Wydanie bieżące

15 października 20 (236) / 2013

Piotr Przytuła,

EKRANOWA MAGIA PRZYCIĄGANIA

A A A
W „Grawitacji” z wizualną maestrią pokazana została dialektyczna przestrzeń kosmosu, w której ścierają się ze sobą nieprzenikniona cisza i wołanie o pomoc, bezmiar wszechświata i klaustrofobiczne wnętrze ratunkowej kapsuły, w końcu: rozpacz i nadzieja. W tej przestrzeni mikroskopijne białe punkty zmagają się z kolejnymi tragicznymi zdarzeniami i ciągłym poczuciem braku – tlenu, przyciągania, obecności drugiej osoby.

Alfonso Cuarón sięgnął w swoim najnowszym filmie do fabuły sprawdzonej już na polu fantastyki naukowej: rutynowa niemal misja na skutek kosmicznej anomalii przeradza się w walkę o przetrwanie w granicznych warunkach. Dr Ryan Stone (Sandra Bullock) i doświadczony astronauta Matt Kowalsky (George Clooney) dosłownie i w przenośni chwytają się każdego sposobu, aby przeżyć po katastrofie wahadłowca.

Reakcja łańcuchowa zainicjowana wybuchem rosyjskiego satelity sprawia, że akcja filmu pędzi szybciej niż szczątki zniszczonych orbiterów.  Na wzór sinusoidy zwalnia momentami, aby gwałtownie przyśpieszyć wraz z powrotem śmiercionośnych odłamków. Atmosfera niemożliwego do wygrania wyścigu z czasem nie pozwala widzowi choćby na chwilę spuścić z oka poczynań bohaterów, których losy to naprzemienny cykl chwil triumfu i złudnej nadziei oraz kolejnych (znacznie dotkliwszych niż poprzednie) katastrof.

Niewątpliwie jednym z największych atutów „Grawitacji” jest maksymalna redukcja obsady, co sprzyja pogłębieniu psychologicznego rysu głównych bohaterów. Mistrzowsko zabieg ten wykorzystał na przykład Duncan Jones w „Moon”, wprowadzając na scenę tylko jednego aktora. Podobnie jak w filmie z 2009 roku, w „Grawitacji” obserwujemy zmagania Ryan Stone nie tylko z nieprzyjaznym środowiskiem, ale przede wszystkim z własną fizycznością i psychiką. Graniczna sytuacja, w jakiej znajduje się astronautka, to także czas rozrachunku z demonami przeszłości. Zdarzenia w przestrzeni kosmicznej są w zasadzie parabolą ziemskich losów doktor Stone. Katastrofą była przecież śmierć jej córki, a okres po tragedii to nic innego jak dryfowanie w pustej przestrzeni w poszukiwaniu innego człowieka i celu dalszego istnienia – szukanie tytułowej grawitacji i zaczepienia w bezpiecznym miejscu, do którego zawsze można powrócić.

Ekranowe rozważania na temat międzyludzkich więzi i miejsca homo sapiens we wszechświecie opatrzone zostały niezrównaną oprawą graficzną. „Grawitacja” bezsprzecznie wyniosła efekty wizualne i dźwiękowe ponad poziom tegorocznych premier kinowych. Majestatyczne ujęcia ziemskiego globu widzianego z orbity, brak cięć przez większą część filmu, nieśpieszność i płynność pojawiających się obrazów (przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedniego tempa scen dynamicznych) porównać można do wzrokowej uczty, jakiej doświadczaliśmy przy okazji „Odysei kosmicznej”.

Kameralną pod każdym względem atmosferę filmu wzmaga także montaż dźwięku, którego nowatorstwo polega tutaj głównie na umiejętnym wykorzystaniu… ciszy. Ta w filmie przybiera wiele postaci – raz nieznośnie świdruje w uszach, innym razem przynosi ukojenie, współgrając ze stonowaną muzyką Stevena Price’a. Czyni to recepcję „Grawitacji” doświadczeniem intymnym, mimo wypełnionej po brzegi sali kinowej. Wyobrażam sobie już przyszłoroczną galę oscarową, na której wszystkie nagrody w kategoriach dźwiękowych zdobędzie (paradoksalnie) ta swoista afirmacja ciszy.

Błędów w filmie jest tyle, co ocalałych po gwiezdnej tragedii. Biorąc pod uwagę, na przykład, pretendentki do głównej roli kobiecej (wśród których znalazły się m.in. Natalie Portman, Rachel Weisz, Naomi Watts, Marion Cotillard, Carey Mulligan, Scarlett Johansson), można zastanawiać się, czy wybór Sandry Bullock był decyzją najlepszą. Postać stworzona przez aktorkę w ostatecznym rachunku jest całkiem przekonująca, a „nieidealny” wizerunek hollywoodzkiej gwiazdy rekompensuje nawet irytujące „sapnięcia” i „krzyknięcia” bohaterki. Wielbicieli przygód dzielnego robota-sprzątacza z oscarowej animacji „Wall-E” rozbawić może także nieco scena, w której Stone używa gaśnicy jako silnika manewrowego.

Pozostając przy kwestii zgodności filmowej rzeczywistości z powszechnie obowiązującymi prawami fizyki, bez zastanowienia uznać można „Grawitację” za film hołdujący zasadom prawdopodobieństwa (może poza przykładem z poprzedniego akapitu), w którym człon „science” znacznie przeważa nad „fiction”. Z satysfakcją dzieło to obejrzy więc inżynier lotów kosmicznych, astronom czy w końcu astronauta. Najważniejsze jednak, że próby naukowego uprawdopodobnienia obrazu nie odbyły się kosztem dramaturgii i wizualnej atrakcyjności filmu. Jak przecież wiadomo, studiując zwłaszcza przypadek ekranizacji prozy Stanisława Lema, te dwa aspekty raczej rzadko idą ze sobą w parze.

„Grawitacja” to opowieść o heroicznej egzystencji człowieka we wszechświecie, jego samotności wobec ogromu kosmosu, strachu przed zerwaniem więzi z drugim człowiekiem i potrzebie jego obecności, także wówczas, kiedy zarzekamy się, że chcemy być zupełnie sami.  Bohaterowie filmu panicznie boją się zerwania lin łączących ich z macierzystym statkiem i zaopatrujących w niezbędny do życia tlen. Symboliczna pępowina zapewniająca poczucie bezpieczeństwa daje jednak tylko złudzenie grawitacji. Żeby stanąć na własnych nogach i doświadczyć pełni życia, trzeba ją przeciąć. Owo przecięcie pozwala także na zerwanie z dotychczasowym życiem i uwolnienie się od piętna przeszłości.
„Grawitacja” („Gravity”). Reżyseria: Alfonso Cuarón. Obsada: Sandra Bullock, George Clooney. Gatunek: dramat / science fiction. Produkcja: USA / Wielka Brytania 2013, 90 min.