Wydanie bieżące

15 listopada 22 (238) / 2013

Anna Zagórska,

KRÓLESTWO CHAOSU, NADMIARU I TANDETY

A A A
Najnowsza książka Filipa Springera („Wanna z kolumnadą”, Wołowiec 2013) skłania do refleksji nad sposobem funkcjonowania polskich krajobrazów w rodzimej prozie ostatnich lat. To, co autor „Źle urodzonych” analizuje i opisuje przy użyciu narzędzi literackiego reportażu, frapuje bowiem również prozaików. Posługując (czy też wysługując) się prawami fikcjonalnych światów przedstawionych autorzy – choćby Michał Olszewski, Edward Redliński, Marek Nowakowski, Andrzej Stasiuk, Jacek Dehnel czy Sławomir Shuty, a więc twórcy odmienni, osobni, różni –  niejednokrotnie podejmowali wyzwanie, które stawia przed sobą także Springer. Przenosząc własnych bohaterów, a przy okazji i odbiorcę, w płaszczyzny światów fikcji i zmyślenia, prozaicy częstokroć okazują się pilnymi obserwatorami i uważanymi recenzentami światów nie-przedstawionych, rzeczywistości namacalnej, realnej. Możliwej do obserwacji nie tylko z perspektywy powieściowej fabuły, ale i zza samochodowej szyby, wprost z chodnika wielkomiejskiego (tego ze skruszałych, szarych płyt) i całkiem podmiejskiego (unifikowanego kostką Bauma, rekwizytem wątpliwej jakości i jeszcze bardziej wątpliwej estetyki).

Prozaicy, wciąż bezpiecznie skryci za nieograniczonością i imaginacyjną nieskończonością fikcjonalnych przestrzeni, umiejscawiają jednak bohaterów w nazwanym, bliskim, określonym. Pokazują ich perypetie w Warszawie – komunistyczno-konsumpcyjnym konglomeracie, na jej przedmieściach, uginających się pod ciężarem banerów, szyldów i reklam, w końcu na głębokiej prowincji – poranionej i zabliźniającej rany swej bolesnej, nieraz upadłej przestrzeni. Portretują Polskę w toku i w budowie. W międzyczasie i międzyepoce. Dają świadectwo o ojczyźnie nieustannej fluktuacji, kraju niekończącego się przepoczwarzania. Polska widziana ich oczyma jest niczym larwa w kokonie. Już nie odrażający robak, jeszcze nie zniewalający motyl. Do tego zamknięta w metaforycznej zasłonie przestrzennego kokonu, czekająca na wyklucie – zauważenie, opisanie, scharakteryzowanie.

Czesław Miłosz w „Szukaniu ojczyzny” (Kraków 1996) przytoczył treść listu swojego antenata, Oskara Miłosza. 29-letni przodek scharakteryzował nasz kraj jako „trudny do wyobrażenia – najbrudniejszą, najsmutniejszą i najzimniejszą z krain” (s. 139). Polscy prozaicy tworzący w ostatnim (niemalże) ćwierćwieczu wydają się niepokojąco powodowani Miłoszowskim przytoczeniem. Motywowani okolicznością scharakteryzowania, uchwycenia krajobrazów wciąż tak trudnych w wyobrażeniu, niekiedy nadal dojmująco najbrudniejszych, ale i najtrudniejszych: do opisania, zrozumienia, analizy. Przyglądając się rodzimej literaturze, filtrując ją polskimi przestrzeniami – miejskimi, prowincjonalnymi, wiejskimi – nieraz wszak odnosimy wrażenie, że w Polsce, to jednak nigdzie, bo nie podobna w sposób pełny zawrzeć słowami przestrzennych fajerwerków, jakie oferują rodzime krajobrazy zaludnione, po ludzku (nie)uporządkowane, gwałtownie podporządkowane.

Narratorzy historii opowiadanych przez Stasiuka, Nowakowskiego czy Olszewskiego niejednokrotnie występują w roli atrakcyjnych, ponowoczesnych flâneurów. Choć daleka droga – nie tylko ta wyrażana namacalną, czasowo-przestrzenną, odległością – dzieli ich od  spacerowicza rozsławionego esejem Benjamina, bez wątpienia echa jego osobowości wciąż brzmią aktualnie. Flâneur polskiej prozy najnowszej bywa raczej bytem hybrydalnym. Wyzbywa się swojej wielkomiejskiej aury, z równą swadą przechadzając się (a i grzęznąc) po prowincjonalnych zaułkach, angażuje dyspozycje bliskie voyeuryzmowi, wykorzystuje w ocenach nie tyle fascynację, co raczej punktację – zdecydowanie ocenia, podsumowuje, nieraz ironicznie pokpiwa.

Przestrzeń młodego polskiego kapitalizmu została więc skrupulatnie rozpisana i zapisana. Nie tylko sprawnym reporterskim piórem, ale i za pomocą prozatorskich narzędzi. Z literackich przestrzeni wyłaniają się w sposób szczególny trzy zdecydowane dominanty polskiego krajobrazu. Chaos, nadmiar i tandeta. Często przenikają się, uzupełniają, dopowiadają siebie nawzajem. Nieraz wydaje się, że tylko dopełnione sobą w pełni oddają specyfikę polskiej przestrzeni obserwowanej oczyma najnowszej prozy. A jest to przestrzeń chroma, kaleka i po wielokroć okaleczana.

 

Bazar: sublimacja

Interesującym spoiwem tych trzech stanów, ich swoistą sublimacją, niejednokrotnie  bywa zaś bazar, lokalne targowisko czy giełda. Te szczególne przestrzenie handlowe pełnią w polskiej rzeczywistości, a i w fikcjonalnych światach na niej wzorowanych, rolę wyjątkowo istotną. Nie bez przyczyny nad fenomenem bazaru debatują socjologowie (Roch Sulima) czy literaturoznawcy (Przemysław Czapliński). Nie bez przyczyny również Primo Levi w swojej głośnej powieści „Rozejm” (przeł. K. Żaboklicki, Kraków 2009), choć podjął trudne wyzwanie opisu europejskich światów wyłaniających się z katastrofy drugiej wojny światowej, sporo miejsca poświęcił polskim, odradzającym się z wojennej pożogi, targowiskom i miejskim bazarkom. Również rodzimi prozaicy – choćby Marek Nowakowski, Piotr Wojciechowski, Andrzej Stasiuk, Jarosław Maślanek, Michał Olszewski – nie pozostali obojętni wobec tego fenomenu, odmalowując słowem jeden z bardziej dosadnych i barwnych portretów przestrzennych najnowszej prozy polskiej. Nie powinny więc dziwić, w kontekście omawianego tematu, powracające nawiązania do bazarowych mikroświatów.

 

Chaos

Ład koi, uspokaja, estetyzuje doznania. Chaos prowokuje, destabilizuje, spiętrza niedogodności. Prowokuje nerwowość i uniemożliwia odpoczynek. Polscy prozaicy, podkreślając chaotyczny bezmiar rodzimej przestrzeni, intensyfikują nerwicowość bezładu. Chaos przestrzeni znajduje odbicie w chaosie życia rodzinnego i wewnętrznego. Jakby narratorzy tych historii chcieli nam, Polakom, podpowiedzieć: w bałaganiarskim otoczeniu, na podłożu chaosu nie wzrośnie nigdy ład intymny, mir domowy.

Chaos przestrzenny, oglądany z perspektywy rodzimej prozy, wydaje się jednym z elementów sine qua non polskiego kapitalizmu. Co więcej, można odnieść wrażenie, że to już nawet stan duszy, charakterologiczny rys, psychiczna rama. Bez chaosu – sugerują prozaicy – nic w polskich przestrzeniach się nie dzieje, nic nie wydarza. Olszewski w zbiorze „Chwalcie łąki umajone” (Wołowiec 2005) charakteryzuje ten stan jako „karkołomny świat, patchwork pięknego krajobrazu, fatalnej architektury, reklam i dźwigów” (s. 117). To miejsca, w których flora zagarnia podwórkową rekwizytornię, tworząc unikalny konglomerat chaosu: „Przyroda spokojnie odzyskiwała należne jej terytorium, porzucone przyczepy, cysterny i ciągniki zarastały za stodołami zielskiem” (s. 16). W rzeczywistości pękniętych krajobrazów, w szczelinach i ciemnych załamaniach potencjalnie lepszej przestrzeni funkcjonują także bohaterowie „Opowieści galicyjskich” Stasiuka (Wołowiec 2008), żyjący „wśród szczątków maszyn, nieruchomych mechanizmów, pomiędzy zardzewiałym siewnikiem a (…) kuźnią” (s. 5-6).

Na wiejski, w tym wypadku kielecki, chaos uskarża się również narratorka opowiadania „Swojszczyzna” Marty Łosiak (w: „Nie pytaj o Polskę”, red. B. Rudzińska,

Budzyń 2009, s. 167-181) . Zdenerwowana bezładem („Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce”) wypomina grzechy popełniane od lat na lokalnych krajobrazach: I domy stoją, jak chcieli ich właściciele, czyli byle gdzie. Byle dalej od drogi, byle dalej od ładu i sensu. (…) Więc wspinamy się błotnistą ścieżyną do jednego z wielu podobnych Zespołu Budynków Wielorodzinnych, na który składa się: Nowy Dom, Stary Dom, Przybudówka do Starego Domu na czas budowy Nowego Domu, Przybudówka do Przybudówki Nowego Domu, ponadto Obora, Kurnik, Stodoła, Stara Buda dla psa i Nowa Buda dla psa oraz Gnojówka i Wychodek” (s. 172). Okazuje się również, że „wszystko to na planie chaosu, z materiałów jak najbardziej zróżnicowanych” (tamże). Oto nasz lokalny świat, zdaje się mówić narratorka, w którym jedynym architektem i budowniczym jest bezład, a otchłań rozpościera się nie tylko ze wszystkich okien, ona stanowi jedyną dominantę przestrzeni, w której „walają się stare puszki po konserwach, plastikowe części zabawek, silniki, opony” (tamże).

Chaos to jednak wyznacznik nie tylko przestrzeni światów odchodzących, jak pisał niegdyś Stasiuk, rzeczywistości popegeerowskich wsi umęczonych atroficznym bezrobociem i fatalnym alkoholizmem. Również przedsiębiorcze przedmieścia, prowincjonalne miasteczka, Polska powiatowa w całej okazałości, nie uchroniły się przed bakcylem nowej dżumy – chaosem przestrzeni. Taki jest świat z powieści „Apokalypsis’89” Jarosława Maślanka (Warszawa 2010), okaleczone kapitalistycznym chaosem (szyldy, reklamy, renowacje) miasteczko. Podobnie przedstawia się przestrzeń ludzkiego upadku, jakim jest mikroświat ze zbioru „Zalani” Filipa Onichimowskiego (Warszawa 2005): bałaganiarski, bezładny, amorficzny czy tytułowa ulica z powieści Daniela Odiji („Ulica”, Wołowiec 2001), gdzie domy malowane są tylko do połowy, a na podwórkach poniewierają się śmieci, resztki jedzenia, brudne dzieci i dręczone zwierzęta.

Także przestrzenie wielkomiejskie to kapitalistyczny chaos à la polonaise. Narrator „Zwału” Sławomira Shuty (Warszawa 2004) wspomina o męczącym życiu „wśród rozjebanych automatów telefonicznych, wykrzywionych dwupasmówek, chybotliwych kładek, (…) i wszechobecnych gówien na dziurawych chodnikach, dzikich parkingów i pryszczatych bankomatów usytuowanych w niszach salonów samochodowych” (s. 136). Trudno poskromić tak przedstawiany urbanistyczny chaos. Zdaje się nawet, że kaleczy on nie tylko miejskie krajobrazy, ale i ludzkie dusze. Nie sposób wszak w pełni funkcjonować w przestrzeniach skażonych chaotyczną dokuczliwością. Z drugiej strony nie można zapomnieć o słowach Olszewskiego, który w „Zapiskach na biletach” (Warszawa 2010), książce-rozrachunku z rodzimą przestrzenią, zauważył: „przecież w polskim chaosie kryje się dzika siła, której warto się przypatrzeć uważniej, nie ma bowiem precedensu w Europie Środkowej” (s. 65).

Dopełnieniem patchworkowej, chaotycznej przestrzeni polskich krajobrazów są wspomniane wyżej bazary. Targowiska, jakie z taką ochotą opisują polscy prozaicy, wiążą się bowiem ze szczególnym ukształtowaniem przestrzennym. Giełdy czy targi naznaczone są z jeden strony fenomenem kultury niejednorodnej, z zasady pogranicznej, kultury amorficznych przedmieść, wewnętrznie sprzecznych przestrzeni wiejsko-miejskich. Z drugiej posłużyć mogą jako przykład przestrzeni par excellence palimpsestowej, nawarstwiającej się w nieskończoność, czego dowodem proza Wojciechowskiego. Autor „Szkoły wdzięku i przetrwania” (Warszawa 1995) nie bez powodu opisuje Stadion Dziesięciolecia jako mozaikę doświadczeń polskich pokoleń powojennych – od megalomanii wczesnego socjalizmu, przez uniesienia narodowo-religijne, aż do zachwytu bazarowym konsumpcjonizmem, który swoje apogeum osiąga w nowej świątyni chaosu: na bazarze o stadionowej proweniencji. Przestrzenny chaos stołecznych targowisk widać także u Nowakowskiego w mini powieści „Homo Polonicus” (Warszawa 1992) czy u Stasiuka w „Opowieściach galicyjskich”. Bazar nie jest jednak wyłącznie fenomenem miejskiej przestrzeni, która tworzy architektoniczne palimpsesty, przekształca stadiony i place defilad na targowiska. Pomniejsze miasteczka i wsie również ulegają magii bazaru, który staje się groźną dominantą przestrzenną i jednocześnie tej przestrzeni dojmującą wykładnią. Wyjaskrawia bowiem problem krajobrazu nieunormowanego, gdzie żywioł miejski miesza się z prowincjonalnością, wieś z aglomeracją, baba sprzedająca pietruszkę z kolorowym neonem. To napastliwy chaos przedmiotów, ludzi i zwierząt, którzy nie porządkują, a uskuteczniają wieczny bałagan otaczającej ich przestrzeni. Taki bazar opisał w niezwykle barwy i sugestywny sposób Maślanek w powieści „Apokalypsis’89”. Obok bieda-kramów, na których oferuje się kupującemu używane sprzęty i znoszoną odzież, rozwijają się lokalne biznesy, jak choćby połyskujący neonami sklepik monopolowy. Lokalne targowisko to chaos totalny, optymalne oblicze przestrzeni skażonej bałaganem. Znajduje się tam wszak miejsce nawet na „murowany ciąg pawilonów z miejscem na WC i umywalki”, cukiernię, bar piwny i hot dogi.

 

Nadmiar

Bezład i nieporządek to nie tylko znamiona chaosu. To także siostry nadmiaru, kolejnego z wyróżników polskiej przestrzeni. Bohaterowie „Homo Polonicuca” opisywali otaczającą ich rzeczywistość enumeratywną skargą: „rumowisko. Chaos i atomizacja” (s. 52), dobitnie uświadamiając kłopot z narosłym na bałaganie nadmiarem. Nadmiar cechujący rodzimą przestrzeń przeszedł bowiem nieodwracalny proces transgresji z obiektu pożądania do źródła zagrożenia. Piętrzące się sterty przedmiotów są stałym elementem światów przedstawionych polskiej prozy powstającej w realiach III RP. Opisywanie zjawisk powiązanych z problemem nadmiaru przerodziło się w polskiej prozie w stawianie pytań rudymentarnych, dosadnych. Jak poradzić sobie z wielością, z bytami multiplikowanymi? Jak poskromić i zhierarchizować zbytek? Jak odnaleźć sens w rzeczywistości – którą inspirując się Zygmuntem Baumanem – nazywać można triumfem liczby mnogiej?

Nazbyt często okazuje się, że lekarstwa na chorobę naddatku nie ma. Pozostaje więc uważne opisywanie, skrzętne katalogowanie, podkreślanie, nieraz nawet wykrzywianie, obserwowanych wykwitów nadmiaru. W„Apokalypsis’89” Maślanek prezentuje miasto, które zalewa tandeta nadmiaru: mieszkańcy wszędzie stawiają tymczasowe budy, wieszają pokraczne szyldy, remontują i dobudowują. Oswojonym dotąd przez narratora miejscom coraz bliżej do figury miasta labiryntu, opisywanego przez Roberto Salvadoriego w  „Pejzażach miasta” (przeł. H. Kralowa, J. Ugniewska, Warszawa 2006). Podobne piętno nowe czasy odbiły na świecie przedstawianym w powieściach Olszewskiego. W „Chwalcie łąki umajone” znajduje się opis momentu transgresji, w którym objawy sacrum (flary) zostają zastąpione przez znaki profanum (banery), a wszystko to występuje w bezładnym i bałaganiarskim krajobrazie polskich przedmieść.

Świat grzesznego, zbytecznego nadmiaru wydaje się jedną z bolączek prozy Olszewskiego. Nadmiar w jego historiach to przede wszystkim ilościowe naddanie form, kształtów i wzorów zbędności. Przestrzeń wypełnia, a w zasadzie przepełnia, kakofonia dźwięków, potęgowana przez wizualnie napastujący krajobraz przesycenia. Nie bez przyczyny narrator wspomnianego zbioru retorycznie zapytuje o (bez)sens gromadzenia (bez)użytecznych sprzętów, życia w „kuchniach wypełnionych mnogością szybko starzejących się sprzętów – mikserów, ekspresów, czajników elektrycznych, plastikowych tacek, niepotrzebnych kubków wygranych na promocjach, zestawów przypraw z wbudowanymi młynkami” (s. 117).

Nadmiar pozbawiony jest sensu. Zapycha, dusi, tłamsi rodzimą przestrzeń, skalaną zwielokrotnieniem, powieleniem, przesytem. Świat obserwowany przez narratora „Zapisków na biletach” skażony jest procesem niekończącej się multiplikacji rekwizytów codzienności. Dojmującą szarość i niedostatki komunistycznej przestrzeni wypełnia nadprodukcja pstrokacizny. Polska hybrydalna, miejsko-wiejska, przedmiejska, którą obserwujemy w „Zapiskach”, to miejsce,  którędy zapewne „przechodził nocą jakiś siewca i rozrzucał ziarno nowoczesności, rozrzucał stacje benzynowe, zajazdy, hipermarkety, budki, budy i budencje, hotele, motele, zakłady mechaniczne i inne” (s. 87).

Przestrzeń stłamszona nadmiarem sprzętów, rekwizytornia przejmująca rolę bohaterów historii, przemawiająca za nich, jak twierdził kiedyś Czapliński, obecna jest również w prozie Jacka Dehnela. Opowieści zebrane w tomie „Balzakiana” (Warszawa 2009) to portret przestrzeni gromadzenia, zbierania, magazynowania. Stołeczna odmiana kultury szpargału, jak nazywała ten fenomen Ewa Wiegandt („Austria Felix, czyli o micie Galicji w polskiej prozie współczesnej”, Poznań 1996). Zachowując daleko idącą proweniencyjną odmienność przedmiotów, bohaterowie Dehnela niezmiennie żyją już nie tyle wśród nich, co dla nich, przez nie i wobec ich wymagań. Adrian, postać z opowiadania „Miłość korepetytora”, buduje swoją tożsamość poprzez gromadzenie staroci, które szczelnie wypełniają przestrzeń małego mieszkania, a służyć mają – niczym cukiernice wyniesione z powstania w jednym z opowiadań Marka Kochana – naddaniu tożsamości. Podobny proces dotyczy postaci z „Mięso wędliny ubiory tkaniny”, spajających meble pokroju „gierkowskiej ławy” (s. 72) z zestawem kina domowego i plazmowym telewizorem. Jedna z bohaterek, o czym skwapliwie informuje narrator, „zatłoczyła (…) dom (…) platerowanymi paterami, cukiernicami i wazonami, (…) antykami »na wysoki połysk«, trzaskanymi z taśmy na włoskich liniach produkcyjnych” (s, 75).

W analogicznej rzeczywistości, zapełnionej po brzegi bezużytecznymi rekwizytami, funkcjonują postaci z powieści „Dziewięć” Stasiuka (Czarne 1999). Przedmioty nagromadzone, spiętrzone w chaotycznych stertach, odczytywane jako namacalne dowody sukcesu znajdziemy również w warszawskich przestrzeniach wczesnych lat 90. ubiegłego wieku żartobliwie opisanych przez Wojciechowskiego w „Szkole wdzięku i przetrwania”. To właśnie bohaterowie Wojciechowskiego zakupili „biurko z telefonem, teleksem, telefaksem, komputerem” (s. 14), nawet nie umiejąc z nich korzystać. W podobnym tonie wypowiada się Nowakowski w opowiadaniu „Milioner” ze zbioru „Prawo prerii” (Warszawa 1999). Tytułowy bohater nie bez przyczyny wznosi „pałac prawdziwy, marmurowy, podcienia, kolumny, tarasy, patio z fontanną, basen” (s. 98). Jego postawa została ironicznie obśmiana, umiłowanie nadmiaru wydrwione. Okazała willa nuworysza znów transponuje znaczenie zbytku z kręgu przepychu i bogactwa w stronę zbyteczności, zbędności.

Świątynią nieuporządkowanego nadmiaru są oczywiście lokalne bazary, przepełnione stertami bezużytecznych sprzętów bez właściwości. Takie obrazy przywołuje proza Olszewskiego, Stasiuka, Nowakowskiego. Targowiska sublimują nadmiar, można je łatwo i plastycznie uchwycić, niczym martwą naturę. Na tym literackim obrazie znalazłby się na pewno Euzebiusz, bohater powieści „Nic” Dawida Bieńkowskiego (Warszawa 2005), starający się sprzedać sterty podrabianego obuwia na Stadionie Dziesięciolecia czy Frencz z „Apokalypsis’89” próbujący uchwycić paradoks bazaru wchłaniającego swym ogromem całą lokalną przestrzeń handlową.

 

Tandeta

Za wisienkę na metaforycznym torcie polskiej przestrzeni, wisienkę spajającą chaos i nadmiar, bez wątpienia uznać można tandetę. Kicz, bezguście i powszechna szmirowatość spowiły rodzimą rzeczywistość. Nie bez przyczyny Gombrowicz stwierdził niegdyś, że „tandeta stanowi większą część naszego życia”. Rok 1989 rozpoczął karnawał plastiku, dykty i folii. Do roli nowych bożków wywindował zastępniki, odpowiedniki i pospolite podróbki. Z jednej strony kraj zmienia się, rozkwita, remontuje. Elewacje domostw zakrywa się pokracznym sidingiem („siding ogólnie jest dobry, choć czasem potrafi opaść, gdy nikt się nie spodziewa” – z prawdziwą powagą informuje bohater „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej [Warszawa 2005, s. 64]), drewniane płoty zastępuje „parkanem z blachy”, jak zauważył narrator powieści Edwarda Redlińskiego („Transformejszen, czyli jak golonka z hamburgerem tańcowała (reportaż optymistyczny)”, Warszawa 2002). Do tego dodać można uwagi o szczególnym przywiązaniu do fontann (Nowakowski, „Prawo prerii”) czy linoleum w łazience (Krzysztof Varga, „Aleja Niepodległości”, Wołowiec 2010 ) oraz – mające więcej wspólnego z tandetą rozumianą jako fuszerka i bylejakość niż kicz – chodnikowe płyty, zawsze wystające i nierówne (Odija, „Ulica”).

Dopóki perspektywa oglądu jest wystarczająco odległa – stan powszechnej renowacji cieszy, podnosi na duchu, mobilizuje. Jednak wraz ze zbliżaniem, skracaniem dystansu na wierzch wypływa bylejakość i tandeta. Pozorne przestrzenne rekonstrukcje zaczynają uwierać, przeszkadzać, boleć. Olszewski w „Chwalcie łąki umajone” wynotował wszakże: „jest jakaś rozpacz w tym rozwoju, bo pachnie tandetą i niezdrowym pośpiechem, (…) do dupy jest świat, który wymienia skrzypiące podłogi na panele, kamień zastępuje konglomeratem, a drewno powierzchnią laminowaną. I (…) nie wolno tego zabronić” (s. 127). Narratorka opowiadania Łosiak pt. „Swojszczyzna” zapewne dodałaby jeszcze niezrozumiały afekt do „pustaków, dykty, azbestu” (s. 172). Bohaterowie „Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna Szczakowej” Michała Witkowskiego (wyd. II, Warszawa 2008) zauważyliby zapewne umiłowanie wszędobylskiego plastiku, a narrator „Lubiewa” (Kraków 2005) wspomniałby o plastikowych doniczkach czy zmatowiałej armaturze. Nie sposób nie wspomnieć także o wystroju mieszkań postaci z „Cukru w normie” Sławomira Shutego (Warszawa 2005), którzy zaludniają domy, gdzie „boazeria od góry do dołu, na suficie drewniane kasetony”(s. 85).

Gwałt dokonywany na polskiej przestrzeni jest jedną z bolączek autora „Do Amsterdamu”. Wciąż nawracającym leitmotivem, uporczywością niedającą wytchnienia. Jakby Olszewski próbował przekonać, że w rzeczywistości plastikowej tandety i prowizorki nie tylko przestrzeń skalana jest bylejakością czy kiczem, ale także ci, którzy tę przestrzeń budują, porządkują, wypełniają. Uważne oko narratora „Zapisków na biletach”, książki genologicznie niejednoznacznej, sublimującej elementy reportażu i beletrystyki, wychwyciło taki – bazarowy – obrazek: „Zimowy targ pod Krakowem, przy głównej drodze, masa badziewia chińskiego na stołach, tu zdeptany śnieg i błoto, leci para z ust sprzedawców, a na stołach kolorowa jednorazowość. Jednorazowe buty, firanki, garnki i zegarki, majtki, skarpety tak tanie, że jeszcze chwila, a zaczną dopłacać za ich nabycie” (s. 77).

„Kolorowa jednorazowość” wydaje się jedną z bardziej adekwatnych metafor ilustrujących – dokonujące się już prawie od ćwierćwiecza – przemiany polskiej przestrzeni. Polska oglądana oczyma rodzimych prozaików przypomina foliową reklamówkę rozdawaną wraz ze spożywczymi zakupami. Wyróżnia ją nietrwałość, bylejakość, lichość wykonania. Nierzadko te trzy dodatkowo podszyte są brzydotą. Sfrustrowany narrator „Trocin” Krzysztofa Vargi (Wołowiec 2012) nie bez przyczyny wykrzyczał przecież: „Pokonuję Polskę od lat, lecz wciąż jej nie pokonałem, ta Polska ciągle się broni (…), odradza się wciąż taka sama, z tymi samymi polami (…), brzydkimi domostwami brzydkich, złych ludzi” (s. 22). Rodzime krajobrazy pokonują bohatera, bo wciąż zwycięża go szpetota polskiej przestrzeni, jej tandetna bezsensowność, której wyróżnikiem mogą być świątynie „zazwyczaj przypominające wielki betonowy bunkier” (s. 22). Krajobraz polskiej małomiasteczkowej brzydoty rozgromił również narratora ironicznej powieści „Transformejszen” Redlińskiego. Zaintrygowany, ale i zniesmaczony, zarejestrował: „Kilkanaście brzydkich domów-klocków przy czterech ramionach skrzyżowania szosy krajowej z jakąś gminną asfaltówką. (…) po obu stronach asfaltówki, kontrowersyjna budowla otoczona trzymetrowym parkanem z blachy i jednopiętrowy dom-klocek z czarnego siporeksu” (s. 5).

Tandeta i bylejakość, kierując się opowiadaniem „Swojszczyzna” Łosiak, to już właściwość organiczna, charakterologiczna rysa, skaza i piętno. Dla narratorki wspomnianej historii stanowi szczególny wyróżnik kielecczyzny. Kierując się podpowiedzią płynącą z tego tekstu („Wszyscy Polacy pochodzą spod Kielc”), można już mówić chyba o tandecie jako cesze ogólnonarodowej. Oto uniwersalny wyróżnik całego kraju, który – podobnie jak świętokrzyskie ewenementy – nie daje się wytłumaczyć, niczym te „ekskluzywne łazienki niepodłączone do kanalizacji” (s. 167).

Wśród krajobrazu „kolorowych banerów, co przykrywają swoim fałszywym optymizmem żelbet i szarość” (s. 134), jak Olszewski pointował w „Zapiskach”, nie może być wesoło. „W dziwacznej polskiej przestrzeni – oddając znów głos Olszewskiemu – gdzie mieszają się wielkie pieniądze, wielka bieda i wielkie bezguście” (s. 192), nietrudno o rozpacz nad rozszabrowaną, okaleczoną, torturowaną przestrzenią. Tym właśnie krajobrazom Olszewski poświecił gęstą tkankę i wyrazistą dykcję swoich „Zapisków”. W nich to z reporterską uwagą i literackim zacięciem, niczym duchowy brat Filipa Springera, filtruje gorejące i ropiejące rany polskiej przestrzeni. Opuszczonej, niedokończonej, przedobrzonej. Wydaje się, że mnogość spojrzeń na polskie krajobrazy lat ostatnich, nie zawsze tak uważnych, jak reportaże Springera i twórczość Olszewskiego, to głos istotny, ważący, głos nie do przeoczenia. Głos, a w zasadzie lament nad polską przestrzenią, która nieustannie fluktuuje, zagęszcza się i spiętrza. I woła, woła o uwagę. A nuż od uwagi zacznie się poprawa, od słów czyny. Tylko czy wtedy właśnie nie pozbawimy tej przestrzeni jej jedynego, immanentnego wyróżnika? Nie zaprzepaścimy chaotycznej, tandetnej wyjątkowości, odmienności w świecie zachodniego uporządkowania? Przecież „coś w tej Polsce jest” („Zapiski na biletach”, s. 73).