Wydanie bieżące

1 października 19 (235) / 2013

Grzegorz Kwiatkowski, Marek Doskocz,

RADOŚCI POETY

A A A
Marek Doskocz: „Radości” to Twój piąty tomik poetycki. Jesteś z niego zadowolony?

Grzegorz Kwiatkowski: „Radości” to mój czwarty tom. Owszem, wydałem do tej pory pięć książek, ale w tej piątce znajduje się dwujęzyczna polsko-angielska trylogia „Powinni się nie urodzić”, na którą składają się moje trzy pierwsze tomy, tzn. „Przeprawa”, „Eine Kleine Todesmusik” i „Osłabić”. Czy jestem z „Radości” zadowolony? Tak. Jestem z nich zadowolony.

M.D: Skąd taki, a nie inny tytuł?

G.K: Tytuł tomu to również tytuł pierwszego wiersza w książce. Wybrałem go intuicyjnie. Nie potrafię tego analitycznie uzasadnić.

M.D: Drugi tekst w tomiku  „Ernst Becker – Lee, ur. 1905 zm. 1940” mógłby sugerować, że tomik swój tytuł wziął od Doliny Radości, w której stała skocznia, na której wspomniany skoczek zginął.

G.K: Chyba nie. To, zdaje się, niedobry trop.

M.D: „Radości” zostały wydane przez Biuro Literackie – jak doszło do podjęcia współpracy z wydawnictwem?

G.K: Po prostu: Artur Burszta uznał, że ten tom jest warty wydania w Biurze.

M.D: Wątek Holocaustu dość mocno zarysowuje się w „Radościach” – złośliwi powiedzą, że popłynąłeś na fali „Pokłosia”.

G.K: Wątek Holocaustu dosyć wyraźnie zarysowany jest w „Radościach”, ale nie jest to jedyny temat tego tomu. Widzę w nim zapis różnych przewartościowań, sytuacje skrajne i graniczne. Np. obok sytuacji pogromowej mamy sytuację skoczków narciarskich. Ale wracając do tematu Holocaustu: tego typu tematy poruszam od mojej debiutanckiej „Przeprawy”, która została wydana w 2008 roku. Tematy obozowe pojawiają się w jakimś stopniu na pewno z powodu mojego dziadka, więźnia jednego z obozów. Nie piszę pod aferę ani dla afery. Nie interesuje mnie publicystyka i medialna chwilowość. Ale rzeczywiście moje „Radości” nieszczęśliwie narodziły się w cieniu „Pokłosia” i całej tej publicystycznej fali. To na pewno temu tomowi zaszkodzi. Ale nie mogę nic z tym zrobić. Trudno.

M.D: Jednak w „Radościach” wątek ten jest już bardzo wyraźny. Dlaczego dopiero teraz?

G.K: Wątek ten podejmuję od pierwszego tomu. I to bardzo wyraźnie. Naprawdę, nie widzę żadnej wolty.

M.D: Znakiem rozpoznawczym Twojej poezji jest mówienie za zmarłych...

G.K: To jest metoda Edgara Lee Mastersa i jego „Umarłych ze Spoon River”.  Bardzo tę książkę podziwiam i bardzo często ją czytam.

M.D: Dlaczego jednak Ty tej metody używasz?

G.K: Czuję się w niej wygodnie. Satysfakcjonuje mnie. Ale nie potrafię Ci tak wyczerpująco odpowiedzieć, czemu jest tak, a nie inaczej.

M.D: Może jednak spróbujesz przynajmniej wyjaśnić dlaczego z tą metodą pisania jest Ci po drodze?

G.K: Może dlatego, że epitafia są same w sobie, ze swojej definicji, lapidarne, syntetyczne, zwarte. Może właśnie dlatego.

M.D: Jak wybierasz bohaterów swoich wierszy? Masz jakąś metodę?

G.K: Oni są natrętni i sami się wybierają (śmiech). Po prostu coś mnie przy nich zatrzymuje i próbuję pisać o ich żywocie potencjalnym albo po prostu o ich żywocie.

M.D: To zabrzmiało enigmatycznie (śmiech). Aby Cię coś przy nich zatrzymało, musisz na nich trafiać. Gdzie ich szukasz? Nie chodzisz chyba na cmentarze w poszukiwaniu kolejnych bohaterów wierszy?

G.K: Po cmentarzach spaceruję, ale nie po to, aby szukać postaci do swojej poezji. Choć część bohaterów leży rzeczywiście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko, który znajduje się nieopodal mojego domu i po którym rzeczywiście często się przechadzam.

M.D: Pisząc o zmarłych, przywracasz im choć na chwilę pamięć. Poezja jako nośnik pamięci pokoleń?

G.K: Poezja jako nośnik pamięci mojej. W ogóle jako nośnik mojego przeżywania, mojego widzenia.

M.D: Nie boisz się, że Twoje wiersze zaangażowane, dotykające faktyczności historii stracą na swojej literackości, przechodząc w publicystykę?

G.K: Nie boję się tego. Wiem, że jest to poezja, a nie publicystyka. Literatura – a nie gazeta. Po prostu.

M.D: Z tomiku na tomik Twoim znakiem rozpoznawczym staje się coraz wyraźniejszy minimalizm. Skąd dążenie do tego typu poetyki?

G.K: Podoba mi się takie minimalistyczne pisanie. W ogóle w poezji podobają mi się takie krótkie, mocne i estetyczne serie, strzały.

M.D: Przejdźmy do innego tematu. Jak widzisz swoją rolę w dobie Internetu i minutowych newsów? Poezja może jeszcze oddziaływać na szersze grono odbiorców?

G.K: Myślę, że nie ma co próbować nadążać za tempem i rytmem mediów, i  nie ma co pisać pod kogoś i dla kogoś.

M.D: Ponoć pisanie dla siebie też na dłuższą metę nie ma sensu.

G.K: Kto tak sądzi?

M.D: Daleko nie szukając: Mariusz Sieniewicz czy Gałczyński. Rozumiem, że masz odmienne zdanie?

G.K: Absolutnie inne zdanie. Ale rozumiem, że ktoś może mieć zdanie odmienne.

M.D: Wracając do Twojej twórczości. Skąd jeszcze czerpiesz pomysły? Pytam, bo wiem, że masz też swój zespół muzyczny.

G.K: Trupa Trupa nie ma wpływu na moją twórczość i również odwrotnie. To dwie równoległe i osobne sprawy. W ogóle Trupa Trupa nie ma żadnego związku z poezją. Chciałbym, ale nie wiem, czy tak jest w istocie, aby Trupa miała cokolwiek wspólnego z Velvet Underground albo z The Beatles.

M.D: Proza ma wpływ na Twoją twórczość? Co czytasz?

G.K: Proza ma duży wpływ. Taki sam jak poezja. Albo większy. Wracam ciągle do tych samych książek, oczywiście uzupełniając listę o nowych autorów. Na pewno ważny jest Tomasz Mann, Herman Hesse, Rober Musil, Herman Broch, Thomas Bernhard, Franz Kafka, Fryderyk Nietzsche, Ota Pavel.

M.D: Dziękuję za rozmowę.

G.K: Ja również dziękuję bardzo za rozmowę.