczaj stają się emblematami rodzinnych historii, pełnych dramatów i drobnych radości. Co ujmuje w „Białych krzesłach” najbardziej, to zamiłowanie poetki do tropienia linii, które symbolizują z jednej strony sztuczne podziały, a z drugiej – umożliwiają otwarcie i przejście. W poezji tej aż roi się od ścian, szklanych szyb, murów, bramek i drzwi, które stanowią zarzewie wszelkich konfliktów między światem muzułmańskim a żydowskim (nie bez powodu pojawia się tu wyraźne odniesienie do konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który urasta w tej poezji do symbolu wszelkich podziałów). Dąbrowska pisze: „Żaden listek nie ożywia / muru, który dzieli” („Mur”). Jedyną możliwą nicią porozumienia jest moment otwarcia i pojednania, który osiąga się dzięki poezji: „Zwyczajne plastikowe krzesła – / wspinają się na nie kobiety i mężczyźni, / żeby siebie widzieć ponad dzielącą ich przegrodą. (…) Codzienność w poezji niech będzie jak te krzesła, /  które znikają, żeby zrobić miejsce / dla tanecznego kręgu w szabatowy wieczór” („Białe krzesła”). Dąbrowska, i nie jest to zarzut, zdaje się nieco naiwnie wierzyć, że poezja jest tym narzędziem komunikacji, stojącym ponad podziałami, które umożliwia nawiązanie nici porozumienia.

Pomimo niespójnej kompozycji tomu i różnorodności wierszy w nim pomieszczonych, można wydzielić z niego dwie odrębne części tematyczne: pierwsza w kalejdoskopowy sposób przedstawia i rejestruje sylwetki postaci i pustynne krajobrazy; z kolei druga – już nieco bardziej intymna, w której dochodzi do bezpośredniego spotkania z drugą osobą – układa się w perspektywę wertykalną i horyzontalną: z jednej strony morze, z drugiej – słońce i księżyc; albo jeszcze inaczej: „bose stopy” i „otwarta brama”. Linie te nie łączą się w harmonijną całość: proza życia zdaje się nie przylegać do transcendentalnej wzniosłości. Wiersze Dąbrowskiej stają się sentymentalne; co więcej, ich codzienność jest niecodzienna. W gruncie rzeczy poetce nie udaje się osiągnąć zamierzonego efektu: odrywa się od rzeczywistości, w której rzekomo chciała być zanurzona. Strategia patrzenia „od dołu” i tym razem się nie sprawdza, co zdaje się już na wstępie potwierdzać sam podmiot mówiący: „Tyle punktów widzenia a ja tkwię w martwym punkcie” (*** [Skąd mam spojrzeć, żeby cię zobaczyć?]).

Poezja, mniej lub bardziej eksperymentalna, a tym samym mniej lub bardziej zrozumiała, przystępna i czytelna, przyzwyczaiła już czytelników do językowych i formalnych gierek wprowadzających element zaskoczenia. Poezja „Białych krzeseł”, w której stawia się na prostotę i przyziemność, nie tylko nie zaskakuje, ale rozczarowuje. „Franciszkański” styl Dąbrowskiej, będący apologią „bosych stóp” („Stopy”), traci w porównaniu z rytmicznym i zgrzytającym językiem młodej awangardy. „Białe krzesła” nie zaskakują, nie uwodzą, nie pociągają; raczej wprawiają w stan inercji i zasiedzenia – a przecież przydałaby się, jak w przypadku dobrego wiersza, odrobina poruszeń, niewygodnych fraz i szumiących rytmów, których dostarczały nam „Szare eminencje zachwytu”.Tu, przeciwnie, brak zachwytu, tylko szarość. I dlatego z pewnością nie jest to poezja niecodzienna.
Krystyna Dąbrowska: „Białe krzesła”. WBPiCAK. Poznań 2012.