ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (235) / 2013

Aleksandra Więcek-Gigla,

RESZTA JEST MILCZENIEM?

A A A
Rodzinne dramaty natarczywie cisną się nam przed oczy i uszy. Paradokumentalne seriale serwowane przez komercyjne stacje telewizyjne zaprzątają ludzkie umysły cudzymi zdradami, rozwodami, alimentami, nieślubnymi potomkami… W takiej rzeczywistości Wydawnictwo Literackie proponuje powieść „Persymona” Katarzyny Maicher. Ktoś nieżyczliwy mógłby zasugerować, że to gwóźdź do trumny, jesienną porą nawet książki zaatakują rozpadem życia rodzinnego.

To historia trojga ludzi: Jego, Jej i dziecka. On – nie wiadomo, kto, Ona – nie wiadomo, kto.

A dziecko? Dziecko to jakieś żeńskie „Ja”. Pierwsze strony budują rozmyty, nieostry obraz. Obraz też się pojawia. Konkretnie dwa. Pierwszym jest „Wędrowiec nad morzem mgieł” Caspara Davida Friedricha. Tytułowy wędrowiec to wyobrażenie Ojca. Nieobecny, zamyślony, skryty. Nie sposób domyślić się jakichkolwiek emocji, jakby zawsze stał tyłem

do świata. Dowiadujemy się tylko, że lubi przygody. Z kolei Matka to tytułowa Prozerpina

z obrazu Rosettiego. Niewidzący wzrok, a mimo bliskości światła, wybiera cień. Córka jest czujnym obserwatorem, któremu przyszło żyć w świecie wykreowanym przez rodziców. Dorastając, zaczyna szukać przyczyn obecnej sytuacji, grzebiąc we wspomnieniach, próbuje zrekonstruować swój świat z lat szczenięcych.

Z każdą przeczytaną stroną pojawiają się kolejne informacje. Ojciec jest psychiatrą, leczy ludzi z depresji, wybija z głów samobójstwa i przywraca równowagę, o ironio. Matka-malarka żyje światem barw. Zamiast słońca, trawy i nieba dla niej istnieją żółcie, zielenie i błękity. Do czasu. Pierwszoosobowa narracja córki określiła rodziców kolorami, tak jak uczyła Matka. Ona jest złotem, Ojciec zaś – granatem. Początkowe strony wyraźnie zarysowują problem: „Ojciec lubił świeże powietrze, wysokie góry, przestrzeń. Matka wędrowała w podziemnym świecie. Czasami spotykali się na wspólnym brzegu – na ścieżce ogrodowej, przy stole. Każdego ranka wyruszali w przeciwne strony”. W tym domu nigdy nie panował gwar. Powtarzająca się do znudzenia seria oczekiwania, nadziei i narastającej frustracji sprawiła, że słowa stały się zupełnie zbędne.

Akcja toczy się w Karłowicach, w dużym, okazałym, poniemieckim domu. Grube mury zdają się nie przepuszczać światła słonecznego. Ogród otaczający budynek sprawia wrażenie bufora, czegoś pomiędzy światem rozgadanych, zapracowanych ludzi, a męczącą ciszą czterech ścian. Rodzice żyją obok siebie, Ojciec wychodzi z domu przy każdej nadarzającej się okazji, długo nie wraca. Matka czeka z kolacją, choć nie wiąże z powrotem męża specjalnych nadziei. Wszystkiemu z boku przygląda się ona – dziewczynka przyzwyczajona do ciszy, rozdarta między jednym, a drugim rodzicem. Historię poznajemy z jej perspektywy, ona jest narratorem, karmi nas swoimi spostrzeżeniami. W pewnym momencie jednak pojawia się drugi głos, który trudno przyporządkować i określić. Głos, który sprawia, że sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, a granica między matką i córką zostaje zatarta…

Mimo przygnębiającej i dramatycznej tematyki, „Persymonę” cechuje delikatność. Przejawia się ona na wielu płaszczyznach, co w opowieści o rozpadzie rodziny na trzy części wydaje się dość niezwykłe. Język narracji jest subtelny, gładki. Czytelnik bez obaw może prześlizgiwać się po kolejnych stronach, w jego myśli nie wbije się żadna językowa drzazga. Intensywnie oddziałuje to na odbiór, kamuflaż pięknych słów paradoksalnie uwydatnia niepokojące sygnały płynące z domowego zacisza. Trudno nie zauważyć barwności opisów. Bohaterka, jak na córkę artystki przystało, widzi świat kolorami, wącha, dotyka, bada. Synestezja zdaje się być dziedziczna. Zaskakująca jest również obecność niedopowiedzeń. Przyzwyczajeni do realiów paradokumentów, lubimy mieć wszystko czarno na białym. „Magda, lat 26, została wyrzucona z domu po tym, jak zaszła w ciążę z żonatym facetem”. Katarzyna Maicher wyposażyła swoją bohaterkę w zdolność do unikania konkretów. Czytelnik musi zdać się na własne domysły w wielu miejscach książki. Czasami zaledwie poszlaki mogą sprawić, że kolejny porażający fakt stanie przed odbiorcą w pełnej krasie. Sprawia to, że „Persymona” szalenie intryguje. Może się okazać, że każdy czytelnik inaczej odbierze jej treść. Wszyscy po trochu się w niej przejrzymy, wielu osobom któryś fragment może się wydać dziwnie znajomy.

Bohaterka „Persymony” nie została w takim świecie wychowana. Czasem wspomina przyjemne chwile, w których miała jeszcze rodziców, a oni mieli siebie.

To doprowadza ją do przekonania, że można wskazać palcem moment, w którym ich życie rodzinne rozpełzło się po kątach, jak robactwo po włączeniu światła. Rozpoczyna się wędrówka wstecz, do owych nielicznych, lecz jakże szczęśliwych chwil. Czy to pomoże wkroczyć dojrzewającej kobiecie w dorosłe życie? Rozpaczliwe próby zrozumienia przyczyn obecnego stanu rzeczy mogą zakończyć się przytłaczającym fiaskiem. Dlaczego rodzice żyją obok siebie? Dlaczego Ojciec nudzi się sztuką, a Matka z zachwytem przypatruje się owocom dzikiej róży? Czy nie mogliby wyjeżdżać w góry razem, by jedno mogło pobyć na świeżym powietrzu, a drugie podziwiać barwy natury? Dlaczego Matka tego nie zaproponuje? Czy aż tak boi się usłyszeć „wolałbym jechać sam”?

Po przeczytaniu „Persymony” Katarzyna Maicher jawi się jako wyrafinowany psycholog. Znakomicie kreuje relacje córki z rodzicami. Przywiązana do Matki, z którą czasem chodziła do pracowni, która uczyła ją nazywać kolory, zaprawiać konfitury i czekać, cierpliwie czekać. Jest jeszcze Ojciec, o którym sama mówi „nic o nim nie wiem”, który wracał późno, wychodził skoro świt, czasem krzyczał, czasem obserwował w kąpieli, a mimo

to ukształtował jej ideał mężczyzny. Bohaterka nie wie, po czyjej stronie się opowiedzieć, czy sprzeciwić się praktykom Ojca, czy pozwolić mu na hipnozę i uwierzyć, że chce pomóc. Czy drążyć, dlaczego Matka tak makabrycznie „poprawiła” wizerunek Ojca na obrazie, czy lepiej nie pytać? Jak doprowadzić do spotkania tych dwoje na wspólnym brzegu i gdzie w tym wszystkim czas na budowanie własnego, autonomicznego życia? Po latach dylematów przychodzi moment, w którym dziewczyna postanawia przeciąć wszystkie sznurki łączące ją z dotychczasowym życiem, a właściwie egzystencją. Z entuzjazmem rzuca się w dorosłość, przecierając nowe szlaki, zawierając świeże znajomości i zrywając z toksycznym uwikłaniem w milczącą sieć relacji rodzinnych. Czy jej się uda? Czy aby nie ocknie się pewnego dnia

i zda sobie sprawę, że Ojciec i Matka wciąż jej towarzyszą?

Tytuł książki niczego nie wyjaśnia, wręcz przeciwnie – jest pierwszą niewiadomą.

W pewnym momencie pojawia się wzmianka o persymonie, jednak pozostawia ona tyle samo pytań, co odpowiedzi. Liczne nawiązania rodem ze studiów filologicznych stawiają powieść Maicher wśród tych wszystkich dzieł, które można czytać bez końca, na miliony sposobów. Kryzys małżeńsko-rodzicielski stanowi jedynie bazę, coś w rodzaju pozycji wyjściowej. Dodatkowo język, niespecjalnie wyszukany, niemniej jednak interesujący, uwalnia „Persymonę” od podejrzeń o łzawość i ckliwość. Nie zionie z niej jawny dramatyzm, bohaterka nie rozczula się nad sobą. Czytelnik za to przewróci ostatnią stronę z narastającym uczuciem niepokoju i dziwną pustką w żołądku, jakby idąc po schodach nie trafił na stopień. Sama autorka pozostawia na końcu wskazówkę. Co znajdziemy na końcu ścieżki wskazanej przez Katarzynę Maicher? I co by powiedział Hamlet, gdyby przyszło mu żyć w świecie przez nią wykreowanym? Czy rzeczywiście „reszta jest milczeniem”?
Katarzyna Maicher: „Persymona”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2013.