Wydanie bieżące

15 września 18 (234) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

CO ZDARZYŁO SIĘ ZDARZENIU

A A A
Jeszcze w perspektywie narratywistycznej (którą, wedle części badaczy, zostawiliśmy już za sobą, choć w Polsce dopiero zaczyna się szersza recepcja przetłumaczonego „Czasu i opowieści” Ricoeura) dominuje poszukiwanie koherencji i globalnego sensu, któremu podporządkowane zostają elementy przeszłości. Niemniej obecnie najbardziej pociągające są mikronarracje odrzucające tzw. wielkie opowieści na korzyść nie tyle nawet jednostkowego spojrzenia na minione (tu wciąż można mówić o tożsamości narracyjnej), ile jednostkowego doświadczania minionego. Eksponują one punktowe momenty kryzysu i traumę, która rozsadza struktury „całości”. W tym kontekście jako niezastąpiona jawi się kategoria zdarzenia, dlatego też książka Tomasza Falkowskiego „Myśl i zdarzenie” – aczkolwiek autorstwa historyka i wymagająca nieco znajomości warsztatu tej dyscypliny – może stać się źródłem inspiracji, ot, choćby dla antropologii literatury. Niniejsza recenzja pisana jest właśnie ze stanowiska osoby bez specjalistycznego przygotowania historycznego, a jedynie z wiedzą uzyskaną na potrzeby badań nad literackimi i kulturowymi zmaganiami człowieka z przeszłością.

 

Okazuje się jednak, że nawet na gruncie historiografii wszechobecne w niej pojęcie zdarzenia sprawia tylko wrażenie oczywistości; jest wszak warunkiem organizacji dyskursu dotyczącego dziejów, jego metafigurą, równocześnie zaś – jak to ujął de Certeau – „ślepą plamką”. Naturalnie, Falkowski nie utrzymuje, że odkrył dziewicze terytorium, zaś omawiana książka nie stanowi ani autorskiej charakterystyki zdarzenia historycznego, ani zestawienia dotychczasowych definicji. Jej założenia zostały wyłuszczone we wstępie, który wszelako dość hermetycznym językiem może odstraszać niehistoryków (w grę wchodziliby zwłaszcza poloniści, przywykli do wydań Biblioteki Narodowej i stąd przykładający wielką wagę do wstępów), toteż skoro udało mi się przez niego przebrnąć, pozwolę sobie wyręczyć część Czytelników krótkim streszczeniem. Otóż autor, zgodnie z podtytułem monografii, ogranicza się do oglądu XX-wiecznego dziejopisarstwa francuskiego, tam bowiem zdarzenie ujawniało szczególną problematyczność, tam też krystalizowały się nowe orientacje w historiografii i powstało bogate zaplecze teoretyczne. Natomiast co do metodologii przyjętej przez Falkowskiego – zamiast przyglądać się tematowi przez pryzmat historii idei, narratywizmu czy wzorców wyznaczanych zdarzeniu w różnych paradygmatach teorii historii, decyduje się on omówić „historiograficzne formy pojęciowe zdarzenia (…), które zaistniały w obrębie dyskursu analizowanej historiografii” (s.13). Za niezbędną uznaje uwagę, że pojęcia nie należy utożsamiać z terminem, gdyż nie chodzi o znaczenie (definicję) słowa „wydarzenie”, tylko o konceptualizację, teoretyczne uchwycenie konkretnego historycznego zjawiska jako wydarzenia, takie zaś ujęcie (czyli tytułowa „myśl historiograficzna”) musi różnić się od świadomości potocznej m.in. złożonością. „Usiłując zatem z(re-)konstruować formy pojęciowe zdarzenia historycznego w ich dyskursywnym, a nie świadomościowym zaistnieniu, to znaczy próbując je wy-eksplikować z apriorycznej warstwy historiograficznego dyskursu (…), staramy się realizować jeden z wyznaczników tej tradycji myślowej, która (…) przedkładała to, co konstruowane, nad to, co bezpośrednie, (…) »założone« nad »już powiedziane«” (s.36-37).

 

Parantele zostają więc jasno wskazane, a książka oferuje nie tyle interpretację, ile analizę izomorfizmów i regularności w dyskursach wspomnianej francuskiej historiografii, zawęźlających się (jak wnioskuje autor) wokół czterech form pojęciowych, tzn. „zdarzenia strukturalnego”, „mikro-zdarzenia historycznego” (zapis oryginalny, acz niepotrzebnie wbrew ortografii), „zdarzenia dyskursywnego” i „obiektu zdarzeniowego”. Laikowi może sprawić kłopot zapamiętanie od razu tych nazw, co dopiero zaś dopatrzenie się różnicy pomiędzy ich desygnatami – wtedy jednak monografia poświęcona „re-konstrukcji” komponentów owych pojęć i ich logiki nie byłaby potrzebna, a tak nie jest. Ponieważ – zdaniem autora, z którym można by tu polemizować – wymienione typy zdarzeń ze względu na swą dyskursywność nie podlegają zdefiniowaniu, scharakteryzuję je pobieżnie, ryzykując symplifikację wywodów Falkowskiego, chociaż fakt faktem, że kolejne rozdziały są przystępniejsze niż wstęp, operują bowiem na przykładach i na szerokim polu humanistyki.

 

Czy pojęcie zdarzenia strukturalnego istotnie stanowi oksymoron? Opozycję między obu jego elementami podkreśla nie tylko klasyczny strukturalizm Lévi-Straussa, ale też np. Braudel w koncepcji „długiego trwania”; wszędzie tutaj wydarzenia stają się epifenomenami pozbawionymi charakteru przełomowego, nawet u Ricoeura są zaledwie dramatyzującymi perypetiami, składnikami intrygi, a ich funkcję wyznacza porządek struktury. W rozdziale pierwszym swej książki Falkowski szuka natomiast wydarzeń, które przeobrażają strukturę w inną, tzn. generują zarówno wyłonienie się nowej formy, jak i rewizję/transformację starej (tylko w którym momencie przekształcenie tej drugiej osiąga punkt krytyczny i co oznacza jej rewizja wobec zastąpienia inną formą?). Pod kątem tego rodzaju wydarzeń autor analizuje takie narracje historyczne, jak ta Georges’a Canguilhema o „rewolucyjnej” roli medycyny eksperymentalnej czy też „Narodziny kliniki” Foucaulta, ukazujące wyłonienie się patologii anatomo-klinicznej, przy czym stwierdza enigmatycznie, że wielowymiarowa transformacja wiedzy medycznej stanowi rezultat krzyżowania się heterogenicznych zjawisk, ruchów oraz procesów, owa interakcja zaś to właśnie wydarzenie. Rodzą się wątpliwości, na ile mamy do czynienia z pojęciem rozmytym, jak długotrwałe może być jedno wydarzenie i czy każde „krzyżowanie się” jest wydarzeniem; na szczęście autor przekonująco owe kwestie wyjaśnia, pisząc m.in., iż „wydarzenie jest i efektem, i samym skrzyżowaniem – (…) w tej mierze, w jakiej istoty tego drugiego nie określa ani jakiś inercyjny i konieczny (…) historyczny proces, ani coś na wzór samorzutnej mieszaniny (…) ruchów, struktur, technik itd., lecz raczej zaistnienie między nimi faktycznej interakcji, współdziałania, złożenie z nich »urządzenia« wytwarzającego efekty-zdarzenia” (s.96), i proponuje bliską literaturoznawcy metaforę tekstu, który powstając, zespala (choć to trochę staroświecki zestaw) „kartkę papieru, taśmę z tuszem, czcionki połączone z klawiaturą oraz ruchy rąk piszącego”.

 

Kolejne analizy (m.in. tego, jak Paul Bois tłumaczy trwały podział francuskiej wsi na konserwatywną i liberalną – traumą szuanerii, czyli wielkiej wojny chłopskiej – i jak Pierre Toubert w przejściu w X wieku od rozproszonych osad do ufortyfikowanych wsi w Lacjum upatruje restrukturyzację całokształtu życia społecznego) mają jeszcze rozświetlić pojęcie zdarzenia strukturalnego, a zarazem jego relatywnego charakteru: „(…) pomiędzy dwiema sukcesywnie występującymi strukturami historycznymi byłoby zatem miejsce dla pewnego pozytywnego elementu, (…) historycznego wypadku (wypadków). W omawianych (…) przykładach struktury nie umierają samoistnie ani w taki sposób się nie rodzą (…). Za oba akty odpowiada pochodzący z zewnątrz krótkotrwały fenomen” (s.125).

 

Mikro-zdarzenie historyczne kojarzy się z tzw. mikrohistorią, niemniej rozpatrywane w rozdziale drugim przykłady łączy co innego: dotyczą one wydarzeń nie przełomowych, lecz – niczym mikroskop – odsłaniających coś niedostrzegalnego lub potencjalnego. Niebagatelne okazują się szczegóły, nie chodzi jednak o czczy faktografizm, tylko o bogactwo znaczeń. Analizowani tu historycy, zawiesiwszy pytanie, czy do tzw. faktów w ogóle można dotrzeć, skupiają się na analizie i konceptualizacji, jak również odsłaniają pewne poboczne treści, ideologiczny i społeczny wymiar określonych zajść. Stawianie w centrum niepozornego, acz złożonego (np. tylko pozornie „naturalnego”) wydarzenia umożliwia badania punktowe, a równocześnie jego „opis gęsty”, gdyż odbija ono ówczesne konflikty i szersze historyczne realności. W tym świetle wydarzenie – wracamy na znajomy grunt – odkrywa swój znakowy charakter, przypomina bowiem rodzaj tekstu do odczytania.

 

Dla badaczy literatury najważniejsze wydaje się jednak zdarzenie dyskursywne, czyli zachodzące w wypowiedzi lub opowieści, przy czym oczywiście status ontologiczny takiego wydarzenia bywa sporny. Barthes, Foucault czy Arlette Farge kładą jednak nacisk na to, że parole nie przypada w historii rola tylko ilustracyjna lub estetyczna, a dyskurs nie jest biernym dodatkiem do „ducha” lub „rzeczy”. Kluczowe okazują się przeto użycia pewnych wyrażeń w określonym czasie i okolicznościach, a także przesunięcia semantyczne i różnice znaczenia identycznych słów w obrębie odmiennych dyskursów. „Jako zjawisko dyskursywne nie ulega ono/ona [zdanie/formuła] modyfikacjom pod wpływem swego otoczenia (…), lecz – właśnie w swej historycznej konkretności, zjawiskowości – jest (…) pewnym „rzadkim” fenomenem (…). Każde tego typu wydarzenie zasadza się na strukturach znakowych (…), [n]ie da się jednakże wywieść z żadnej analizy języka (…) zdarzeniowej specyfiki (…) słów-nominałów (…) w dziewiętnastowiecznych domach odosobnienia, gdzie miały one de facto charakter zjawisk dyscyplinujących (…)” (s.215-216). Oczywiście przy analizie tego rodzaju zdarzeń nie sposób obyć się bez odsłaniania ich genealogii w sensie Foucaultowskim – sił i instancji pozwalających na ich generowanie, tego, jak techniki władzy czynią wydarzenia z niektórych spośród licznych wypowiedzi. Co ważne, Falkowski zwraca jednak uwagę, że nie powinno się sprowadzać wydarzenia do jego uwarunkowań, ponieważ donioślejsze okazuje się jego oddziaływanie i strategiczna funkcjonalność, a frapującą ilustracją takiego wypowiadania jako wytwarzania byłaby nazistowska „opowieść” o podpaleniu Reichstagu.

 

Mowa staje się zatem czynnikiem sprawczym w historii jako dziejach, ale również w historii jako dyscyplinie. Posługiwanie się pojęciami „prawo rzymskie”, „chrześcijaństwo”, „medycyna” – uzmysławiają nam Foucault czy Paul Veyne – stwarza przecież iluzję obiektu naturalnego i esencji, podczas gdy chodzi o konglomerat zjawisk charakterystycznych dla danego wycinka dziejów; przykładowo nie istnieje „monarchia”, tylko wiele podobnych form jedynowładztwa. „(…) To praktyki są prymarne, (…) w ściśle określonym czasie wytwarzają pewną przypadkową (…) realność, a więc skutkują pewnym wydarzeniem, które m.in. dzięki ich powtarzalności (…) ulega reifikacji, zyskując często fałszywy status czegoś obiektywnego (…). [D]roga przebiega od »wydarzenia« do »rzeczy«, do »obiektu«, w którym jednak historyk (…) [musi] dojrzeć (…) efekt zachodzenia danych działań” (s.276-277). W myśl koncepcji obiektu zdarzeniowego domniemane kontynuacje czy inwarianty są zwodnicze; np. według Veyne’a historiografia starożytna wydaje się bliższa dzisiejszemu dziennikarstwu niż współczesnej historiografii.

 

Jakie wnioski płyną z prześledzenia owych teorii? Falkowski powstrzymuje się od własnych sądów, zastrzegając m.in., że nie chce wchodzić w spór metodologiczny „fakt vs. interpretacja” i „obiektywizm vs. konstruktywizm”, natomiast walorem jego monografii jest klarowne pokazanie, jak zdarzenia w swej zjawiskowej postaci mogą być konceptualizowane przez historiografię według różnych kluczy. Klarowne, bo choć poza wspomnianym wstępem też trafimy na fragmenty w stylu: „Syngularna konfiguracja w swej formalnej strukturalności jest izomorficzna względem struktury wielokąta drobnych przyczyn. (…) Abstrakcyjny wymiar syngularnej konfiguracji (…) implikuje specyficzność obiektu zdarzeniowego w jej aspekcie ogólności” (s.358), to analiza materiału może zainspirować przedstawicieli rozmaitych dziedzin. Nie przynosi wprawdzie np. odkrywczego odczytania Foucaulta (inna rzecz, ile tekstów takowe odkrywcze odczytanie przynosi, a ile jedynie po raz setny referuje…), ale stawia go w niewyświechtanym jeszcze kontekście. Szczególnie przydatne, chociażby dla antropologa literatury, mogą być pytania, które warto zadać, by analizować dane zjawisko na omówione cztery sposoby. Osobiście wolałabym tylko, żeby autor pisał o „rewelatorskim” zamiast o „rewelacyjnym” aspekcie zdarzeń; na tej zasadzie przecież „Myśl i zdarzenie” nie jest może szczególną rewelacją, natomiast niewątpliwie jest ciekawym rewelatorem założeń stojących za ujmowaniem nawet najbardziej wywrotowych wydarzeń w karby dyskursu historycznego.
Tomasz Falkowski: „Myśl i zdarzenie. Pojęcie zdarzenia historycznego w historiografii francuskiej XX wieku”. TAiWPN „Universitas”. Kraków 2013 [seria: „Horyzonty nowoczesności”, t. 91].