Wydanie bieżące

15 listopada 22 (238) / 2013

Magdalena Kempna-Pieniążek,

PODWÓJNY NELSON ZDRADY

A A A
Posterunkowy Tomasz Dzierżoń z rejonowej komendy policji odbiera zawiadomienie o popełnionym morderstwie. Chwilę później kilkuwątkowa retrospekcja zabiera nas w nie tak znowu odległą przeszłość, a zarazem w podróż do źródeł zbrodni. Sprawa wydaje się prosta, wręcz książkowo rozpisana: on jest wziętym pisarzem; ona – poślubiona przez niego lekarka – ma romans z jego bratem. On dowiaduje się o tym i postanawia wywrzeć na kochankach zemstę, nie zważając na konsekwencje – nawet te z nich, które wiążą się z jego ojcem, komisarzem policji. Historia krótka, a finał łatwy do przewidzenia – niekoniecznie jednak należy odczytywać to stwierdzenie jako zarzut.

Łukasz Bogacz i Wojciech Stefaniec eksploatują większość z, nomen omen, wyeksploatowanych już do granic możliwości, typowo noirowych motywów. Trafniejsze byłoby zresztą określenie: neo-noirowych, ponieważ ich dzieło nosi ślady postmodernistycznego przepracowania klasycznych wątków – niektóre kadry skrzą się ironicznym, wisielczym humorem, a sam fakt, że główny bohater, Robert Boganiec (nazwisko znaczące!), jest pisarzem kończącym akurat najnowszą powieść, zatytułowaną nie inaczej, tylko „Noir” (w finale wysyła ją zresztą do wydawnictwa timof i cisi wspólnicy), nadaje całości charakteru autotematycznej gry z materią tekstu. Także tytuł poprzedniej książki Bogańca – „Podwójny nelson zdrady” – zdaje się znaczący, stanowiąc zapowiedź wydarzeń prezentowanych na dalszych kartach komiksu.

Akcentuję tutaj ów autotematyczny wątek, gdyż ratuje on „Noir” od osunięcia się w jakiś wariant powierzchownej eksploatacji estetyki czarnych kryminałów, filmów oraz powieści graficznych. Kobieta fatalna, złe miasto (w tym wypadku przestylizowana Warszawa), po którego ulicach pałętają się wszelkiego autoramentu przegrańcy, na ogół zresztą nieprzebierający w słowach, zdrada, obsesja, seks i przemoc – oto zakres tematów wyznaczających horyzonty świata przedstawionego w „Noir”, a następnie powielonego w spin-offie zatytułowanym „Ludzie, którzy nie brudzą sobie rąk”. Wraz z tym wszystkim otrzymujemy zestaw konwencjonalnych noirowych sztuczek formalnych: subiektywizowaną narrację, często snutą spoza kadrów, przeplatanie wątków, nagłe ich urywanie i podejmowanie na nowo, wzmagające wrażenie ponurego fatum ciążącego nad bohaterami oraz nieuchronności czekającego ich złego końca. W pierwszym z omawianych tomów owa stylizacja została przeprowadzona sprawnie i w sposób mogący satysfakcjonować odbiorcę (przede wszystkim tego, który z fenomenami noir i neo-noir nie ma zbyt często do czynienia). W drugim jednak przewidywalna i pretekstowa fabuła służy już chyba tylko i wyłącznie jako tło dla gry z noirowymi kodami wizualnymi.

On – jak wyznaje jednemu z nieustannie paplających taksówkarzy – zajmuje się kombinowaniem. Oni – jego zleceniodawcy – są ekspertami w kwestii wszystkich grzechów głównych, a także tych pomniejszych. On dostarcza im tego, czego pragną – narkotyków, kompromitujących zdjęć lub danych wykradzionych z cudzych komputerów. To, że w ten sposób wikła się w niebezpieczne rozgrywki między nieoglądającymi się na żadne względy ludźmi, jest ryzykiem wpisanym w jego profesję. Ryzykiem, warto dodać, którego lepiej byłoby nie podejmować.

Scenariuszowe słabości wydanego już jako w pełni autorskie dzieło Wojciech Stefańca tomu „Ludzie, którzy nie brudzą sobie rąk”, paradoksalnie, ujawniają silne strony obu publikacji. A do ich atutów należy zaliczyć aspekty czysto graficzne. Czarno-białe kadry Stefańca nie przemówią być może do każdego, ale ich charakter z pewnością pracuje na rzecz ukonstytuowania iście noirowej atmosfery w obrębie obu tomów. I choć groteskowo-makabryczna estetyka długich narkotycznych wizji głównego bohatera „Ludzi…” nieszczególnie przypadła mi do gustu, to najprawdopodobniej znajdzie ona zwolenników wśród osób zdolnych docenić stojące za nią surrealistyczne tradycje.

Spowite cieniem i papierosowym dymem nieostre kadry, w których porządek nieustannie wkrada się nuta (zamierzonego) chaosu, oddają głębię egzystencjalnego mroku, w jakim tkwią bohaterowie obu dzieł. I nawet fakt, że rysy poszczególnych postaci wydają się tak bardzo rozmyte, iż niewprawne oko może mieć początkowo problem z ich identyfikacją, nie jest pozbawiony znaczenia, w symboliczny sposób oddając płynność i chwiejność ponowoczesnej tożsamości.

Niezwykła ekspansywność estetyki neo-noir, oddziałującej obecnie na wszystkie media (łącznie z telewizją, wideoklipami, grami wideo i muzyką), nasuwa często wątpliwość dotyczącą zasadności konstruowania kolejnych, mnożących się poza wszelką kontrolą, nawiązań do znanych (a często po prostu ogranych) motywów i formalnych chwytów. „Noir” i jego spin-off trudno byłoby uznać w tej mierze za powiew świeżości, a tym bardziej za próbę śmiałej reinterpretacji jakichkolwiek konwencjonalnych rozwiązań. Nie zmienia to jednak faktu, że z obcowania z elegancko i stylowo wydanymi dziełami Bogacza i Stefańca można czerpać przyjemność. Nawet jeśli będzie to satysfakcja związana tylko z wtórnym przepracowaniem rozpoznawanych na bieżąco podczas lektury motywów.
Łukasz Bogacz, Wojciech Stefaniec: „Noir”. Wydawnictwo timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2013.
Wojciech Stefaniec: „Ludzie, którzy nie brudzą sobie rąk”. Wydawnictwo timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2013.