Wydanie bieżące

1 października 19 (235) / 2013

Sławomir Iwasiów,

MIASTO NA KOŃCU ŚWIATA

A A A
Michał Książek (ur. 1978), ornitolog i kulturoznawca, rozpoczyna opowieść o najzimniejszym mieście na Ziemi od rekonstrukcji mapy – trochę jak podróżnik, który wspomina swoje przygody, ale też jak badacz, sporządzający swoiste itinerarium, wreszcie jak pisarz, korzystający z pojemnej metafory rozrysowywania topografii miejsca. W te wszystkie role wchodzi autor „Jakucka” równocześnie, co czyni z jego książki wyjątkową lekturę. Opis miejsca, taki trochę „z góry”, znad stołu, na którym leży rozpostarta kolorowa płachta, to jednak dopiero początek tej historii – to kontrast dla realnych przeżyć, będących wypełnieniem pustych przestrzeni między liniami i punktami na mapie.

Jedną z głównych postaci patronujących temu przedsięwzięciu jest Wacław Sieroszewski – polski pisarz, etnograf, podróżnik, zesłany na Syberię w 1879 roku. Książek już na samym początku wymienia jego nazwisko, jakby, z jednej strony, chciał pójść śladami autora „Dwunastu lat w kraju Jakutów”, a z drugiej – dodać własny punkt widzenia do znanych już opisów Jakucka. Z marszu młodszy eksplorator Jakucka poprawia kształt mapy, patrzy na wyrysowane zakręty rzeki Leny, które opisywał Sieroszewski, i dodaje swoją interpretację: „Ja zaś widzę w jej zlewni (Leny – przyp. S.I.) poroże starego renifera, co ma łeb wielki jak Morze Łaptiewów i wieńcem zaplątał się w zwojach poziomic. W gardzieli szerokości cieśnin Sannikowa i Łaptiewa razem wziętych utknął mu gigantyczny kęs chrobotka rozmiarów Wielkiej Wyspy Lachowskiej. Dalej szeroka szyja i kłąb rozciągają się jak Morze Wschodniosyberyjskie aż po ujście Kołymy i Czukotkę” (s. 9–10). A więc podążanie szlakami wyznaczonymi przez jednego z najbardziej znanych etnografów Syberii to coś więcej niż tylko naśladownictwo; to tak, jakby Książek chciał sprawdzić, czy jego poprzednik miał rację, czy faktycznie celnie opisał charakterystyczne cechy Jakucka, czy udało mu się z doświadczenia zrobić literaturę.

Taki wstęp może sugerować, że czytelnik będzie miał do czynienia z reportażem: autor wyraźnie chce podzielić się swoimi przeżyciami, zaproponować oryginalne spojrzenie na Jakuck (stąd być może wzięła się „poetycka” analiza mapy), pokazać historię, obyczaje czy po prostu codzienne życie mieszkańców tej części świata. Tak jest w istocie, choć splatają się tutaj trzy sposoby opowiadania: literacki, reportażowy i ten najbardziej zwracający uwagę przez swoją formułę – słownikowy. W dalszej części bowiem zamienia się „Jakuck”, który w podtytule ma przecież genologiczne dookreślenie („Słownik miejsca”), w zestawienie najważniejszych terminów z języka Jakucjan (wyjaśniam za autorem: „Jakucjanie” – to obywatele Jakucji; „jakucjanie” – mieszkańcy Jakucka). To projekt znany literaturze współczesnej, przede wszystkim z tekstów autobiograficznych, stosowany przy rozmaitych okazjach, w różnych rodzajach wypowiedzi. Czasem bardziej w postaci nachylonej w stronę „literackości”, autobiograficzności, jak „Abecadło Miłosza”, czasem w nurcie literatury faktu, jak niedawno wydane – w tej samej serii „Reportaż” Wydawnictwa Czarne – wspomnienia Jacka Hugo-Badera pod tytułem „Biała Gorączka”. Zresztą to właśnie książka Hugo-Badera z podróży po Syberii najbardziej kojarzy się z „Jakuckiem”. Nie tylko ze względu na temat, ale również z powodu podobnej momentami narracji: Hugo-Bader, podobnie jak Książek, rozwiązał sprawę opisywania Dalekiego Wschodu i obyczajów żyjących tam ludzi, układając syberyjski słownik najważniejszych wyrazów i zwrotów. Książek jest przy tym bardziej „ścisły”, opisuje Jakuck i język Jakucjan z dużą dbałością, jakby spod jego pióra miała wyjść praca naukowa, etnograficzna czy antropologiczna, a nie tylko reportaż z dalekiej podróży.

Różnica w stosunku do historii z „Białej gorączki” polega także na tym, że Książek przygląda się właściwie tylko jednemu miejscu na mapie i opisuje swoje zetknięcie z Jakuckiem. To jest opowieść o mieście-miejscu, ale specyficzna, bo właśnie samo miasto jest niezwykłe. Z reguły – choć trudno czasem o spójne zasady w najnowszej literaturze – miasta są opisywane w relacji do innych miast, w odniesieniu do podobnych albo różnych od nich miejsc, w stosunku do nie zawsze dookreślonych przestrzeni „pomiędzy”. Andrzej Stasiuk pokazuje obyczaje mieszkańców wsi w Beskidzie Niskim na tle warszawskiego „centrum” (czy też na odwrót), Krzysztof Niewrzęda zestawia Szczecin z Berlinem, a Berlin z Bremą i pisze o podróżowaniu pomiędzy nimi (między innymi w „Czasie przeprowadzki”), Krzysztof Varga opowiada o Warszawie i Budapeszcie jak o swoich miejscach („Gulasz z turula”). „Jakuck” wypada na tym tle inaczej i nie chodzi tylko o odmienny gatunek prozy, choć przecież eseje Niewrzędy z „Czasu przeprowadzki” czy sentymentalna podróż Vargi ulicami Budapesztu z „Gulaszu z turula” to też w pewnym sensie reportaże, ale przede wszystkim o punkty odniesienia. Określenie „koniec świata” znaczy tu mocniej niż gdziekolwiek indziej.

Jedne miasta są otoczone pięknymi lasami, inne zostały zbudowane w otoczeniu gór albo na styku z morzem. Tłem Jakucka jest sięgająca aż po horyzont pustka. Może dlatego właśnie Książek układa słownik: żeby okiełznać bezkresną naturę, żeby lepiej zrozumieć znaczenie „nicości”, wpływającej na ludzi przebywających zbyt długo w jej sąsiedztwie. Pustka na przykład zmienia cechy żeńskie w męskie: „Maskulinizacja dopada wiele kobiet w mieście na końcu świata. W mieście, które ze wszystkich leży najbliżej pustki. Zdaje się, że mężnienie zaczyna się od spojrzenia, potem tężeje głos, a wagi nabierają chód i gesty” (s. 17). Słownik pomaga porządkować ten świat graniczący z bezkresem, jest gatunkiem systematyzującym i objaśniającym: „Jakuckie słowa porządkujące krajobraz plączą się po głowie jak siano we włosach po drzemce w stogu na podmiejskich łąkach. Jakby ich znajomość mogła ustrzec przed zabłądzeniem w rozległym kraju i pozwoliła czuć się bezpieczniej. A miejscowy język miał być panaceum na pierwsze objawy lekkiej agorafobii (s. 45).

Autor przypomina jednak często, że wyliczanie i przeżywanie to dwie różne sprawy, że mapa i podróż niekoniecznie oznaczają to samo, a opowieść nie zawsze musi oddawać prawdę o życiu w takim miejscu, jak Jakuck. Albo inaczej: tego rodzaju historie ukazują prawdę o opisywanym miejscu, ale dla różnych osób, w różnych warunkach, może ona znaczyć co innego. Dlatego pasuje do Jakucka forma słownika: słowa mogą mieć bardzo różne znaczenia, a mimo to odnosić się bardzo dokładnie do rzeczywistości. Jak bardzo „inna” jest ta rzeczywistość Jakucjan, widać praktycznie na każdym kroku, a szczególnie na początku zimy. Te zależności uchwycili chyba równie dobrze między innymi wspomniany wcześniej Wacław Sieroszewski, ale też jego rówieśnik, Edward Piekarski, także zesłaniec, a ponadto autor słownika języka jakuckiego, do którego Książek często nawiązuje.

Oprócz kontemplacji pustki, głównym zajęciem są w Jakucku przygotowania do nadejścia mrozów. Do nadejścia zimy szykuje się każda żywa istota zamieszkująca miasto i jego okolice: „Ciepłe gniazda w rozdzielniach rur ciepłowniczych moszczą już sobie myszy i nieliczni bomże, którzy cudem przeżyli poprzednią zimę. Przygotowują się też studenci w akademikach, kierowcy w samochodach i susły Spermophilus parryii w norkach na pastwiskach za miastem. Pluskwy wciskają się głębiej w fotele i za kołnierze swoich gospodarzy. Karaluchy walą hurmem ze strychów i piwnic do kuchni i za kaloryfery” (s. 19). Autor stawia w jednym szeregu bezdomnych, studentów, karaluchy – wobec zimy w Jakucku każde życie jest tyle samo warte, wymaga tal samo dużego nakładu sił.

To, no co czekałem, czytając „Jakuck”, to opisy snującej się nad miastem bieli powietrza. Trudno wybrać jeden fragment, ale interesujące są na przykład takie, które pokazują, jak zmienia się miasto, jak jego struktura i topografia znikają w lodowatej mgle. Widoczność jest ograniczona, mylą się kierunki, każda czynność zamienia się w operację specjalną, wyprawę, nawet walkę: „Wystarczyły trzy tygodnie mrozów, by miasto pochłonęła plejstoceńska biel i to tak zachłannie, że na Kalandariszwilego nie bardzo wiadomo, gdzie szukać drogi. Ulice, chodniki i przystanki pokryła warstwa lodowego stiuku, który rośnie pod stopami jak grzybnia i nie mniej niż biel wokół utrudnia utrzymywanie równowagi” (s. 86). Jest zatem dokładnie tak, jak to bywa przedstawiane w filmach dokumentalnych z Jakucka. Przy czym autor nie opisuje tego wszystkiego w kategoriach katastrofy atmosferycznej, a raczej zwyczajnego, codziennego życia. Polecam uwadze fragment, w którym opisywany jest transport regału przez miasto – niby nic, bo każdy kiedyś tam taszczył szafę z lustrem, ale w tym jedynym w swoim rodzaju klimacie to przedsięwzięcie wymagające nie lada uporu.

Nawet jeśli życie jest w Jakucku utrudnione mrozem na poziomie pięćdziesięciu kresek, to mimo wszystko zostaje trochę miejsca na pogodniejszy stan ducha i odrobinę cieplejszego humoru: „Od kilku dni w mieście mgła gęsta jak śnieg. Dni 15, 16, a nawet 17 listopada ponoć już przeszły, ale nikt ich nie widział” (s. 116). Jak poruszać się po takim mieście? To też doświadczenie zupełnie różne od podróżowania i turystyki znanej choćby z europejskich metropolii. Często narzekamy: że w takim czy innym miejscu są słabe oznaczenia, że tablice z nazwami za małe albo ulice poplątane. W Jakucku w ogóle niewiele da się dostrzec: „Zimą przez zamrożone okna autobusów nic nie widać. Pasażerowie chuchają, dmuchają i pytają smutno: – Ludzie, gdzie my jesteśmy?” (s. 146). Inna jest zatem poetyka opisywania takiego miejsca: „zwraca się uwagę” nie na to, co jest, ale na to, czego nie ma.

Podsumowując, czytelnicy mają przed sobą lekturę książki o przynajmniej trzech wymiarach: to literacki pejzaż Jakucka, reportaż z podróży i etnograficzna rozprawa. Książek dokonał rzeczy trudnej: opisał lodowatą pustkę tak, że mimo gęstej mgły można dostrzec jej wyraźne kształty.
Michał Książek: „Jakuck. Słownik miejsca”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013 [seria: Reportaż].