Wydanie bieżące

15 października 20 (236) / 2013

Radosław Pisula,

DZIKI WSCHÓD CZCI ELVISA

A A A
Komiks zagraniczny
Szkocki scenarzysta Mark Millar od paru lat jest jedną z najbardziej rozchwytywanych osobistości świata komiksu. W otchłań mainstreamowego trykociarstwa na dobre wciągnął go w połowie lat 90. Grant Morrison, który razem z młodszym kolegą pracował nad takimi seriami, jak „The Swamp Thing”, „Flash” czy „Aztek: The Ultimate Man”. Jednak na naprawdę szerokie wody twórca wypłynął, przejmując od Warrena Ellisa niesamowicie popularne „The Authority” oraz rewitalizując uniwersum Marvela opowieściami z imprintu Ultimate. Tytuły pokroju „Ultimate X-Men”, „Ultimate Fantastic Four” oraz „Ultimates” zrewolucjonizowały herosów na miarę XXI wieku, zmieniając nazwisko scenarzysty w rozpoznawalną markę. Dzięki temu Millar mógł w szerszym stopniu realizować niezależne pomysły, wydając na świat „Wanted” oraz „Kick Ass”. Ich filmowe adaptacje spowodowały wysyp kolejnych komiksów Szkota, do których prawa wielkie wytwórnie wykupywały, zanim jeszcze pierwsze zeszyty ukazały się drukiem.

Od tego momentu autor stał się człowiekiem-instytucją, co niestety odbiło się na jakości jego scenariuszy. Artysta pojawiał się również gościnnie w różnych licencjonowanych tytułach, za każdym razem wzbudzając wielkie zainteresowanie. Jego krótkie przygody z regularnymi seriami „Fantastic Four” czy „Wolverine”, a także miniserią „Civil War” nie zawsze kończyły się sukcesem. Jedno jednak było pewne – Mark Millar stał się komiksową gwiazdą rocka. Jednak i on musiał gdzieś zaczynać. A gdzie może rozpocząć karierę mieszkaniec Wysp Brytyjskich posiadający talent scenopisarski? Swoje pierwsze kroki kieruje oczywiście w stronę kultowego magazynu „2000 AD”, kolebki Sędziego Dredda, Rogue Troopera oraz Strontium Doga. Tutaj właśnie niepozorny Szkot szlifował swój talent przed wyjazdem do USA. Z poziomem jego prac bywało różnie, jednak obok zniszczonej przez fanów  kontrowersyjnej wersji „Robo-Huntera” udało mu się napisać naprawdę oryginalną opowieść osadzoną w uniwersum Joe Dredda. Komiks „Red Razors” do dzisiaj uznawany jest za jeden z jego najlepszych rodzimych projektów. I nie ma się czemu dziwić, bo opowieść o radzieckim kowboju to fascynująca parodia, szydząca z zimnowojennego napięcia oraz postępującej za żelazną kurtyną amerykanizacji.

Historia zaprezentowana przez Millara osadzona jest w przyszłości – dokładniej w roku 2156 (jako że akcja w komiksach z Dreddem rozgrywa się w czasie rzeczywistym, to wydarzenia te będą miały miejsce dopiero za 27 „naszych” lat). Futurystyczny Związek Radziecki składa się z jednego tylko megamiasta: Sov-Block Two. Reszta kraju to atomowa pustynia zaludniona przez zdeformowanych ludzi oraz krwiożercze potwory. Taki stan potężnego niegdyś państwa jest zasługą legendarnego Sędziego Dredda, który w historii „Apocalypse War”, mszcząc się za atak na Amerykę, odpalił w kierunku sowietów deszcz pocisków nuklearnych. Ogień strawił miasta, miliony ludzi straciło życie – wszystko to w imię prawa oraz sprawiedliwości. Teraz, po wielu latach, kraj nadal z trudnością wiąże koniec z końcem. Komunistyczne wychowanie zostało w ogromnym stopniu zagarnięte przez jankeski konsumpcjonizm, czego kulminacją jest wprowadzenie w życie idei natychmiastowego prawa – razem z instytucją sędziów. Pożyczony od Amerykanów system różni się jednak od oryginalnej wersji jednym ważnym szczegółem: prawo egzekwują tutaj byli przestępcy, zwyrodnialcy po praniu mózgu, którzy w taki sposób mają odpokutować swoje winy. Głównym bohaterem historii jest tytułowy Sędzia Razors – najbrutalniejsza szumowina, jaką nosiła Mateczka Rosja. Jednak, dzięki brakowi jakichkolwiek zahamowań, jest on również najefektywniejszą bronią rządu.

Zbiorcze wydanie komiksu zawiera wszystkie występy Razorsa. Nie jest tego dużo, ale scenarzysta wyraźnie wiedział, jaką historię chciał opowiedzieć i nie pozwolił już nikomu eksploatować tego antybohatera do granic możliwości. Cała opowieść składa się z dwóch części, które dzieli kilka lat od chwili publikacji. Pierwsza historia opowiada o śledztwie Sędziego Razorsa poszukującego grupy złodziei, którzy ukradli Święte Zwłoki Elvisa. Król stał się w przyszłości jeszcze większą ikoną i w końcu zamienił w obiekt religijnego kultu. Dlatego też zawłaszczenie jego wystawionych do publicznego wglądu zasuszonych kości równa się destabilizacji całego państwa. Podczas swojej podróży w głąb wyniszczonego kraju – razem z genetycznie zmodyfikowanym Towarzyszem Edem, gadającym koniem (jeden z wielu ukłonów Millara w stronę amerykańskiej popkultury) – Razors przelewa hektolitry krwi wszelkiej maści indywiduów. Komiks Millara zadebiutował w 1991 roku, akurat gdy ZSRR liczyło minuty do swojego rozpadu. Zmiany ustrojowe były widoczne jednak już wcześniej za żelazną kurtyną, gdzie hamburgeryzacja życia postępowała w zastraszającym tempie. I te przemiany udało się idealnie oddać młodemu Szkotowi.

Tak jak Ameryka w Dreddzie stała się wyolbrzymioną do granic możliwości parodią (która, co najsmutniejsze, często zamiast przedstawiać jankesów w krzywym zwierciadle, była po prostu do bólu szczera), tak ZSRR w wersji Millara zatrważa absurdalnym chwilami realizmem. W pogoni za amerykańskim przepychem, Związek Radziecki staje się dziwaczną hybrydą dwóch diametralnie różnych kultur – tworem, który na siłę chce być tym, co przez dekady tępił. Dziki Wschód z jego pustynną prerią staje się areną walki radzieckiego Clinta Eastwooda (ubranego w poncho z czerwoną gwiazdą oraz okulary marki Ray Ban) z bandą dziwacznych odpadów niedorzecznej kultury – działających na usługach rządu bohaterów kreskówki „Scobby-Doo” (tutaj Velma jest zimnokrwistą zołzą, która nie waha się nacisnąć na spust), przygłupich fanów Elvisa czy w końcu bandą stetryczałych komunistów, pragnących puścić z dymem cały ten cyrk za pomocą broni nuklearnej – reliktu zimnowojennego wyścigu zbrojeń. W tym wypadku nie dziwi widok rozwydrzonego dzieciaka-milionera, stojącego na czele pogrążonego w chaosie państwa. Szczególnie, że lwia część ludzi mieszkających za żelazną kurtyną w taki właśnie sposób wyobrażała sobie ucieleśnienie Stanów Zjednoczonych.

Nie ma co ukrywać: szkocki scenarzysta często przekłada formę nad treść i czasami zbytnio daje się ponieść radosnej rozwałce. Trup ściele się tutaj gęsto, a fabuła czasami nie nadąża za mknącą na złamanie karku akcją. Tyczy się to w głównej mierze drugiej historii ze zbioru – swoistego epilogu przygód Razorsa. Już na samym początku brutalny sędzia przypadkowo odzyskuje swoje stare nawyki sprzed prania mózgu i udaje się na krwawy pochód przez miasto – ścierając się jednocześnie ze swoimi starymi kompanami z gangu oraz pewną amerykańską ikoną. Rozmywa się gdzieś ta wesoła kpina z amerykanizacji Rosji, a sam komiks staje się prostym akcyjniakiem, w jakimś stopniu angażującym, ale niewybijającym się w żaden sposób przed szereg. Warto w tym miejscu pochwalić Steve’a Yeowella (wieloletniego współpracownika Granta Morrisona) oraz Nigela Dobbyna, których „brudna” kreska idealnie pasuje do wyjałowionego świata bezprawnej dziczy, jaką stał się postapokaliptyczny Sov-Block Two.

Koniec końców mamy jednak do czynienia z naprawdę ciekawym pomysłem, który w rękach młodego Szkota przybiera angażującą formę. Twórca dodaje naprawdę znaczącą cegiełkę do rozwoju niesłusznie traktowanego po macoszemu zakątku w uniwersum Dredda, opowiadając spójną historię zwyrodnialca, któremu nagle dano władzę. Mark Millar od dłuższego już czasu zdaje się dreptać w miejscu, zamiast komiksów tworząc po prostu zaawansowane storyboardy do filmów. Dlatego warto wybrać się w przeszłość i zobaczyć, że kiedyś ten naprawdę ciekawy scenarzysta potrafił wyrzucić z siebie pomysłowe oraz maksymalnie absurdalne historie – w czasach, gdy musiały się one obronić swoim poziomem, a nie tylko rozchwytywanym nazwiskiem ich autora.
Mark Millar, Steve Yeowell, Nigel Dobbyn: „Red Razors”. Wydawnictwo 2000 AD.