Wydanie bieżące

15 września 18 (234) / 2013

Kamila Czaja,

DZIENNIKARZ Z TEMATEM

A A A
Trudno o ciekawszy temat. Po ulicach Sztokholmu bezkarnie krąży tajemniczy człowiek i strzela do imigrantów z broni z laserowym celownikiem. Zabójca jest nieuchwytny, a na ludzi o obcym pochodzeniu pada strach. Na dodatek wszystko dzieje się w Szwecji, kraju kojarzonym z praworządnością i porządkiem. A historia jest prawdziwa –zdarzyła się na początku lat dziewięćdziesiątych.

 

Gellert Tamas, dziennikarz, który miał później okazję długo rozmawiać z osadzonym w więzieniu sprawcą, wybrał na książkę temat, któremu trudno się oprzeć. Splatają się tu wątki kryminalne i psychopatologiczne, ale też polityczne, ekonomiczne, kulturowe. Wydany w Szwecji w 2002 roku „Mężczyzna z laserem” otrzymał nagrodę Szwedzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Śledczych Guldspaden i został przeniesiony na telewizyjny ekran w formie miniserialu. Czy jednak książkowa realizacja sprostała tak interesującemu, zachęcającemu do lektury tematowi?

 

Papierowy kryminał

Podtytuł reportażu Tamasa – „Historia szwedzkiej nienawiści” – najlepiej wskazuje na rzeczywisty charakter książki. Śledztwo mające na celu schwytanie przestępcy to tylko pretekst do opowiedzenia o Szwecji ostatniej dekady XX wieku. Autor nie próbuje utrzymać w tajemnicy, co będzie dalej. Już na początku streszcza ciąg dalszy: „Wtedy David jeszcze nie wiedział, że tej sierpniowej nocy stał się pierwszą ofiarą mężczyzny z laserem. Strzał oddany do niego 3 sierpnia 1991 roku był pierwszym z całej serii. W sumie odnotowano jedenaście prób zabójstwa. Jeden mężczyzna zmarł, dziesięciu zostało rannych. Zamachy wywołały panikę w mieście i największą mobilizację od czasu morderstwa premiera Olofa Palmego. Na ulice Sztokholmu wylegli demonstranci, szef rządu musiał wygłosić uspokajające przemówienie do narodu” (s.12). Jedynie od czasu do czasu Tamasowi udaje się wnieść do sprawy odrobinę tajemniczości, na przykład gdy zauważa: „Nikt, a już na pewno nie sam Ausonius, nie domyśliłby się wtedy, że za niecałe dwa lata mężczyzna w szytym na miarę garniturze, jadący japońskim samochodem sportowym, będzie chował się po krzakach, uzbrojony w laserowy karabin Erma, gotów zabijać nieznanych sobie ludzi” (s.29).

 

Nawet jeśli śledztwo to pretekst, swoista rama dla rozważań z innych obszarów, jego elementy pojawiają się często. Niestety, okazują się zaskakująco niewciągające. Sylwetki policjantów są banalne (typu: „Duża część jego kolegów uważała, że zadziera nosa, ale ci, którzy znali go lepiej, wiedzieli, że za surową fasadą krył się ciepły, wrażliwy człowiek”, s.112), a śledczy rozmawiają ze sobą językiem, w którym słychać szelest stron kiepskiej powieści kryminalnej. Podobny styl dominuje w opisach śledztwa, choćby we fragmencie: Thorin nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Wiedział jednak na pewno, że gdzieś tam w ciemnościach czai się mężczyzna wyposażony w broń laserową. I że ten mężczyzna jest gotów zabić. Usiłował zrobić to już wcześniej, ale czterokrotnie mu się nie udało. Komisarz bał się, że wkrótce może ponowić próbę. Otrząsnął się, próbując się pozbyć niepokojących myśli. (…) Odwrócił się do okna, zagryzł wargi i stojąc, wpatrywał się w listopadowy mrok” (s.116-117).

 

Od bohaterów fikcyjnych historii kryminalnych różni bohaterów książki Tamasa pewna nieudolność. Czytelnik z zaskoczeniem odkrywa, że szwedzka policja jest daleko w tyle za tą z Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych. Śledczy niechętnie podchodzą do metody profilu psychologicznego, ale sami nie mają pomysłu na inne rozwiązania. Wprawdzie od czasu do czasu któryś z nich wykaże się inwencją (wpadając na przykład na pomysł sprawdzenia wypożyczalni kaset, skoro poszukiwany lubi filmy), ale częściej pomaga im przypadek. Podejrzany szczęśliwie pojawia się w aktach starej sprawy, a broń wyławia wędkarz. I nawet gdy los zdaje się działać na korzyść śledztwa, policjanci nieraz działają mu wbrew. Jeden ze śledczych odkłada na półkę teczkę z danymi podejrzanego, bo nie wierzy, że tak sprytny przestępca wynająłby samochód na własne nazwisko. Policjanci wciąż wracają do punktu wyjścia, więc niewiele jest do opisania, jednak Tamas wciąż powraca do tego wątku. Przez to i czytelnik ma poczucie kręcenia się w kółko. A gdyby od zawrotów głowy zapomniał, na co czeka, autor usłużnie przypomina: „Podstawowe pytanie brzmiało: Kto stał za strzelaniną?” (s. 303). Gdy napotyka się fragment, że „sprawozdania z dochodzenia liczyły łącznie dwadzieścia tysięcy stron” (s.451), odnosi się wrażenie, że przeczytało się je wszystkie. Wreszcie udaje się schwytać sprawcę, co też zrelacjonowane zostaje stylem ze słabej powieści: „Uniósł ręce, puścił teczkę. Upadła z głuchym hukiem przed bramą na Heleneborgsgatan 8, na Södermalm w Sztokholmie. Stało się to dokładnie o godzinie 09.40. Była piękna pogoda, Świeciło słońce. (…) Czarnowłosy mężczyzna, który nienawidził ludzi o czarnych włosach, stracił wolność” (s.460).

 

Niewiele ciekawsza jest w wydaniu Tamasa biografia Johna Ausoniusa, „mężczyzny z laserem”. Chociaż jego życie wypełniały rozczarowania, traumy dzieciństwa, dwie zmiany nazwiska, różne profesje, pobyty w szpitalu psychiatrycznym, napady na bank i zamachy na ludzi – czyta się o tym bez większych emocji. Nieco bardziej interesujące są momenty, kiedy pierwszoosobowo wypowiada się sam sprawca, jednak po jakimś czasie i one zaczynają się wydawać wtórne. Lepsze są opisy poprzedzające każdy zamach, dotyczące biografii ofiar. A wszystkie fragmenty dotyczące zabójstw służą Tamasowi przede wszystkim do uzasadnienia zachowania mordercy jego trudnym dzieciństwem i późniejszymi niepowodzeniami. Autor zamieszcza w książce wywód o naturze seryjnych morderców i pisze: „Nikt nie zostaje seryjnym mordercą wyłącznie z powodu trudnego dzieciństwa, jednak – jak twierdzi Norris – wszyscy seryjni mordercy doświadczali w najwcześniejszych latach swojego życia przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Wielu stawiano bardzo wysokie wymagania, którym dziecko nie jest w stanie podołać. (…) Seryjnych morderców cechuje też poczucie bezsilności. Nie udało im się spełnić swoich marzeń czy ambicji. Często są to ludzie inteligentni, jednak ich życie jest pełne porażek, nieudanych studiów, karier i relacji” (s.371). Jednak takiej tezy można by bronić także przy znacznie mniej obszernej i mniej szczegółowej relacji z życia Ausoniusa.

 

Prawdziwi sprawcy

Wyraźnym celem, do którego „przydaje się” sprawa „mężczyzny z laserem”, jest przedstawienie faktycznych winnych. Już prolog dotyczy nie Ausoniusa, lecz zebrania szwedzkich nazistów z okazji sto drugiej rocznicy urodzin Hitlera. Pierwszym zbiorowym winnym są bowiem u Tamasa ultraprawicowi politycy. Nowa Demokracja – ugrupowanie  Iana Wachtmeistera i Berta Karlssona – nieoczekiwanie zdobyła spore poparcie na początku lat dziewięćdziesiątych i zaostrzyła debatę na temat imigrantów. Warto jednak przypomnieć to, co autor książki wielokrotnie podkreśla: szwedzkie prawo już wcześniej nie sprzyjało osobom obcego pochodzenia. Tamas pisze: „Niemal z dnia na dzień Szwecja wprowadziła w życie chyba najsurowsze prawo antyterrorystyczne na świecie. Mimo protestów zarówno w Szwecji, jak i za granicą na jego mocy w latach 1973-1991 wydalono ze Szwecji dwadzieścia dziewięć osób” (s.229). Jednak, chociaż już w poprzednich dekadach Szwecja pobłażała rasistom, kulminacją były właśnie sukcesy Nowej Demokracji: „W okresie od 1979 do 1987 roku komitet czterokrotnie zwracał Szwecji uwagę, iż zgodnie z konwencją jej sygnatariusze winni zabronić działalności na terenie swojego kraju organizacji rasistowskich. Jednak szersza debata na ten temat zaczęła się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, gdy coraz częściej dochodziło do ataków na obozy uchodźców, a poczynania mężczyzny z laserem zaczęły poważnie inspirować innych do działań jawnie rasistowskich” (s.278-279).

 

Tamas zaznacza, że inne ugrupowania polityczne także ponoszą część winy. Najpierw bowiem przeciwnicy Nowej Demokracji nie reagowali, bo założyli, że „szkoda tracić czasu na tak niepoważne sprawy” (s.54). A gdy już zareagowali, to nie tak, jak należało: „Zarówno Umiarkowana Prawica, jak i socjaldemokracja nadal krytykowały nową partię, ale inaczej niż dotąd. Nie tyle występowały przeciwko jej założeniom, ile w pewnym sensie przejmowały pewne części jej programu” (s.386). O wzajemnych zależnościach między poglądami polityków i zamachami mówi sam Ausonius: „To, co zrobiłem, nie było humanitarne, ale czy ma to jakieś znaczenie? Nowi demokraci też mówią, że imigrantów należy wyrzucić ze Szwecji. (…) Ich apele były odpowiedzią na moje działania. (…) Nienawiść nowych demokratów dodała mi pewności siebie” (s.324). Takie powiązania podkreśla także psychiatra, Hans Kåreland: „Gdyby w ostatnich latach rasistowskie poglądy nie były tak wyraźne, być może przemoc skierowana byłaby w inną stronę. Podejrzewam, że ten człowiek jest przekonany, że ma przyzwolenie społeczeństwa na to, co robi, że ma prawo zabijać imigrantów” (s. 350).

 

Gdyby jednak nie działania drugiego oskarżanego przez Tamasa negatywnego bohatera sprawy, poglądy takie nie mogłyby się przebić. Sytuację trafnie oddaje wypowiedź przywódcy jednej z nazistowskich organizacji: „Wiele lat później Christoffer Rangne twierdził, że nazwa organizacji, Opór Białych Aryjczyków, początkowo miała być żartem, ale po tym, jak sprawą zainteresowały się media, postanowiono ją zachować” (s.149). Oskarżenia wysuwane wobec mediów to najmocniejsza część książki. Tamas zna telewizyjne i prasowe mechanizmy od podszewki i potrafi je trafnie opisać. Robi wrażenie fragment, kiedy Erik Bongcam, zraniona ofiara szaleńca, ogląda w szpitalu serwis informacyjny i słyszy o ataku na Chilijczyka: „Reporter przekazywał właśnie informację, że w centrum Uppsali został postrzelony Chilijczyk, który wyszedł na spacer ze swoją »szwedzką partnerką«. Wiadomość ilustrował rysunek bardzo ciemnego mężczyzny z długimi sterczącymi czarnymi włosami. Obok niego szła jasnowłosa kobieta, jakby przeniesiona z książek Astrid Lindgren. (…) Dopiero po paru sekundach dotarło do niego, że tym Chilijczykiem jest właśnie on, Erik Bongcam” (s.364). Podobne przejścia miała inna ofiara, Shahram Khosravi, który skarży się: „W artykule napisano, że nazywam się Ali, że jestem dobrym muzułmaninem i że modlę się i dziękuję Bogu za to, że w ogóle przeżyłem. Nie mam pojęcia, dlaczego autor artykułu tak napisał. Nie mówiłem, że modlę się do Boga, bo tego nie robię. Po co pisać takie bzdury? Nie chcę porównywać dziennikarza z mężczyzną z laserem, ale w pewnym sensie powielał dokładnie te same stereotypy o imigrantach. To wszystko nie miało nic wspólnego ze mną” (s.419).

 

W książce nie brakuje też bardziej uogólniających diagnoz: „Dziesięć lat później Åsgård tłumaczył, że »aktualna debata publiczna« często ma wpływ na działania seryjnych morderców, chociaż oczywiście nie jest wystarczającym wytłumaczeniem ich działań” (s.410). Wpływ mediów pokazują także przeprowadzone w Niemczech badania, zgodnie z którymi „liczba uchodźców nie ma tak naprawdę większego znaczenia, o wiele istotniejszy wpływ ma stosunek mediów do tych kwestii. Kiedy telewizja i prasa zaczynają używać określeń takich jak »inwazja« czy »zalew uchodźców« i mówić o »nielegalnych« imigrantach, tworzą tym samym klimat, który usprawiedliwia skierowane przeciwko nim działania” (s. 422-423). O ile więc za spust pociągał John Ausonius, to Tamas stara się go w jakiś sposób usprawiedliwiać. Media i politycy nie mogą liczyć na taką wyrozumiałość autora.

 

Podtytuł wskazuje szeroko na „szwedzką nienawiść”. Jednak szwedzkie społeczeństwo nie zawsze ulega tu wpływom mediów i polityków. W obronie imigrantów odbywają się tłumne demonstracje, a Nowa Demokracja szybko znika ze sceny politycznej: „Okazało się, że tym razem Ian Wachtmesier i pozostali przywódcy Nowej Demokracji się przeliczyli. Letnia kampania, podczas której otwarcie atakowano muzułmanów i imigrantów, nie przysporzyła partii zwolenników. Wręcz przeciwnie. Słupki poparcia malały. Wyborcy uznali, że hrabia i dyrektor wytwórni płytowej posunęli się za daleko, rzucając oskarżenia o spiski i rytualne morderstwa” (s.429). Część Szwedów dała się więc uwieść skrajnej prawicy, ale na szczęście na krótko. Jednak fakt, że opisywane przez Tamasa wydarzenia mają miejsce właśnie w Szwecji, niesie za sobą przynajmniej dwie poważne konsekwencje.

 

I cóż, że ze Szwecji?

Po pierwsze, wydany przez Czarne reportaż zostawia bardzo wyraźną rysę na stereotypowym myśleniu o Skandynawii. Prawdopodobnie przeciętnemu Polakowi Szwecja jawi się mniej więcej tak, jak jawiła się Egonowi, ojcu Ausoniusa, gdy podejmował decyzję o emigracji ze Szwajcarii: „Przypadek sprawił, że wpadło mu w ręce pismo z artykułem o Szwecji. Szwajcarska gazeta opisywała kraj jako nowoczesny, otwarty, wolny od przesądów. Egon czytał z zainteresowaniem. Miał wrażenie, że znalazł to, czego szukał. Kupił bilet, wsiadł do pociągu i ruszył na północ” (s.135). Tymczasem w książce Tamasa Szwecja to kraj trawiony kryzysem ekonomicznym, niechęcią do obcokrajowców i Unii Europejskiej. Już to może zachwiać pozytywnym stereotypem kraju kojarzonego z Ikeą, Volvo, modelem państwa opiekuńczego i tolerancją.

 

Na dodatek wśród rozważań na temat śledztwa, polityki i mediów można wychwycić takie absurdy szwedzkiego modelu, o jakich nie śniło się chyba nawet fanom filmów Barei. Przeciągające się procesy. Nieudolni urzędnicy, którzy nie doprowadzili Ausoniusa na badania psychiatryczne, bo nie udało im się ustalić, że poszukiwany przebywał w tym czasie… na leczeniu psychiatrycznym. Więzienia, z których ciągle ktoś ucieka. Przeniesienie zafascynowanego bronią i wyraźnie niezrównoważonego Ausonisa do służby… na Zamku Królewskim. A także przynajmniej dwie zapadające w pamięć absurdalne scenki. Jedna, kiedy ranna ofiara zamachowca dzwoni po karetkę: „– Zostałem postrzelony. Przyślijcie pomoc… (…) – Rozumiem. A pański PESEL? – Zostałem… postrzelony. Bar w Djursholm… Ja… – Rozumiem, ale potrzebny jest mi pana PESEL. Może mi pan go podać?” (s.320). I druga, gdy Ausonius chce skorzystać ze swojej skrytki na poczcie, a wtajemniczony w śledztwo kierownik próbuje zawiadomić policję: „Kierownik poczty wbiegł do gabinetu, chwycił za słuchawkę i szybko wybrał pierwszy numer na liście, która dała mu policja. Żadnej odpowiedzi. Wybrał następny numer. Nadal żadnej odpowiedzi. Wybrał jeszcze kolejne cztery numery stacjonarne z policyjnej listy i dwa komórkowe. Nikt nie odebrał. Było dwadzieścia po szóstej. Anders Lind nadal próbował dodzwonić się na policję, bezskutecznie. Po pół godzinie zrezygnował. Zgasił światła, zamknął drzwi wejściowe i poszedł do domu, napawając się pięknym wiosennym wieczorem” (s.441).

 

Taka absurdalna i niebezpieczna Szwecja może rozczarować ludzi, którzy postrzegają Skandynawię jako raj na ziemi. A jednak, jeśli wczytać się dokładnie w książkę Tamasa, można dostrzec, że opisane w niej wydarzenia to raczej znak ostrzegawczy, a nie szwedzka codzienność. Mimo pewnych braków Szwecja to kraj o silnych demokratycznych tradycjach. A nawet tam nie udało się zlikwidować rasizmu i szybko opanować sytuacji, gdy ludzie o skrajnych poglądach zyskali posłuch. Drugim znaczeniem faktu, że sprawa dotyczy Szwecji, jest więc uniwersalność problemu. Skoro nawet w Szwecji populizm i nienawiść mogą łatwo dojść do głosu, to co dopiero w państwach wciąż budujących swój ekonomiczny i demokratyczny byt? Książkę Tamasa czyta się jak przestrogę, a jego Szwecja zaskakująco przypomina Polskę, więc bolesna lekcja, która spotkała kraj skandynawski, wydaje się nieunikniona.

 

Raczej pożyteczne niż przyjemne

Te nauki sprawiają, że książka Tamasa jest potrzebna. Ostrzeżenia przed rasizmem, pokazane z jednej strony na bardziej działających na wyobraźnię przykładach indywidualnych osób, a z drugiej strony w szerokim społecznym, ekonomicznym i politycznym kontekście, sporo dają. Lektura jest więc pożyteczna. Ale, niestety, nie jest szczególnie przyjemna.

 

Gdyby „nieprzyjemność” ta wynikała jedynie ze wstrząsającego tematu i z rozczarowania Szwecją, byłaby to zaleta. Ale książka na emocje działa słabo, co wynika prawdopodobnie z drobiazgowego stylu Tamasa. Nie można zarzucić autorowi nierzetelności i braku szacunku Dziennikarz sam pisze w zamieszczonej na końcu „Nocie”: „Rola, jaka przypada autorowi, który musi dokonać wyboru w przypadku tak obszernego materiału źródłowego, jest oczywiście znacząca. Nie twierdzę, że pokazałem całą prawdę, »Mężczyzna z laserem« jest po prostu jedną z wielu opowieści o Szwecji i jej historii pod koniec XX wieku” (s.466). Tu selekcja  okazuje się niewystarczająca, przez co Tamas wielokrotnie się powtarza, wchodząc do tego na „łopatologiczne” tony. Interesujące fragmenty rozmywają się w nieco mdłej całości, co szczególnie razi w kontraście z fascynującym – przynajmniej potencjalnie – zagadaniem.

 

Najwyraźniej dziennikarz nie wykrzesał z tematu wszystkiego, co sam temat obiecywał. Zabrakło przede wszystkim stylu, selekcji materiału i umiejętności wywoływania zaangażowania u odbiorcy. Reportaże z Czarnego przyzwyczaiły czytelników, że zaspokajają nie tylko głód poznania, ale i potrzeby czysto literackie, jednak „Mężczyzna z laserem” spełnia tylko pierwszy z tych warunków. Szkoda, bo antyrasistowski przekaz i wezwanie do medialnej odpowiedzialności wybrzmiałyby znacznie mocniej, gdyby książkę można było czytać nie tylko z poczuciem dobrze spełnionego (obywatelskiego) obowiązku, ale i z przyjemnością.
Gellert Tamas: „Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści”. Przeł. Elżbieta Frątczak-Nowotny. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013 [seria: Reportaż].