Wydanie bieżące

1 listopada 21 (237) / 2013

Przemysław Pieniążek,

(NIE)PRZYPADKOWY TURYSTA

A A A
Współczesna Manila to korporacyjne biurowce, banki, ekskluzywne hotele oraz nowoczesne osiedla mieszkaniowe. Jednak za niewidzialną linią demarkacyjną rozciąga się strefa Onyksu, dzielnica slumsów będąca najbardziej wstrząsającym zakątkiem filipińskiej stolicy. Widok rodzin mieszkających w tekturowych barakach, do cna przepełnionych ruderach lub po prostu na ulicy są tutaj nieodłącznym elementem krajobrazu, podobnie jak sepultereros (opiekunowie mogił), dla których cmentarz jest codziennym schronieniem oraz miejscem bynajmniej nie wiekuistego spoczynku. Regularne walki gangów, prostytucja, brak antykoncepcji oraz boom demograficzny niechcianych dzieci od najmłodszych lat zmuszanych do zbierania złomu (sprzedawanego potem w lokalnych junk shopach) dopełniają obrazu nędzy i rozpaczy.

W tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu dzieci (w większości przypadków sieroty) bardzo szybko dorastają, jeżeli oczywiście uda im się przeżyć. Najmłodsi rezydenci Onyksu masowo bowiem umierają z powodu chorób dróg oddechowych lub giną pod kołami rozpędzonych pojazdów, nie mówiąc już o śmiertelnych przypadkach przemocy domowej, niejednokrotnie związanych z aktami gwałtu. Doprowadzona do ekstremum zasada doboru naturalnego znajduje potwierdzenie w masowej pladze samobójstw (wieszanie w przypadku mężczyzn, połykanie toksycznych płynów przez zdesperowane kobiety), które tutaj nikogo nie dziwią.

To właśnie do tego miejsca przybył fotograf Grzegorz Wełnicki, szukający po śmierci swojego ojca kontaktu z ludźmi żyjącymi wśród grobów. Choć prace nad terapeutycznym materiałem nie przyniosły oczekiwanego efektu, mężczyzna odnalazł zupełnie nowe źródło inspiracji. W czasie pobytu w Manili zamieszkał bowiem u Josephine Vergary, „kobiety-drzewa” o ciele szczelnie pokrytym torbielami. Bezradność miejscowych lekarzy w obliczu zagadkowej choroby sprawiła, że młody fotograf postanowił pomóc przyjaciółce, próbując zorganizować zbiórkę pieniędzy oraz nagłośnić sprawę w rodzimych mediach. Temat podjął Wojciech Tochman, urodzony w Krakowie reporter od ponad dwudziestu lat  związany z „Gazetą Wyborczą”, który razem z Wełnickim poleciał do Filipin, by na własne oczy przekonać się o jakości egzystencji mieszkańców ludzkiego wysypiska, piętrzącego się w cieniu jednego z największych miast świata.

„Eli, Eli, lema sabachtani?” – początek jednego z siedmiu zdań wypowiedzianych przez Chrystusa na krzyżu patronuje reporterskiej opowieści polskiego dziennikarza przysłanej prosto z miejsca, od którego (jak sugeruje autor) Bóg dawno się obrócił. Twórca „Schodów się nie pali” prowadzi czytelnika ulicznym labiryntem Onyksu, snując fragmentaryczną, pełną sensualnych opisów oraz nie stroniącą od kolokwialnego tonu, chwilami mocno cyniczną narrację. Reporter przeplata ją refleksjami przewodnika międzynarodowej „wycieczki” oraz gorzkimi historiami napotkanych osób, szczerze rozprawiających o własnej przeszłości, teraźniejszości oraz mało optymistycznej przyszłości.

Tochman wnikliwie odnotowuje spostrzeżenia na temat norm obyczajowych, lokalnych zwyczajów czy niepisanych praw ulicy, pokrótce przywołując kolonialną historię Filipin, jak również prowokując do zadumy nad (nie)zmieniającym się na przestrzeni wieków modelem spotkania z Innym. Twórca „Jakbyś kamień jadła” kilkukrotnie zwraca uwagę na kwestię odpowiedzialności reportera względem bohatera dziennikarskiego materiału, żywego człowieka, który jest dla piszącego i źródłem, i tworzywem. Podkreśla, że autor reportażu jest mądry cudzą mądrością (często bezwiednie przyjmując jako własne przemyślenia osób, z którymi rozmawiał), mało tego – „zabiera” życie swoich interlokutorów, odtwarzając je potem w subiektywny sposób, przez co intencje redaktora oraz bohatera jego tekstu wcale nie muszą być tożsame.

Równocześnie na kartach „Eli, Eli” Wojciech Tochman stawia niewygodne pytanie o to, gdzie kończą się granice bezkarnego patrzenia na ludzką niedolę. Diagnozując kondycję współczesnej moralności oraz jej związków z technologicznym rozwojem nowych mediów, sięga po przykłady szokujących fotografii, na których los drugiego człowieka jest sprawą drugorzędną, ustępując pola walorom estetycznym (takim jak choćby dramaturgiczna kompozycja zdjęcia). Autor „Wściekłego psa” razem z Grzegorzem Wełnickim oskarżają, choć mają pełną świadomość, że sami mogą zostać zaliczeni w poczet oskarżonych. Poruszające zdjęcia polskiego fotografa – niewątpliwie wysmakowane, melancholijne, świadomie stylizowane – powinny  budzić podobny sprzeciw do tego, który stał się udziałem autorów recenzowanej publikacji. Okolicznością łagodzącą jest fakt, że motywacja ich działań jest zgoła odmienna.

Pytając o kwestię winy/niewinności reportera, fotografa oraz widza Wojciech Tochman zwraca się z apelem do wszystkich (nie)przypadkowych turystów „polujących” na unikalne przebłyski ludzkiej niedoli czy odmienności, nakazując im (nam, a przy okazji samemu sobie) odwrócić w newralgicznym momencie obiektyw w geście autorefleksji oraz solidarności z bliźnim, niezależnie, czy jest to mieszkaniec filipińskiej dzielnicy nędzy, czy ktoś z najbliższego otoczenia. Lektura oraz estetyczna kontemplacja albumu „Eli, Eli” jest niczym zadra wbijająca się w gąbczastą tkankę mózgu – po chwilowym szoku ból łagodnieje, ustępując miejsca tępemu pulsowaniu, potem lekkiej nudności, do której można się przyzwyczaić, ba, nawet o niej zapomnieć. Ale w każdej chwili, zgoła nieoczekiwanie, ból może zamanifestować swoją obecność ze wzmożoną siłą, wobec której nie możemy pozostać obojętnymi.     
Wojciech Tochman, Grzegorz Wełnicki: „Eli, Eli”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.