Wydanie bieżące

15 września 18 (234) / 2013

Sara Nowicka,

SKŁÓCENI Z ŻYCIEM

A A A
„Zmienność jest istotą – mówi koło. – Podnieś się na moich szprychach, jeśli chcesz, lecz nie narzekaj, jeśli zostaniesz zawrócony z powrotem w otchłań. Dobre czasy mijają, ale tak samo złe. Zmienność jest naszym przekleństwem, ale także nadzieją. Najgorsze czasy, tak jak i najlepsze, zawsze odchodzą”.

(„24 Hour Party People”, reż. Michael Winterbottom)

Powyższy, nieco banalny cytat, wyjęty z filmu opowiadającego o brytyjskiej scenie muzycznej, stanowi trafne motto filmu Feliksa van Groeningena „W kręgu miłości”. Dzieło belgijskiego reżysera jest opowieścią zbudowaną według myśli greckiego stoika głoszącej, iż fortuna kołem się toczy, a chwile szczęścia zwiastują przyszłe cierpienie. Za lata wspólnego szczęścia bohaterowie płacą tu naprawdę wysoką cenę.

„W kręgu miłości” to adaptacja musicalowych sztuk Mieke Dobbelsa i Johana Heldenbergha (który odtwarza w filmie główną rolę męską). Inspirowana doświadczeniami autorów historia opowiada o bardzo nieszablonowej parze: Diderze i Elise (Veerle Baetens). On to noszący koszulkę na lewą stronę lekkoduch, który zaczął grać w bluegrassowym zespole na banjo, ponieważ wcześniej był punkiem, a instrument ten wytwarza, jego zdaniem, iście punkową energię. Ona to tatuatorka, która równie szybko zdobi swe ciało imionami kochanków, co zrywa z nimi i zakrywa litery nowymi rysunkami. On jest niegotowym na dziecko ateistą, ona, jak sama twierdzi, jest zawsze nieprzewidywalna, a nowy etap życia rozpoczyna, niczym Indianie, rytuałem zmiany imienia. Nawiązując do tytułu słynnego filmu Davida Lyncha, można powiedzieć, że oboje mają dzikość w sercu. Poznajemy ich, gdy opiekują się swoją ciężko chorą córeczką w szpitalu, jednak reżyser szybko cofa czas o siedem lat wstecz, w beztroskie czasy poznania i rozkwitu ich miłości. Cały seans to przeplatanie się minionych chwil szczęścia z obecnym cierpieniem oraz występami bluegrassowego zespołu, którego piosenki dodatkowo podkreślają emocjonalny wymiar ukazywanych scen.

„W kręgu miłości” to doskonale skrojony i prawdziwie angażujący rodzinny melodramat. O ile walka o śmiertelnie chore dziecko jest dość często wykorzystywanym w tym gatunku tematem, o tyle van Groeningenowi udaje się wyjść poza schemat dzięki parze głównych bohaterów. Fakt, iż są oni outsiderami i nie byli gotowi na odpowiedzialność związaną z opieką nad nowym życiem, otwiera ten rodzaj kina na nowych, równie skłóconych ze światem odbiorców. Protagoniści sprawiają, że „W kręgu miłości” funkcjonuje niczym rodzaj zadziornego i buntowniczego wyciskacza łez. Dider i Elise są postaciami z krwi i kości. Co ważne, ich figury zostały tylko lekko nakreślone, nie wiemy o nich zbyt wiele, dzięki czemu łatwo możemy się z nimi identyfikować. Poza tym są oni bardzo barwnymi i dobrymi, a jednocześnie ludzkimi postaciami, przez co od początku im kibicujemy. Reżyser łamie schemat melodramatu także poprzez zaburzenie chronologii, liczne retrospekcje i prawie całkowitą rezygnację z drugiego planu, gdyż zarówno przyjaciele, jak i rodzina Didera i Elise nie są w ogóle dopuszczani do głosu; to tylko osoby będące gdzieś obok, stanowiące element dekoracji, a nie ważni uczestnicy dramatu.

Fabuła posiada polityczne tło, na które składają się oglądane w telewizji wiadomości dotyczące Stanów Zjednoczonych. Najpierw obserwujemy doniesienia o ataku na World Trade Center z września 2001 roku wraz z wypowiedzią prezydenta o tym, że mieszkańcy całej Ameryki powinni teraz zaufać Bogu i wspierać się wzajemnie (wypowiedź zostaje przedstawiona na długo przed chorobą córeczki bohaterów). Potem, gdy już wiadomo, że stan zdrowia małej Maybelle jest trudny ze względu na za mało zaawansowany stopień badań nad komórkami macierzystymi, Dider ogląda w telewizji przemówienie George’a W. Busha dotyczące polityki pro-life i jego sprzeciwu (jako chrześcijanina) wobec badań na embrionach, nawet jeśli mogłyby one uratować życie chorych na raka. Scena ta ma szczególnie gorzki wydźwięk w zestawieniu z wypowiedzią Didera, który na długo przed narodzinami córki twierdził, że Ameryka jest rajem na ziemi, miejscem, w którym spełniają się wszystkie marzenia.

Głównym tematem filmu jest właśnie kwestia wiary i marzeń skonfrontowanych z tym, jak życie wygląda naprawdę, odwieczna walka pomiędzy światem materialnym a światem idei. Z jednej strony religijne przekonania głów państw opóźniają badania mogące uratować życie Maybelle, z drugiej – religia pozwala oswoić się ze śmiercią. Dider jest ateistą, dla niego śmierć córki oznaczałaby jej całkowity koniec. Elise natomiast wyznaje wiarę w życie po śmierci; mimo że rozum podpowiada jej, iż reinkarnacja jest niemożliwa, bohaterka chce w nią wierzyć po to, by złagodzić swój ból. Podobnym mitem jest miłość – bohaterowie ufają, że może ona trwać do końca życia i nawet, gdy rzeczywistość weryfikuje ich marzenia, uciekają w iluzję (i muzykę), gdyż ból związany z utratą złudzeń byłby zbyt wielki.

Trudno analizować film, który jest przede wszystkim zmysłowym doświadczeniem, a reżyser umiejętnie buduje w nim wzruszenie z na pozór niemelodramatycznych elementów. Muzyka, obok tatuaży Elise, jest najważniejszym estetycznym spoiwem „W kręgu miłości”. Piosenki nie tylko intensyfikują emocje i zapowiadają przyszłe zdarzenia, lecz także (przede wszystkim) sam film jako zamknięte dzieło przypomina bluegrassowy utwór. Podobnie jak w tym rodzaju muzyki country, tak i w filmie van Groeningena mamy do czynienia z odwoływaniem się przede wszystkim do zmysłów i uczuć odbiorcy. Film jest stworzony z prostych, prawdziwych i bardzo gwałtownych emocji – takich jak w piosenkach. W autentyczność prezentowanych uczuć nie wątpimy dzięki parze doskonałych aktorów. Baetens i Heldenbergh tworzą znakomite role, oparte na spojrzeniach, załamaniach głosu, drobnych gestach, drgnięciach twarzy. Pomiędzy granymi przez nich bohaterami ani razu nie pada zwrot „kocham cię”, jednak widz nawet przez chwilę nie wątpi w siłę łączącego ich uczucia.

„W kręgu miłości” to wbrew pozorom bardzo odważny film, główny nacisk jest w nim bowiem położony na uczucia, emocje, a nie estetyczną czy intelektualną warstwę dzieła. Reżyser nie boi się tworzyć wyciskającej łzy opowieści i zdecydowanie dobrze na tym wychodzi – jego film daleki jest od znanego z telewizji sprzedawania ludzkich dramatów i tragedii czy od manipulowania wrażliwością widza. Emocje, które budzi, są szczere i nienachlane, twórca nie stosuje żadnych chwytów znanych z hollywoodzkich czy serialowych produkcji. Wszystkie elementy świata przedstawionego są doskonale skomponowane: zdjęcia (Belgia, przynajmniej na ranczu Didera, przypomina Amerykę), bluegrassowa muzyka, barwni bohaterowie i przede wszystkim tatuaże Elise, tworzące historię jej życia. Największą siłą tego filmu jest prawda bijąca z ekranu. Przedstawiona w nim rzeczywistość wydaje się cudowna, niemal bajeczna, ale mimo to wciąż bliska życiu, dająca wrażenie obcowania nie z filmową konstrukcją, a z historią, która mogłaby przydarzyć się każdemu z nas.

Poprzedni dramat rodzinny w reżyserii van Groeningena, „Boso, ale na rowerze”, spotkał się u nas z ciepłym przyjęciem, jednak dopiero „W kręgu miłości” uczyni nazwisko twórcy zapamiętywanym. Najnowszy film autora to emocjonalny i zmysłowy majstersztyk, który – podobnie jak tatuaże Elise – jest dziełem bolesnym i pięknym, zostawiającym długotrwały ślad w pamięci widza.
„W kręgu miłości” („The Broken Circle Breakdown”). Reżyseria: Felix van Groeningen.  Scenariusz: Felix van Groeningen, Carl Joos. Obsada: Veerle Baetens, Johan Heldenbergh, Robbie Cleiren, Nell Cattrysse. Gatunek: dramat. Produkcja: Belgia 2012, 111 min.