Wydanie bieżące

1 listopada 21 (237) / 2013

Andrzej Ciszewski,

NIESTRAW(IE)NI

A A A
Wydania DVD
Słaniający się na nogach mężczyzna w średnim wieku (Humberto Yáñez) niepokoi swoim zaniedbanym wyglądem, lekko obłędnym spojrzeniem oraz chorobliwym grymasem na twarzy, odsłaniającym brzydkie, choć na oko wyjątkowo ostre zęby. Kiedy w wyniku silnego krwotoku nieznajomy umiera na terenie galerii handlowej, przykry „incydent” przechodzi bez większego echa – jednak nie dla rodziny denata (ubogiego zegarmistrza), której zapewniał skromny wikt i opierunek. Pozostawiona bez środków do życia wdowa Patricia (Carmen Beato) wraz z trójką pociech nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Problemem nie jest bynajmniej brak pieniędzy, lecz pożywienia. Wszak meksykańska familia przyzwyczajona jest do specyficznej diety, bogatej w ludzkie mięso, w dodatku nierozerwalnie związanej z pieczołowicie przestrzeganym obrządkiem. Teraz, gdy główny „myśliwy” oraz mistrz ceremonii w jednej osobie przeszedł w stan wiekuistego spoczynku (a może potępienia, kto wie), nową głową rodziny zostaje starszy z braci, nastoletni Alfredo (Francisco Barreiro). Choć brak mu jakiegokolwiek doświadczenia w krwawej profesji, wyrusza on na łowy wraz z wyjątkowo impulsywnym Juliánem (Alan Chávez). Jak łatwo zgadnąć, przebieg polowania dalece odbiegnie od początkowych założeń, zaś finał tego zbrodniczo-kulinarnego przedsięwzięcia… pozostawmy w sferze niedopowiedzenia.

„Jesteśmy tym, co jemy” to pełnometrażowy debiut reżyserski Jorge Michela Grau, do tej pory specjalizującego się w produkcji filmów dokumentalnych oraz programów edukacyjno-kulturalnych. Zgodnie z intencją autora, osadzona w realiach Mexico City opowieść o dramatycznych perypetiach familii kanibali miała pełnić rolę krwawej alegorii, ukazującej kryzys klasy niższej, a także postępujący rozpad instytucji rodziny. Gdy dorzucimy do tego wątek alienacji, represjonowanego homoseksualizmu, kazirodczego uczucia oraz rywalizacji między rodzeństwem, otrzymamy w finale… no właśnie, co? Ku szczeremu zdziwieniu, bynajmniej nie jeden z najwybitniejszych dreszczowców sezonu. W dodatku wcale nie tak oryginalny i nowatorski w formie, jak szumnie głoszą reklamowe slogany: fabuła filmu bardzo przypomina bowiem historię znaną z „Hamiltonów” (2006) spółki The Butcher Brothers, gdzie po zagadkowej śmierci rodziców czwórka (nie całkiem normalnego) rodzeństwa stara się przetrwać za wszelką cenę.

Dzieł(k)o Jorge Michela Grau ogląda się jak mroczną, ale całkiem przewidywalną telenowelę lub (w najlepszych momentach) niczym średniej klasy dramat psychologiczno-obyczajowy. Co gorsza, nie sposób identyfikować się z bohaterami, choć odtwórcy głównych ról nie najgorzej wywiązują się ze swojego zadania. Carmen Beato przekonuje jako surowa rodzicielka nieproporcjonalnie rozdzielająca łaski między swoje potomstwo, upatrująca w pieczołowitym przestrzeganiu makabrycznego rytuału gwarancji bezpieczeństwa oraz stabilności rodziny. A ta bez dwóch zdań znajduje się w fazie upadku, w czym spora zasługa wciąż podsycanego konfliktu między matką a jej potomkiem (niezła interpretacja Francisca Barreiro) o prawo do decydowania o dalszych losach rodu. Spór prowadzi zresztą do dramatycznego finału, na którego przebieg znaczący wpływ wywrą krewki Julián (sugestywny występ Alana Cháveza) oraz ich siostra, Sabina (przekonująca Paulina Gaitan). Jednak, mimo starań młodych aktorów, w pamięci widza ma szansę pozostać na dłużej głównie humorystyczna kreacja Hiszpana Daniela Giméneza Cacho, który po występie w słynnym „Cronosie” (1993) Guillermo del Toro ponownie wcielił się w postać patologa Tito.

Oddając sprawiedliwość Jorge Michelowi Grau, trzeba zaznaczyć, iż pomimo „soczystego” tematu jego dzieło trudno wpisać w nurt szalenie modnej ostatnimi laty filmowej pornografii tortury. Drastyczne sceny nie są tu bowiem najważniejsze – de facto znajdziemy tu ich stosunkowo niewiele, a ich wykonanie bazuje bardziej na sugestywnym niedopowiedzeniu niż epatowaniu sadystycznym okrucieństwem. Wwiercające się w ucho smyczkowe pasaże Enrico Chapela oraz ciężkie kompozycje bułgarskiego zespołu Odd Crew nieźle współgrają z posępnymi zdjęciami Santiago Sancheza. Ciekawym efektem dźwiękowym jest powracający motyw tykających zegarów, odmierzających czas pozostały do spełnienia kanibalistycznego rytuału, ale symbolizujących również nieuchronność nadchodzącej tragedii.

Pomimo obiecującego początku oraz kilku prób polemiki z gatunkiem film Grau pozostaje niespełnioną obietnicą, dającą zaledwie przedsmak tego, czym ów temat mógłby się stać w rękach bardziej doświadczonego twórcy. Mówiąc krótko: „Jesteśmy tym, co jemy” stwarza pozory wyszukanej uczty, skrywającej w swej obfitości może nieco mniej standardowy, choć wciąż ciężkostrawny fast food, na który jednak już złakomili się Amerykanie, przygotowując jego remake. Także bez kuchennej rewolucji.
„Jesteśmy tym, co jemy” („Somos lo que Hay”). Scenariusz i reżyseria: Jorge Michel Grau. Obsada:  Francisco Barreiro, Alan Chávez, Paulina Gaitán, Carmen Beato, Jorge Zarate, Esteban Soberánes, Daniel Giménez Cacho, Juan Carlos Colombo. Gatunek: horror / dramat. Produkcja: Meksyk 2010, 90 min. Dystrybucja: Kino Świat.