Wydanie bieżące

15 października 20 (236) / 2013

Maciej Duda,

RODZINNY BIZNES!

A A A
Emily i Anne Brontë nie było! Tzn. były, żyły w historycznym sensie tego stwierdzenia, ale nie w literackim, a właściwie historycznoliterackim sensie, w jakim odbieramy je jako czytelnicy i czytelniczki ich prozy. Tak brzmi hipoteza (w przypadku brontëańskiej legendy możemy mówić właściwie tylko o przepuszczeniach) Etyka Ostrowskiego, którego książka „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” wzbogaca zarówno cykl polskich brontëanów, jak i serię wznowień, a właściwie wydań nowych tłumaczeń powieści sygnowanych przez trzy siostry z Haworth.

Ostatnią ważną rodzimą pozycją opisującą i budująca w Polsce legendę sióstr Brontë była książka Ewy Kraskowskiej pt. „Siostry Brontë”. Wcześniej przeczytać mogliśmy nieprzecenione opracowanie Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej „Na plebanii w Haworth” oraz wstęp, jaki do wydania „Wichrowych wzgórz” sygnowanego przez Bibliotekę Narodową napisała Bronisława Bałutowa. Dwa ważne tytuły i bogate krytyczne wprowadzenie zarówno interpretujące treść, jak i ukazujące recepcję następującej po nim powieści to naprawdę niewiele. Anglojęzyczne brontëanalia ilościowo doskonale przerosły już twórczość sygnowaną nazwiskiem sióstr. Nawet jeśli do siedmiu oficjalnie wydanych powieści dołożyć dwa niedokończone rękopisy Charlotte, stos jej młodzieńczych pism oraz tom poezji całej trójki poetek, to porównanie tego zestawu do ogromu powstającej literatury o literaturze wypada dla tej ostatniej nader niekorzystnie. Ogrom anglojęzycznych opracowań skontrastowany z powyżej pobieżnie zestawionym wykazem polskich badań doskonale ukazuje puste miejsce, które z powodzeniem wypełnia praca Ostrowskiego. Ta sześciuset stronicowa monografia, biografia oraz próba odczytania i przybliżenia nam wyboru tez z anglojęzycznej eseistyki dotyczącej rodzinnej twórczości rodzeństwa Brontë w jednym, okraszona została ogromem cytatów, przytoczeń oraz przedruków ilustracji i wizerunków opisywanych postaci. Dzięki temu wydaje się dziełem kompletnym, a jednocześnie odsyłającym do samodzielnego pogłębiania wskazanych w nim źródeł. Dodatkowo całość zamyka bogate kalendarium oraz zestaw – pierwszy raz ukazujących się w Polsce – tekstów kreślonych ręką Charlotte Brontë: „Szkicu biograficznego Ellisa i Actona Bellów” oraz wstępów do pośmiertnych wznowień powieści i wierszy jej sióstr. Te wszystkie elementy oraz bogaty aparat przypisów (choć niedokładny; bez wskazania konkretnych stron źródeł) uprawomocniać ma rozpoznania badaczek i badaczy zebrane przez Ostrowskiego. Ów faktograficzny aparat podtrzymać ma naszą wiarę w prawdziwość przytaczanych historii i ich wersji, jakby uprzedzając możliwość i chęć nadmiernego fabularyzowania i kreowania, które niewątpliwie w czytelnikach i czytelniczkach rozbudza sama legenda sióstr. Ów faktograficzny aparat jest także rewersem stylu, który proponuje nam Ostrowski. Styl twórcy i badacza poezji opiera się na obrazowaniu wielokrotnie wykorzystującym metafory, emfazy i powtórzenia, które choć trafne, sprawiają wrażenie nadmiernie eksponowanych. Pewne zdania-powtórzenia pojawiające się w kolejnych rozdziałach wydają się zdradzać odległe momenty tworzenia kolejnych części, jakby autor pisał swój tekst partiami, z długimi przerwami, wciąż szukając, doczytując, próbując złożyć fakty i zapisy w jedną całość. Jakby Ostrowski wciąż od nowa pisał tę historię i chciał zawrzeć w niej najważniejsze dla niego oceny twórczości sióstr. Owe zdania-powtórzenia traktować można także jako zwykłe redakcyjne przeoczenie, a nie jako zamierzony wynik czytania wciąż na nowo tych samych powieści, listów, zapisków i próby ułożenia z nich kolejnych konstelacji, uzupełnienia braków, wypełnienia realnym życiem owych literackich życiorysów Anne i Emily, o których wiemy naprawdę niewiele. Obie zostawiły po sobie zaledwie kilka listów, wierszy i powieści (jeśli te ostatnie rzeczywiście zostały przez nie napisane).

„Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” to wreszcie intrygujący wynik literackiego śledztwa opartego na poszlakach. Śledztwa, które zadowoli zarówno literaturoznawców, jak i czytelniczki i czytelników czytających z pasją. Jednak w tym miejscu, poza ujawnieniem powyższej hipotezy, wedle której Anne i Emily nie napisały swoich powieści, nie odsłonię kolejnych badawczych kroków i intuicji czy supozycji narratora-detektywa. Zamiast tego zajmę się drugą stroną ukazanego medalu i na podstawie książek Ostrowskiego oraz Kraskowskiej spróbuję zastanowić się nad tym, dlaczego Charlotte Brontë chciała zafundować nam tak piękne literackie kłamstwo, zwane legendą sióstr z wrzosowisk, dlaczego tak misternie stwarzała projekt, którego nie było.

Literacka kreacja nie jest czymś zaskakującym. Z pewnością dzisiaj trudniej jest utrzymać raz wypracowany, raz ufundowany obraz autora/autorki. Trudno też w tajemnicy zachować stelaż tego obrazu. W XIX wieku informacje i plotki krążyły jednak wolniej a słowo górowało nad obrazem. Dziś, tak jak wówczas, rynek księgarki rządzi się podobnymi prawami jak inne rynki zbytu. Autorska kreacja jest bardzo ważna. Można to zaobserwować, przyglądając się karierze Katarzyny Grocholi czy patrząc na wizerunek Szczepana Twardocha i porównując ostatnie dwa lata jego twórczego i medialnego życiorysu z latami i publikacjami wcześniejszymi. Zestawiając je, łatwo dostrzeżemy wyraźne zmiany w kreacji jego osoby oraz twórczości. Ale cofnijmy się do XIX wieku.

Opisując życie i twórczość Marii Konopnickej, Lena Magnone wykorzystała podobny do Ostrowskiego zestaw narzędzi badawczych, skupiła się na ujawnieniu autokreacyjnych działań tytułowej bohaterki swojej książki. Według badaczki Konopnicka doskonale budowała i sterowała swoim wizerunkiem – najpierw młodej poetki, a później narodowej wieszczki. Ze względu na decyzje samej poetki w ówczesnej prasie, a co za tym idzie także w dzisiaj badanych źródłach, wizerunków pisarki jest niewiele i właściwie ograniczają się do dwóch jej podobizn – pierwszej z czasu debiutu oraz drugiej ukazującej ją w wieku dojrzałym – w momencie, w którym Konopnicka uhonorowana została tytułem narodowej wieszczki. W ten sposób w oczach odbiorców przez długi czas funkcjonowała jako młoda, obiecująca poetka, która z biegiem czasu, naturalnie dojrzewając, od razu przeistacza się we wspomnianą narodową wieszczkę. Podobnie niewiele wizerunków zostało po Charlotte Brontë, po jej siostrach jeszcze mniej. Lena Magnone dowodzi, że sposób kreacji Konopnickiej dziś odczytać można jako czytelną strategię kobiety pisarki, która zabezpieczyć musiała byt swojej rodziny, pisarki, której prace musiały być kupowane i czytane, w czym przeszkodzić mogłyby społecznie nieakceptowane prywatne wybory samej pisarki (rozwód i wieloletnie wspólne życie z Marią Dulębianką) oraz przygody, w jakie wplątywały się jej dzieci. Eryk Ostrowski podobnie portretuje Charlotte Bontë. Badając pozostawione po niej juwenilia, listy i powieści, kontrastuje je z pismami jej sióstr, a właściwie z ich brakiem. Sprawdza, co i jak zostało opublikowane, a co zniszczone, wymazane. To nasuwa hipotezę, że siostry, mimo że istniały i mimo tego, że Charlotte w kilku miejscach – literacko – oddać próbowała ich charaktery, tak naprawdę wcale nie napisały sygnowanych przez siebie powieści. Właściwie dziś nie jest ważne, czy to prawda, czy tylko iluzja oparta na eseistycznych rozpoznaniach anglojęzycznych badaczek i badaczy literatury. Ich lektura, jak udowadnia Ostrowski, nastręcza zresztą wiele trudności, raz się uzupełniając i nadpisując kolejne sensy, innym razem sobie przecząc. W tym zapewne cały smak brontëańskiej legendy. Mimo wszystko wypada jednak spróbować odpowiedzieć na postawione pytanie – dlaczego Charlotte miałaby fundować nam wszystkim swoją wersję literackiej legendy trzech sióstr? Jaki miała w tym cel?

Powodów może być kilka. Opierając się na intrygujących sugestiach Michele Carter zawartych w jej „Charotte Bronete’s Thunder: The Truth Behind the Bronte Sisters’ Genius”, Ostrowski sugeruje, że stworzone przez siostry literackie światy miały realne odbicie w bliskim otoczeniu plebanii w Hawort. Według doniesień Carter oraz badań lokalnych kartotek zbrodnie przenikające na karty „Wichrowych wzgórz” mogły się wydarzyć w realnym otoczeniu małego miasteczka, w którym ważniejsze od lokalnych władz miały być wpływy masońskich ugrupowań. Ponoć miejscowa ludność nie siliła się szukaniem sprawiedliwości w sądach, zamiast tego wymierzała ją samodzielnie, a jeśli dodać do tego spartańskie warunki ich egzystencji, dzięki którym w regionie utrzymywała się wysoka śmiertelność, sprawa gmatwa się jeszcze bardziej, ponieważ na wynik braku społecznego porządku – wysoką śmiertelność mieszkańców – nałożona zostaje soczewka biedy, ubóstwa i braku wykształcenia, co idealnie ukrywać miało prawdę o nieokrzesanych, dzikich i masońskich praktykach sąsiadów oraz członków rodziny Brontë. Ponoć Charlotte, opisując to wszystko wspólnie z Branwellem w juweniliach, a później (także wspólnie) w „Wichrowych wzgórzach”, mogła obawiać się, że ich lektura sprowadzi na nią cios miejscowej ludności. Stąd jej ukrycie, najpierw pod męskim nazwiskiem, później pod imieniem siostry, której nic już nie groziło. To tylko jeden z argumentów. Rozpoznania Michele Carter są równie intrygujące, co irytujące. Jednym z jej tropów staje się także  odszyfrowywanie literackich treści jako masońskich komunikatów, które wysyłała Charlotte. Tutaj komplikacja interpretacji jest tak olbrzymia, że czytelnicy i czytelniczki Carter muszą samodzielnie ocenić wyniki poszukiwań badaczki oraz ich przytoczeń dokonanych w książce Ostrowskiego. Mnie rozpoznania Carter przypominają książki Dana Browna, który także przepisuje znane historie/teksty/legendy, ujawniając ich drugą, tajemną, opartą na spiskowej teorii dziejów naturę. Może taka moda? Podobnie jak na pisanie monografii, które nie tyle mają opisywać życie i twórczość tytułowych bohaterów, co ujawniać mechanizmy konstruowania odbić ich postaci. Widać dziś właśnie kwestia stwarzania i szukania rynkowych stelaży podtrzymujących twórcze konstrukcje jest dla nas ciekawsza niż sama literatura. Albo to tylko kwestia języka, przy pomocy którego ją opisujemy. Choć akurat od tej ostatniej Ostrowski nie stroni – nie może, literatura to właściwie jego jedyne oparcie, zarówno powieści i listy sióstr Brontë, jak i biografia Charlotte Brontë pióra Elizabeth Gaskell i dalsze prace badaczek i badaczy jej twórczości.

Dla mnie najistotniejszym – literacko i kulturowo – argumentem za celowym konstruowaniem literackich obrazów autorów a dalej autorek powieści sygnowanych nazwiskiem Brontë jest ich (jej?) płeć. Opierając się na badaniach i historycznych źródłach, łatwo dowieść można, że w XIX wieku na rynku literackim łatwiej zaistnieć było mężczyźnie niż kobiecie. Kobieca literatura nie była ceniona i traktowana poważnie. A o poważną lekturę swoich książek walczyła właśnie Charlotte Brontë. Pisanie, zwłaszcza takich książek jak „Wichrowe wzgórza”, nie przystawało kobiecie. Dziś, dzięki nowym tłumaczeniom owych powieści, mamy doskonałe argumenty podtrzymujące tę tezę. Czytając nowe przekłady (ich próbki zawiera tekst Ostrowskiego), doskonale widać, że nie tylko temat, ale i sam język powieści dalece wykraczał poza styl ówczesnego pisania. Inkrustowanie tekstów przekleństwami, ukazywanie językowych błędów, które charakteryzują ekonomiczny i intelektualny status postaci, częstokroć ironicznie je ośmieszając, nie przystawało córkom proboszcza. Ta historyczno-literacka argumentacja Ewy Kraskowskiej, którą powtarza Ostrowski, jest przekonująca. Jeśli jednak całość rozpisywać miała Charlotte, to po co było wciągać w tę historię siostry? Mógł przecież istnieć jeden Bell/Brontë. Tutaj kilka istotnych argumentów dodaje Ostrowski. Przede wszystkim miały być to argumenty natury ekonomicznej. Chodzić mogło o prostą chęć zabezpieczenia bytu siostrom, które średnio radziły sobie w życiu. Były samotne i powinny być samodzielne. Niestety ich kolejne projekty – otwarcie szkoły dla dziewcząt czy opieka i nauczanie córek zamożniejszych rodzin często kończyły się fiaskiem, albo nie trwały tak długo, jak powinny. Stąd chęć pisania na konto każdej z trójki sióstr. Zabezpieczenia ich bytów. Dodatkowo, jak to często bywa w przypadku kłamstw, historia tworzona przez Charlotte mogła się zapętlić, nawarstwić, co wymagało wymyślenia kilku literackich bytów, tylko po to, by początkowo równolegle podpisywane z różnymi wydawcami umowy miały pokrycie, tak by każdy z nich nie rościł sobie praw do następnej napisanej przez Charlotte powieści, tak by wybór, gdzie wydać kolejną powieść (pod którym pseudonimem ją opublikować), należał do samej autorki. W tym właśnie kontekście możemy mówić o tytułowym rodzinnym biznesie.

Zestawy społecznych, kulturowych i rynkowych argumentów są tylko czubkiem góry lodowej, którą próbuje odsłonić nam Ostrowski. Poza nimi przez „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” prześwituje równie intrygująca płaszczyzna psychologiczna, zarówno samych bohaterek powieści sygnowanych nazwiskiem Brontë, jak i tej, o której wiemy najwięcej – Charlotte, jej twórczych stanów, które znamy dzięki jej pamiętnikowi, listom i powieściom. Ta płaszczyzna pozostaje bez diagnozy, stawia więcej pytań niż odpowiedzi. Jak zresztą cała legenda sióstr i hipoteza przytoczona na początku tego szkicu. Być może właśnie dlatego, mimo upływu stu sześćdziesięciu lat od powstania jej tekstu założycielskiego – „Szkicu biograficznego Ellisa i Actona Bellów” – legenda wciąż się broni.
Eryk Ostrowski: „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”. Wydawnictwo MG. Kraków 2013.