Wydanie bieżące

15 listopada 22 (238) / 2013

Kamila Czaja,

NIEWYGODNA WANNA

A A A
Złe wychowanie

Czwarta – po „Miedziance”, „Źle urodzonych” i „Zaczynie” – książka Filipa Springera płynnie wpisuje się w dotychczasową twórczość młodego reportera. Kolejny raz w centrum opowieści znajdują się przestrzeń, żyjący w niej ludzie oraz wzajemne relacje między miejscami a miejscowymi. „Wannie z kolumnadą” najbliżej budową do „Źle urodzonych”, składających się z opowieści o budynkach powiązanych wspólnym pochodzeniem. Podobna jest też w najnowszej książce Springera intencja interwencyjna, mniej widoczna w debiucie i w opowieści o Hansenach. W „Wannie z kolumnadą” poszczególne teksty są jednak powiązane jeszcze luźniej niż w tomie o architekturze PRL-u, a tragedie nie wynikają z „pochodzenia”.

Tym razem autor zróżnicowanymi przykładami ilustruje problem ładu przestrzennego – a raczej problem braku takowego ładu. Źródeł kłopotów można szukać nie tyle w „złym urodzeniu”, co raczej w „złym wychowaniu”. Po pierwsze, byłoby to złe wychowywanie przez człowieka przestrzeni, które może miałyby zadatki na coś ładnego, ale zostają oszpecone przez odpowiedzialnych za nie użytkowników. Po drugie, trzeba brać pod uwagę złe wychowanie samych użytkowników, którzy według Springera nie mieli wystarczająco wielu lekcji plastyki, żeby rozpoznać ład przestrzenny, nawet gdyby się o niego potknęli na polskiej ulicy. O takie potknięcie zresztą niełatwo („Ład przestrzenny to jest coś, o czym każdy w Polsce słyszał, ale nikt od dawna tego nie widział”, s, 9), ponieważ polską przestrzeń zaatakowały naprawdę poważne choroby.

 

Choroby przestrzeni

Springer sam jeden z problemów opisuje, wykorzystując metaforę choroby. Reportaż „Pasteloza – studium przypadku” skonstruowany jest w porządku lekarskiej diagnostyki (pojawiają się między innymi „przyczyny”, „pierwsze przypadki” i „wywiady medyczne”). Andrzej Stasiuk w posłowiu używa niemedycznego porównania, pisząc: „I tak wygląda teraz moja ojczyzna: jakby małpa bawiła się pędzlem” (s. 245). Najwyraźniej z polską kolorystyką coś jest nie w porządku. Pastelowe elewacje bloków to według Springera prawdziwa plaga, ale reporter diagnozuje także inne przestrzenne przypadłości: wszechobecne reklamy wielkoformatowe ( „Jesteś tylko spojrzeniem”), nielegalne banery („35 na 908”), zaniedbane brzegi miejskich rzek („Nad rzekę”) czy niekontrolowaną suburbanizację („Ucieczka z ulicy Urbanistów”).

Autor „Wanny z kolumnadą” tropi też zwykły polski kicz – a czasem polski kicz tak niezwykły, że słowa są wobec niego bezradne. Tak jest w tekście „Znak wodny”, z którego pochodzi tytuł książki. Hotel Venecia Palace poza „wanną z kolumnadą” w apartamentach (s. 51) może „pochwalić się” też łukiem triumfalnym: „Dwudziesty drugi był w Las Vegas, dwudziesty trzeci, i jak na razie ostatni, stanął w Michałowicach (powiat pruszkowski, województwo mazowieckie)” (s. 51). Próby pełnego opisu tego hotelowego kompleksu muszą zakończyć się niepowodzeniem. W którymś momencie można bowiem już tylko zamilknąć: „Nie ma płotu, tylko Łuk Triumfalny z flagami Polski i Unii. I jeszcze plastrony, na których uwieczniono profile małżeństwa Gozlińskich. Dalej aleja, której rytm wyznaczają ozdobne latarnie. Prowadzi do dwóch lwów siedzących u stóp kobiet-sfinksów. Za nimi ozdobny portal i wejście do Sali Dożów. Jej ociekający złotem strop wspiera czterech Atlasów. Tu z czystym sumieniem można już zaniemówić” (s. 54). A kiedy autor projektu mówi z żalem: „To prawda, łuk jest tylko taki, jakie wtedy mieliśmy możliwości, czyli dość skromny. Teraz byłby cztery razy większy i z pompą” (s. 52), można sobie tylko próbować wyobrażać ten efekt. I ewentualnie, w przypływie wisielczego humoru, przypomnieć sobie podobne słowa: „To jest miś na miarę naszych możliwości”.

Jednak momenty, w których nawet Springerowi brakuje słów, są rzadkie. Młody reporter umiejętnie pokazuje przestrzenne problemy i tym razem wykorzystując swoje pisarskie atuty znane już czytelnikom poprzednich książek: misterną kompozycję i celne zdania. Mimo szerokiego zakresu tematów „Wanna z kolumnadą” wydaje się spójna, a lekturę kolejnych tekstów sugestywnie ukierunkowuje rozdzielający poszczególne reportaże „Słownik”. Na uwagę zasługuje wspomniana już konstrukcja rozdziału o „pastelozie” oraz plan reportażu „Płot nasz powszedni”, w którym Springer przewrotnie zestawia obok siebie różne płoty, na przykład „Płot symboliczny” (w Stoczni Gdańskiej), „Trójpłot” (mieszkańcy dwóch bloków nie mogli się porozumieć, więc postawili najpierw jeden płot, potem drugi, a następnie trzeci pomiędzy dwoma poprzednimi – żeby każdy blok miał swój kawałek ścieżki) i „Płot zabaw” (jak łatwo się domyślić – płot wokół placu zabaw dostępnego tylko dla wybranych). Dopełnieniem reporterskiej pomysłowości w skali makro (kompozycja) są trafne, często ironiczne sformułowania. „Płot zabaw” autor komentuje: „Stoi w Szczecinie, bo wszystkie dzieci nasze są, ale bez przesady” (s. 149), o drapaczach chmur pisze: „W dole pozostanie pustka. Bo ci, których nie było stać na ucieczkę do góry, muszą rozpełznąć się na boki” (s. 15), a polską specyfikę potrafi uchwycić zdaniem: „Możemy polecieć samolotem, wsiąść w Monachium (na wieży lotniska zobaczymy napis »München«) albo w Pradze (na wieży będziemy mogli przeczytać »Praha«) i wylądować w Warszawie (z wieży powita nas »Samsung«)” (s. 8).

Springer imponuje wyczuleniem na słowo – choćby wtedy, gdy demaskuje idyllę życia na przedmieściach: „Uliczka Kwitnącej Gruszy niewiele ma wspólnego z gruszami, bo nie rośnie tam ani jedno drzewo (tak samo jak przy krzyżującej się z nią ulicy Cichej Jabłoni). Na Dębowej brak dębów, tylko mizerniutkie klony, które nie wyszły z wieku sadzonki. Na Cichej jest głośno, na Spokojnej niespokojnie, bo to akurat objazd korków do miasta. Ulica Enklawy nie ma nic wspólnego z enklawą, na Świetlistej nikt nie widział latarni, a na Uroczej jest raczej okropnie. Sand City w Piasecznie to bardziej Sand niż City, a Zielona Italia we Włochach będzie miała tyle wspólnego z sielską Italią, ile osiedle Rajska Dolina z rajem. Są jeszcze Leśny Dukt, z którego nie widać nawet kawałka lasu, i Płudy Village, o których nie do końca wiadomo, co myśleć” (s. 23). Ponownie, tak jak w „Źle urodzonych”, reporter najbardziej sugestywny jest wtedy, kiedy nie sięga otwarcie po demagogię, ale ironizuje w bardziej wysublimowany sposób – na przykład komentując pomysły wiceprezesa spółdzielni mieszkaniowej: „Wymyślił, że fakturę cegły narysuje się na styropianie, już po ociepleniu. I będzie prawie tak jak kiedyś. Tłumaczył, że z daleka nic nie będzie widać. Nie mówił, co zrobić z oczami, gdy podejdzie się bliżej” (s. 72) i charakteryzując odczucia osobnika idącego po południu lub wieczorem przez centrum dużego miasta: „Bywa tam tak, że się człowiek zastanawia, czy nie wydarzyło się coś, o czym nie wie, coś, co kazało innym zostać w domu. Zaraza albo wojna” (s. 13). Jednak przestrzenie nie zarażają się chorobami same. Winni są ludzie, którzy decydują – i system, który im to umożliwia.

 

Demon demokracji

Springer daleki jest od okrzyków: „Komuno, wróć!”, ale potrafi trzeźwo ocenić plusy poprzedniego systemu w kwestii ładu przestrzennego: „Może i było to wszystko siermiężne, zgrzebne i byle jakie. Ale nie było kiczowate. Świat nie jest aż tak czarno-biały, by wszystko, co złe, zrzucać na tamtą szarość” (s. 8). Reporter zauważa też: „W 1989 wszystko, co centralne, i wszystko, co planowe, zostało przeklęte” (s. 27) i sugeruje, że po zmianie systemu miejsce planów zajęły pieniądze oraz masowy gust. Reportaże w „Wannie z kolumnadą” to często parady walk, manipulacji, wzajemnych oskarżeń, przypadków nieliczenia się z konserwatorami zabytków i zmian planów na korzyść inwestorów. Na decyzje wpływa perspektywa zysku lub zwykła ignorancja. Czasem te dwa aspekty idą w parze: „Zarabiamy na tym niezłe pieniądze. A to znaczy tylko i wyłącznie jedno: ludziom się tu podoba. Mimo że panu i pana kolegom pewnie nie bardzo. Mogę z tym żyć” (s. 59). „Ludziom się podoba” to często odpowiedź, jaką słyszy Springer na pytania o brak ładu przestrzennego. Rozgoryczona architektka mówi: „Przegraliśmy (…). Zwyciężyła mądrość ludowa. Nie mogę mieć nawet pretensji. Bo przecież chodziło o to, żeby ludziom się podobało, prawda? No to się podoba” (s. 73), a prezes spółdzielni stwierdza: „Przecież katastrofy budowlanej od pomalowania bloku nie będzie, prawda? A przynajmniej jest tak, jak ludzie chcą” (s. 86).

Skoro to wszystko przez „ludzi”, to ostrze ironii w reportażach często wymierzone jest właśnie w nich – chociaż z reguły Springer nie komentuje ich wypowiedzi, lecz pozwala na autokompromitację rozmówców. Po prostu, nieco sokratejsko, zadaje pytania, a przepytywani sami dostarczają argumentów, że nie powinni mieć nic do powiedzenia w kwestiach publicznej przestrzeni. Kwintesencją takich sytuacji jest dialog z jednym z właścicieli nielegalnych reklam: „– To po co wieszaliście, skoro i tak nic nie dawały? – A bo ja wiem, po co? Tak jakoś… Jak ja bym się tak nad wszystkim głęboko zastanawiał, tobym nie miał czasu na pracę” (s. 210). A czasem wystarczy krótka  scenka, by pokazać, że Polacy nie dorośli do tego, żeby o wszystkim decydowało zdanie większości: „Obok stoisko z góralskimi kapeluszami i ciupagami. Pytam sprzedawcę, jaki one mają związek z Sudetami. Odpowiada, że jako pierwszy zadałem mu to pytanie, a stoi już tak czwarty rok. – Turyści biorą w ciemno – dodaje. – Co ja mogę, że im się góry z góralami kojarzą (s. 95). „Ludzie” chcą wjeżdżać pod łukiem triumfalnym, kąpać się w wannie z kolumnadą i mieszkać w różowo-żółtych blokach. Według Springera nieograniczona demokracja w pewnych obszarach bywa zabójcza. A ofiarą pada przestrzeń.

 

Zanurzenie w pesymizmie

Stanisław Jerzy Lec zauważa w „Myślach nieuczesanych: „Zanurzyłem się raz w optymizmie. Ledwie mnie odratowano”. Czytelnicza „kąpiel” w „Wannie z kolumnadą” Springera to z kolei zanurzenie się w pesymizmie. Reporter ostrzej niż w swoich poprzednich książkach daje do zrozumienia, co jest dla dobre, a co złe. Z reguły udaje mu się uniknąć nachalnie dydaktycznego tonu, ale chyba nie próbuje nawet specjalnie unikać tonu depresyjnego. Pisze: „Jest jeszcze jeden sposób na rozwiązanie tych problemów. Można sobie wmawiać, że wszystko będzie dobrze” (s. 35). I robi wszystko, by z tego rozwiązania nie korzystać.

Wbrew kpiącym zapewnieniom („Patrząc na Sky Tower z boku, można by uznać, że jedyną wartością, jaka przyświecała jego powstaniu, był rozmiar. Można by, gdyby się było złośliwym. A przecież się nie jest”, s. 14) Springer jest tu w swoim pisaniu złośliwy i ponury. Wprawdzie już we wstępie rozlicza się z nadziejami: „Ta książka jest o tym, że w Polsce jest brzydko i wszystko wskazuje na to, że wkrótce będzie jeszcze brzydziej. Tak, szczęśliwego zakończenia tutaj nie widać” (s. 7), ale potem wielokrotnie daje jakąś nadzieję – tylko po to, by zaraz ją odebrać. Tak jest na przykład w rozważaniach o zamianie enklawy w getto czy we fragmencie: „Zaglądam też na osiedlowe forum internetowe. Są tam takie wątki, w których przejście od fazy »zróbmy cos razem« do fazy »pierdol się« zajmuje sąsiadom nie więcej niż pięć postów” (s. 35). W reportażu „Czyn 2.0”, sprawiającym na początku pozory pozytywnej opowieści o ludziach, którzy naprawdę coś zmieniają, sytuacja szybko się odwraca. Grupa Pewnych Osób rozpada się. Ich następcy zdają się skazani na powtórzenie ich historii. A spektakularny sukces społeczników zostaje unieważniony, kiedy namierzony przez nich wandal, Bazgroł, wychodzi na wolność.

 

Wynurzenie z obojętności

Przez ten pesymizm „Wanna z kolumnadą” nie jest dla czytelnika wygodna. Reportaże Springera są, jak zwykle, pomysłowe i dobrze napisane, ale nastroju odbiorcy na pewno nie poprawią. Wprawdzie kończąca ostatni tekst wypowiedź jednego z aktywistów brzmi: „Nie można się zniechęcać, trzeba napieprzać (…). Inaczej nic się nie zmieni” (s. 241), co można by odczytać jako nutkę nadziei. Ale ten morał jest dla czytelnika jeszcze mniej wygodny od wcześniejszych ponurych wizji. Springer najwyraźniej przenosi bowiem odpowiedzialność na każdego człowieka, próbując swoją książką wyciągnąć użytkowników – czy, może trafniej, uczestników – przestrzeni z ich wygodnej bierności. Autor wielokrotnie styka się z bagatelizowaniem problemu ładu przestrzennego: „Największy dramat polega jednak na tym, że to wszystko jest strasznie nudne. Nikt nie chce tego słuchać. Plany, wykresy, liczby i niezrozumiała terminologia. Ludzie się w tym gubią i dochodzą do wniosku, że ich to nie dotyczy” (s. 25). W tym kontekście warto przytoczyć też dialog z właścicielką nielegalnych reklam: „– Zająłby się pan czymś poważnym. – Ale ja się akurat tym zająłem. – I to o panu świadczy, że pan się nie umie zorientować, co jest ważne, a co nie jest” (s. 216). Stasiuk podsumowuje to tak: „No, za barbarię pokochałem Amerykę. I za to samo kocham Polskę. że ma gdzieś, żeby być ładna” (s. 247).

Niewielu jest ludzi, którzy poświęcają życie ratowaniu chorych przestrzeni. Ludzi takich jak entuzjasta brzegów Wisły, Przemek: „dość małomówny, w obyciu szorstki, w życiu i w szyku raczej przestawny” (s. 113). Większość uczestników przestrzeni to ci „nieprzestawni”. Nic dziwnego, że właśnie podkreślenie wagi problemu wydaje się naczelnym celem reportera. Celem przynajmniej częściowo osiągniętym. Nie we wszystkim trzeba się ze Springerem zgadzać. Dyskusję wywołać może na przykład domaganie się respektowania idei wspólnoty od tych, którzy faktycznie jej nie pragną („Płot nasz powszedni”) czy jednowymiarowe postrzeganie motywacji finansowych. Prowadzone w książce słuszne ataki na ignorancję zdają się nieść za sobą postulaty wyraźnego ograniczenia jednostkowej wolności wyboru, a to nie jest łatwe do jednoznacznej oceny. Ale po lekturze „Wanny z kolumnadą” na pewno nie sposób nie zauważać nawału atakujących w przestrzeni reklam. Nie sposób zignorować kolejnego pastelowego bloku. Miejsca, które widziało się setki razy, znów zaczynają sprawiać patrzącemu ból i bezlitośnie przypominają te z zamieszczonych w książce zdjęć.

Springer pisze: „Gdy pojawi się obojętność na to, co dookoła, będziemy wiedzieli, że jesteśmy już u siebie. Że jesteśmy w domu” (s. 7). A następnie pisze tak, żeby to „u siebie” zakwestionować. Takie wykorzenianie ze swojskiej obojętności musi boleć, przygotowana przez reportera „kąpiel” jest więc dla czytelnika doświadczeniem na granicy masochizmu – mieszanką depresji, bezradności i poczucia winy. Od samych odczuć do pójścia pod prąd i do działania jeszcze daleka droga. Ale od czegoś trzeba zacząć – warto więc zacząć od „kąpieli”.
Filip Springer: „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.