Wydanie bieżące

1 listopada 21 (237) / 2013

Patryk Szaj,

ŚWIETLICKI OD NOWA

A A A
„Jeden” – pierwsza książka poetycka Marcina Świetlickiego od czasu zbiorowego wydania „Wierszy” – przywodzi na myśl coś w rodzaju dziennika intymnego głównie z powodu osi konstrukcyjnej: oto zostajemy dopuszczeni do osobistych zapisków obejmujących mniej więcej rok, wkraczamy w świat podmiotu lirycznego, poznajemy jego przeżycia i emocje. Czego zatem się o nim dowiadujemy?

Gdyby pytanie to rozumieć w kontekście „nowego otwarcia”, o którym pisali niemal wszyscy recenzenci (do czego zresztą prowokuje zarówno czas wydania tomiku: po dziełach zebranych, jak i jego tytuł), odpowiedzieć by trzeba, że właściwie niewiele. To nadal ten sam Świetlicki, wierny własnemu idiomowi poetyckiemu, na tyle wszakże szerokiemu, że wciąż – raz po raz – zaskakującemu, podtrzymujący legendę flâneura i bywalca krakowskich knajp, niespecjalnie też rezygnujący z łatki poety postromantycznego. Gdyby jednak potraktować „Jeden” (Jednego?) z osobna, skupiając się właśnie na jego jednostkowości, na opowiadanej przezeń historii, odpowiedź niekoniecznie będzie już tak oczywista.

Po słabszych, doraźnych „Niskich pobudkach”, Świetlicki złapał bowiem drugi, głęboki oddech. Jego bohatera poznajemy jako wyrzutka – kogoś, kto wypadł poza dywan, na którym Bóg-dziecko bawi się ludzkimi figurkami („Piosenka Boga”). Znajdując się niejako poza tą zabawą w świat, podmiot z niechęcią (ale i zazdrością) spogląda na drobnomieszczański ład, oparty na misternych (raz na jakiś czas zacinających się wszakże) trybach porządku społecznego („Śrubka”), nie potrafi dostosować się do reguł rządzących relacjami międzyludzkimi, choć posiada teoretyczną wiedzę na temat ich funkcjonowania: „Umiem mówić miłość. / Umiem te gesty. Umiem te wybiegi. / Kłopot z miłością. Poprzez umiejętność / przedziera się niepewność. Samotność przeziera. […] / I mam za ostry zarost, nie znam lekarstw, znam lęk” („Kłopot z miłością”). Samotność bohatera wynika zatem – przede wszystkim – z nieumiejętności oszukiwania, dostosowania się, wejścia w przygotowaną dla siebie rolę (wrażenie gry czy też nierealności czasem przybiera wręcz postać łagodnej paranoi, jak w wierszu „Spisek”).

I cóż, pierwsze miesiące, w których towarzyszymy bohaterowi Świetlickiego – od przedwiośnia aż do, mniej więcej, końca czerwca – są przeraźliwie depresyjne. W „Suchych mejlach” podmiot uskarża się na samotność paradoksalną formułą: „jeśli nie przestaniesz / nie istnieć, obiecuję, nie dotrę na pogrzeb”, w „Czarnych dniach” skrzypienie podłogi kojarzy mu się z płaczem upiornego, nienarodzonego Pinokia, w „Złych czasach” „we śnie stopę na sercu stawia miasto”. Wszędzie czai się widmo śmierci. Okazuje się, że „nie ma nikogo prócz psa” („Marzec 2012”), i choć pies ten utrzymuje bohatera przy życiu, to jednocześnie demaskuje jego samotność – sierść widoczna na czarnym ubraniu nie pozostawia złudzeń: „Na czarnym / widać gdzie. Widać z kim / dziś spał”, a sformułowanie „cały w psie” nagle ulega metaforyzacji, konotuje frazeologizmy w rodzaju „psi los”, „psia pogoda” – stając się wyrazicielem lęku egzystencjalnego.

Bohater Świetlickiego, choć oczywiście „gdzieś” mieszka (to „gdzieś” jest nawet dość konkretne: „dwadzieścia pięć ostatnich lat / mieszkałem z kobietami, / a teraz mieszkam całkiem sam / Na Kazimierzu”), w gruncie rzeczy jest bezdomny: nigdzie u siebie („nie opuszczam domu, / ale czuję, że dom mnie powoli opuszcza”), wszędzie tylko przejazdem, na chwilę („I nie mieszkam, a bywam. Odbywam / i przerywam”), obecny gdzie indziej ciałem, gdzie indziej duchem („A w tym tutaj mieście / ja już nie jest. Ja siada na granicy torów / rozdziera się”). Bezdomność warunkuje bowiem problem z własną tożsamością („Jedność”), ale jednocześnie, co ciekawe, skłania do euforycznego reagowania na widok domu (lub czegoś, co domem się wydaje), jak dzieje się w nieodparcie kojarzącym się z poetyką Mirona Białoszewskiego utworze „O, dom!”, pełnym wykrzyknień i zachwytów nad spektaklem zwyczajności.

Wyraźny przełom następuje w wierszu „Gotham”, gdzie refrenowa fraza „OPUSZCZAM GOTHAM / Z KOBIETĄ KOTEM!” pozwala wreszcie podmiotowi lirycznemu zluzować. Odtąd samotność zastąpiona zostaje towarzystwem, okresy depresyjne przeplatają się z momentami radości, a nawet euforii, pojawiają się (niepewne) obietnice „Nowego życia”. Pojawia się, po prostu, miłość. A o tym, jak bardzo do funkcjonowania potrzebny jest podmiotowi drugi człowiek – ktoś, kto obdarza i jest obdarzany uczuciem – świadczy fakt, że obecność bliskiej osoby „robi życie” („O.”), a jej zniknięcie na powrót wpędza bohatera w dekadencję („Zero jeden”, „Proste”). Podmiot Świetlickiego zdaje sobie chyba zresztą sprawę, że liczyć może tylko na relacje przygodne („Przedtem”), ale tym bardziej się na nie godzi, tym intensywniej kosztuje ich krótkotrwałość, tym mocniej stara się, żeby były udane: „znowu by się, / więc dookoła tego / się chodzi” („O śmierci, o miłości”).

Być może w zapiskach intymnych podmiotu lirycznego nie byłoby nic niezwykłego – opowiada przecież w gruncie rzeczy dość banalną historię – ale tym, co stanowi o ich wyjątkowości, jest, rzecz jasna, to, co Świetlicki robi z językiem. To właśnie w języku rozgrywa się wiele akordów poetyckiej maestrii „Jednego”. Przede wszystkim zauważyć więc należy, że język stanowi autentyczny problem dla podmiotu lirycznego – uwiera go, skłania do podjęcia refleksji nad nim, do wykraczania przeciw jego wyobcowującym regułom. Tak dzieje się na przykład w wierszach „Nie się” (tu gra toczy się o najwyższą stawkę!) czy „Nie nie” (tu też!). W drugim z nich hipostazowane „nie” uwidacznia zapośredniczające (a przeto alienujące) działanie języka, uniemożliwiającego autentyczne wypowiedzenie siebie, zmuszającego do eksplorowania swych niezbadanych przestrzeni w celu odnalezienia możliwie najbardziej adekwatnego środka wyrazu. Za takie eksploracje uznać można słowotwórczą inwencję podmiotu („Sienność”, „Rzucawka”, „Upiórczywość”), jego błyskotliwe (znów: jakby rodem z Białoszewskiego) „grzebanie” w słowach („Przeprowadzka”) czy też redukowanie wypowiedzi, oczyszczające ją ze zbędnych komunikatów znaczeniowych, gdy – by wyrazić na przykład euforię – wystarcza asemantyczne „fr” („Dziennik bez samogłosek”). Nic to, że wszystkie te działania skazane są na porażkę, skoro nawet dom – ten dom, w którym podmiot przebywa jedynie chwilowo, jedynie przejazdem – okazuje się konstruktem językowym.

Lecz jeśli już uznamy niemożność autentycznej wypowiedzi za „porażkę” podmiotu (to tylko jedna z możliwych interpretacji), bynajmniej nie jest to „porażka” Świetlickiego. „Jeden” wywołuje bowiem wrażenie niesamowitej lekkości pióra, tak że nic nie stoi na przeszkodzie, aby uwierzyć pojawiającemu się w jednym z wierszy zapewnieniu: „Piszę teraz / jak chłopiec. / Wylewa się / ze mnie”. I rzeczywiście, Świetlicki mnoży figury etymologiczne, paronomazje („tu nie ma osób, bo tu jest osobność”), aliteracje („koniec maja, pyli / i pali w oczy”), asocjacje („mnożą się, dzielą, odejmują sobie / od ust”), eufonie („nad morzem mrze orzeł”). Wszystko to prawie zawsze wychodzi świetnie, a za przykład posłużyć może nagromadzenie głosek szczelinowych i zwarto-szczelinowych z wiersza „Znów biało”: „Pogrzeby żywią żywych, żywych ożywiają / ziemia nieżyzna rozsuwa się wolno, / czyni szczelinę w sobie, a grabarze kaszlą, / a śnieg prószy, lukruje ceremonię, post / i śniegu pokost”. Po nie zawsze udanych grach słownych z „Niskich pobudek” brzmi to naprawdę świeżo, i nawet jeśli czasem koncept zazgrzyta (jak w „Wyższej matematyce”, gdzie Świetlicki myli krzyże z plusami), „Jeden” to z pewnością powrót krakowskiego poety do wysokiej formy.

A całość jakby na przekór utworowi „Stary poeta”, sugerującemu, że wszystko, co było do napisania, zostało już napisane, a także – że pisanie odbiera światu żywotność („nic nie jest potoczyste, nawet potok słów”). Bo jest w tym tomiku jeszcze coś, co stanowi o sile poetyckiej Świetlickiego: ironia, przez którą (dzięki której?) nie trzeba wierzyć w każde słowo podmiotu, choć niewątpliwie jest on wobec nas szczery. Wszak „konfesje / są prawdziwe, o ile są kłamstwem”.
Marcin Świetlicki: „Jeden”. EMG. Kraków 2013.