Wydanie bieżące

15 listopada 22 (238) / 2013

Agata Stronciwilk,

OPOWIEŚĆ O DNIU POWSZEDNIM

A A A
Wystawa  „Dzień jest za krótki” w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu to zbiór autobiograficznych opowieści. Codzienność jest podstawową kategorią, wokół której zorganizowana została cała ekspozycja. Pojedyncze wypowiedzi artystyczne mają charakter intymnych mikronarracji. Dominuje w nich konkretność, obecność. Narracje te toczą się niejako tuż obok nas, na naszych oczach. Trzeba tylko wytężyć słuch, by uważnie wniknąć w szept codzienności. Niestety, niewielu z nas posiada taką umiejętność. Artyści prezentowani na wystawie opanowali ją jednak do perfekcji.

Codzienność stanowi fundament naszego istnienia. Paradoksalnie jednak, będąc tym, co podstawowe i niezbywalne, staje się jednocześnie niedostrzegalna. Funkcjonuje jako to, co najtrudniej jest nam zwerbalizować. Powtarzalność, rutyna i „nieciekawość” codziennych wydarzeń sprawiają, iż trudno jest nam stworzyć narrację dotyczącą tego, co zwykłe. Co więcej, jesteśmy przekonani, iż taka narracja nie jest potrzebna. Opowiadać wszak należy wyłącznie o tym, co niezwykłe, o tym, co wyraźnie wybija się na tle powszedniej rutyny. Narracja dotyczącą tego, co zwyczajne, wydaje się z góry skazana na nudę. Nikt przecież nie chce słuchać nudnych opowieści, dlatego w towarzystwie lepiej nie opowiadać o tym, jak sprzątało się mieszkanie lub kupowało pomidory. Opowiadać o codzienności to skazać się na towarzyską i społeczną ekskluzję. Na opowieść zasługuje tylko to, co wyjątkowe, co przerywa rutynę, co z pewnością zaciekawi innych. Najważniejszą regułą narracji staje się dążenie do unikania nudy, która – wraz ze stagnacją i bezruchem – stanowi współcześnie synonim nieudanego życia.

Codzienność, która jest fundamentem i materią naszego życia, wymyka się opisowi i postrzeganiu. Wydaje się „wyprana” ze znaczeń oraz sensów. Jednocześnie to właśnie codzienność nas kształtuje. Nasza tożsamość skonstruowana jest w oparciu o to, co zwyczajne. Pozornie błahe i drobne czynności decydują o tym, kim jesteśmy. Jak zauważała Jolanta Brach-Czaina, nasze życie upływa na drobiazgach. Skoncentrowane jest wokół tego, co niewielkie, teraźniejsze, obecne. Życie to przede wszystkim codzienna „krzątanina”. Dopiero na jej tle wyodrębniamy wydarzenia niezwykłe, poruszające i chcemy wierzyć, że to właśnie one są właściwą treścią naszego istnienia. Jest jednak przeciwnie – naszą egzystencję stanowi przede wszystkim to, o czym nie warto opowiadać. To, co powtarza się aż do znudzenia: ta sama kawa wypijana każdego ranka w tym samym, wyszczerbionym kubku, ten sam autobus, który znów będzie stał w korku, ci sami ludzie, te same nieciekawe rozmowy – to wszystko umyka nam, rozpływa się, zatraca. O tym, że dni mijają chociaż są tak podobne do siebie, poświadczają tylko kartki z kalendarza. Jak pisała Brach-Czaina: „zdarzenia codzienne, powtarzając się, rytualizując i przyzwyczajając nas do siebie, sprawiają wrażenie pustych, martwych, pozbawionych głębszego znaczenia i tak zamaskowane prześlizgują się niezauważone przez nas” (Brach-Czaina 1999: 56-57).

Sztuka od wieków była postrzegana jako sposób na uwolnienie się od codzienności, jako przestrzeń wykraczająca poza to, co zwyczajne. Jednak – wręcz przeciwnie – artyści biorący udział w wystawie są skoncentrowani na codzienności. To, co zwykłe i powszednie, staje się materią oraz inspiracją dla ich twórczości. W nudzie i rutynie poszukują znaczeń, sensów. Opowiadając o codzienności, mówią przede wszystkim o sobie, dlatego też ich narracje niejednokrotnie przybierają formy dzienników czy pamiętników. Przestrzeń dnia powszedniego to także sfera bezrefleksyjności. Jednak artyści, koncentrując się na niej, poddają ją refleksji. Staje się ona obiektem intensywnego oglądu. Zamiast patetycznych wielkich narracji, mamy tutaj do czynienia z intymnymi mikronarracjami. Być może jednak jest wprost odwrotnie – to właśnie codzienność stanowi rodzaj wielkiej narracji o uniwersalnym, ogólnoludzkim charakterze. Opowieść o tym, co drobne i powszednie, może, paradoksalnie, okazać się opowieścią o tym, co najbardziej ogólne, uniwersalne. Tym, co nas łączy, nie są podniosłe hasła, idee, lecz opisywana przez Brach-Czainę codzienna walka z chaosem – „krzątanina”: nieustanne przemieszczanie się, setki drobnych ruchów mających na celu zapanowanie nad mikrowszechświatem naszej przestrzeni. Niekończąca się walka ze „złem” – bałaganem, brudem, głodem. Mikrobitwy z piętrzącymi się stosami ubrań lub naczyniami w zlewie, minizwycięstwa nad własnym zmęczeniem, lenistwem, zniechęceniem. Konieczność konfrontacji, od której nie ma ucieczki. Artyści tkwią w codzienności: prace prezentowane na wystawie pokazują, że nie starają się od niej uciekać, lecz z nią skonfrontować. Tym samym dowodzą, że możliwe jest stworzenie narracji w oparciu o to, co nudne, powtarzalne i powszednie.

„Dzień jest za krótki” to wystawa zróżnicowana pod względem mediów i form wypowiedzi. Tym, co ją spaja, jest wspomniany wątek autobiograficzny. Obserwacja tego, co dzieje się blisko, co jest bezpośrednio doświadczane, staje się źródłem inspiracji. Wielość artystów i prezentowanych prac wydaje się imponująca – w wystawie wzięło udział aż 28 twórców.  Owe narracje przybierają różny charakter. Na wystawie możemy zobaczyć „Filmy mówione” Wojciecha Bąkowskiego. Artysta wypracował w swych animacjach rozpoznawalną estetykę. Charakterystyczne, nieco przybrudzone barwy z dominacją brązów i szarości oraz monotonny, jakby znudzony głos narratora sprawiają iż od razu wiemy, że mamy do czynienia z filmem Bąkowskiego. Tym, co wyróżnia jego twórczość, jest także wykorzystanie oryginalnej techniki noncamerowej – akwareli malowanej bezpośrednio na taśmie filmowej. Artysta jest silnie zakorzeniony w otaczającej go rzeczywistości. W swych narracjach wykorzystuje „złapane” słowa i wyrażenia. Wykorzystanie potocznych, czasem kolokwialnych zwrotów buduje często komiczny efekt. Bąkowski nie estetyzuje ani nie ubarwia – ukazuje rzeczywistość w swej „zwyczajności” i brzydocie. Jego zdystansowana, obojętna opowieść o codziennych walkach oraz przerażeniu nabiera jednak metaforycznego wymiaru. Pokazywany na wystawie film staje się uniwersalną wypowiedzią o czasie, nudzie i obrzydzeniu do świata. Nuda „oblepia” otaczające przedmioty. To, co zwyczajne, ujawnia swe przeraźliwe oblicze.

Szereg historii o codzienności dotyczy gromadzenia pozostałości, resztek. Tak jest w przypadku klepsydry „Moment” Moniki Drożyńskiej, „Kolumny kurzu” Hanny Nowickiej czy „Przypadkowych przyjemności” Elżbiety Jabłońskiej. Artystki gromadzą to, co powinno zostać wyrzucone, uważnie przyglądają się odpadom „krzątaniny”. Kumulujące się resztki stają się opowieścią o upływającym czasie, który pozostaje nieuchwytny, rozmywa się. Jak pisała Brach-Czaina: „Codzienność jest rzeczywistością skazaną i skazującą nas na zapomnienie. Istnieje tak, jakby zarazem jej nie było. Pozwala nam krzątać się bez ustanku, bez śladów i mimochodem pozbawia nas sił” (Brach-Czaina 1999: 62). Gromadząc rzeczy zbędne i odrzucone, artystki na nowo próbują nadać im znaczenie. To właśnie resztki i odpady są materialnym potwierdzeniem obecności. Eksponowanie śladów krzątaniny jawi się jako próba odzyskania znaczenia codzienności. Artystki wykorzystują je, aby opowiadać o sobie i swoim dniu powszednim. W podobny sposób działa Katarzyna Józefowicz, która gromadzi reklamowe ulotki. W jej instalacjach ulegają one przetworzeniu, stając się materią misternych konstrukcji. Wisząca na ścianie zasłona wydaje się utkana z delikatnego materiału. Gdy jednak podchodzimy bliżej, okazuje się, iż została ona wykonana z ulotek. Józefowicz skazuje samą siebie na skrajnie monotonne działania, jednocześnie wykorzystując najbardziej pospolite materiały.

Znany cykl krakowskiej artystki Cecylii Malik, „365 drzew”, także ma charakter dziennika. Artystka, zainspirowana książką Italo Calvino „Baron Drzewołaz”, postanowiła codziennie fotografować się na drzewie. Wejście na drzewo jest jedną z zakazanych przyjemności, której ograniczającą cezurę stanowi wiek. Owa prosta czynność staje się czymś niemożliwym, niedopuszczalnym i śmiesznym. Wejście na drzewo to próba przezwyciężenia tego, co narzucone i racjonalne. Podobnie jak dla barona, także dla artystki ów gest ma buntowniczy wydźwięk. Jednocześnie jest to ponowne odnalezienie autentycznej przyjemności w zwyczajnej czynności. W tym przypadku sam charakter artystycznego projektu niejako zakładał formę dziennika.

Niektóre realizacje bezpośrednio nawiązują do pamiętnika. Tak jest w przypadku notatek tworzonych przez Artura Żmijewskiego podczas przygotowań do berlińskiego Biennale. W swych „Zeszytach kuratorskich” artysta zapisywał pomysły, rysował. Zeszyt stał się także narzędziem komunikacji z innymi artystami za pomocą rysunków. Są one rodzajem opowieści o pracy kuratora, o przypadkowych spotkaniach, toczonych rozmowach i dyskusjach. Bardziej niż wartość artystyczną posiadają wymiar dokumentalny. Z zeszytami w ciekawy sposób korespondują prezentowane rysunki Poli Dwurnik, które odwołują się do jej przypadkowego spotkania ze Żmijewskim w pociągu do Berlina. Dwie odrębne narracje o zwyczajnym wydarzeniu nachodzą na siebie i wzajemnie się uzupełniają. Tworząc własne opowieści jesteśmy wszak jednocześnie elementami historii opowiadanych przez innych.

W ramach ekspozycji zaprezentowany został także słynny komiks Wilhelma Sasnala „Życie codzienne w Polsce w latach 1999-2001”. Minimalistyczna kreska, oszczędna fabuła i szczerość wypowiedzi sprawiają, iż jest to bez wątpienia jeden z najlepszych polskich komiksów. Do takiej formy wypowiedzi odwołuje się także Malwina Niespodziewana w cyklu „Białe Haribo”. Oszczędne prace z charakterystycznymi komiksowymi dymkami są intymnymi opowieściami o twórczości i codziennym życiu artystki. Z duża dozą ironii oraz dystansu opowiada ona o swych doświadczeniach, dokumentuje zwyczajne rozmowy  i zaskakujące puenty.

Czasem dokumentacja codzienności przyjmuje niemalże obsesyjny charakter, jak to ma miejsce w przypadku realizacji Łukasza Jastrubczaka i Małgorzaty Mazur. Tym, co w niej najbardziej uderzające, jest jej totalność. Do wyboru mamy kilkanaście nagranych DVD – wszystkie są dokumentacją codzienności. Nasza narracja zawsze ma selektywny charakter, wybieramy tylko te fragmenty naszego dnia, które wydają nam się wystarczająco ciekawe, aby o nich opowiedzieć. W wideo Jastrubczaka i Mazur tego typu wybór został celowo pominięty. O nagraniu nie decydowało nasze kulturowe „sito” oddzielające to, co ciekawe i warte uwagi, od tego, co nudne. Efektem jest niemalże niekończący się materiał filmowy. Praca wydaje się ciekawa koncepcyjnie, chociaż – jak łatwo się domyślić – jest niemożliwa do obejrzenia w całości.

Prace „Spis rzeczy” Erwiny Ziomkowskiej i „Montauk” Janka Simona opowiadają o subiektywnym spojrzeniu. Ziomkowska stara się dokonać spisu wszystkich obiektów znajdujących się w jej pracowni. Ów totalny projekt „uporządkowania” okazuje się jednak skazany na porażkę, zdjęcia przedmiotów są rozmazane i nieostre. Całkowita władza nad otoczeniem okazuje się niemożliwa do osiągnięcia. Simon za pomocą specjalnego urządzenia śledzi drogę, jaką pokonuje jego wzrok. Na prezentowanych na wystawie fotografiach zaznaczone zostały ruchy gałek ocznych. Dzięki temu możliwe staje się poznanie przez artystę własnego spojrzenia. Spojrzenia, warto dodać, które choć tkwiące w ciele, jawi się jako wykraczając poza nie, jako w pewien sposób zewnętrzne. W jaki sposób patrzę? W jaki sposób spoglądam na rzeczywistość? Simon traktuje te pytania dosłownie, starając się na nie odpowiedzieć za pomocą swych wizualnych badań.

Subiektywność spojrzenia, będąca nieodłącznym elementem każdej narracji, warunkuje różnorodność ekspozycji. Pojawiają się tam zarówno opowieści dotyczące mierzenia się z rodzinnymi traumami („Basia” Joanny Rajkowskiej), jak i rozmaicie rozumiane „notatki z podróży” (Basia Bańda, Robert Kuśmirowski). Pomimo odmienności prac, wystawa pozostaje koherentną całością.

„Dzień jest za krótki” jawi się przede wszystkim jako opowieść o czasie. Jest to czas zwyczajny, potoczny, niesakralny i nieodświętny. To czas „wyświechtany”, obrzydły, w którym rytuały pozbawione są znaczenia, a ciągłe powtórzenia fundują nudę. Jest to jednocześnie czas oczekiwania, intensywnego wypatrywania, wsłuchiwania się – być może w owym niekończącym się ciągu tych samych chwil zabłyśnie gdzieś „wydarzenie”. Możliwe, że coś jeszcze kiedyś się wydarzy. Ciągnący się, lepki czas, który zabija wszelkie emocje, niweluje palety barw. Jednak to właśnie w jego obrębie artyści odnajdują materię do opowiadania o sobie i rzeczywistości, w której żyją. Dzięki zakorzenieniu w codziennym doświadczeniu owe narracje nabierają szczerości i autentyczności. Być może jest to poziom, na którym możliwe staje się nawiązanie więzi niemalże z każdym odbiorcą.

„Dzień jest za krótki” to przykład solidnej i uczciwej pracy kuratorskiej. Magdalena Ujma wybrała dzieła, które idealnie wpisują się w przewodnią myśl wystawy. Umieszczenie niektórych z nich w kontekście autobiograficznej opowieści może wydawać się zaskakujące, jednak po chwili namysłu okazuje się, że wszystkie prace idealnie wpisują się w koncept ekspozycji. Każda z realizacji zaczyna tworzyć pewną organiczną całość, spójną opowieść, niewykluczającą jednak ich odrębności i jednostkowego głosu. Otrzymujemy polifoniczną wypowiedź, która jest jednocześnie monotematyczna. Oto przykład wystawy nadającej dziełom nowe, potencjalne znaczenia i odczytania. Jednocześnie nie mamy wrażenia, iż dokonano jakiejkolwiek „przemocy” lub nadinterpretacji – wydaje się, że te nowe sensy tkwiły już w pracach, wystarczyło jedynie je wydobyć. W efekcie „Dzień jest za krótki” jest wystawą skonstruowaną precyzyjnie, z rozmysłem i wyczuciem. Ukazuje twórczość czołowych polskich artystów jako zakorzenioną w codzienności. Pokazuje, że twórcy, opowiadając o sobie, paradoksalnie, opowiadają o tym, co ogólne, wspólne. Koncentrując się na uchwyceniu momentu, „teraz”, jednocześnie dążą w kierunku tego, co niezmienne.

LITERATURA:

J. Brach-Czaina: „Szczeliny istnienia”. Wyd. eFKa. Kraków 1999.
„Dzień jest za krótki (kilka opowieści autobiograficznych)”. Muzeum Współczesne Wrocław. 13.09 – 21.10.2013 r.