Wydanie bieżące

15 listopada 22 (238) / 2013

Kinga Kasperek,

MIĘSOŻERCA NA ROZDROŻU

A A A
„Zjadanie zwierząt” Jonathana Safrana Foera to książka sprawiająca niemały problem. Foer stara się kompleksowo zanalizować i zinterpretować fakt spożywania mięsa w Zachodniej kulturze – od kontekstów społecznych, przez definiowanie i redefiniowanie pojęcia „zwierzę, problem szowinizmu gatunkowego, historię rolnictwa, wpływ chowu przemysłowego na środowisku oraz biobezpieczeństwo. Najszerszą część publikacji stanowią opisy chowu poszczególnych gatunków na ogromnych, amerykańskich farmach: od narodzin aż po śmierć, z naciskiem na cierpienie, jakie odczuwają zwierzęta w przemysłowych halach hodowlanych.

Wspomnianym problemem nie jest opis warunków, w jakich są trzymane i zabijane zwierzęta. Chociaż Foer stara się szczegółowo odtworzyć cały proces, a obraz nie jest przyjemny, to bardziej wstrząsające i brutalniejsze świadectwa łatwo można znaleźć chociażby w Internecie. I tak jednak przykłady Foera mogą być szokujące: nie tylko opisuje on ciasne klatki wielkości męskiej dłoni, w jakich tłoczone są kurczaki, skład nafaszerowanych antybiotykami pasz i cały proces uboju – idzie dalej i wspomina o dodatkowych okrucieństwach wobec zwierząt rejestrowanych przez aktywistów i samych pracowników farm i rzeźni: biciu świń prętami, rozcinaniu na rzeźnickich hakach ciężarnych krów z żywymi cielakami w brzuchach, kopaniu kurczaków. Foer stara się skatalogować wszelkie cierpienie zwierząt, do którego doprowadza jedzenie mięsa. A dodatkowo – wzbudzić wyrzuty sumienia.

I tu zaczynamy się zbliżać do sygnalizowanego na wstępie problemu. Foer na początku książki pisze: „Na pewno warto byłoby napisać książkę o wegetarianizmie, ale ja tego nie zrobiłem” (s. 17), zaś w zakończeniu postuluje: „jeśli chcemy położyć kres okrucieństwu, bezwzględnie musimy przestać dofinansować katów” (s. 292). Zestawienie tych dwóch cytatów pozwala przedstawić istotne pęknięcie – a raczej – coraz mocniejsze upolitycznienie całej książki. I nie byłoby w tym nic złego (przecież jedzenie, a raczej niejedzenie mięsa jest w samo w sobie bardzo polityczne), gdyby nie nieustanne próby przekonywania czytelnika, że autor jest obiektywny, szuka tylko prawdy i daleki jest od wszelkiej indoktrynacji czytelnika – stawia go tylko przed faktami, które ten ma samodzielnie zinterpretować i podjąć właściwą decyzję, zgodnie ze swoim sumieniem.

Przyznam, że na początku dałam się zwieść – w końcu Foer zaczyna od wzruszającej historii o narodzinach pierworodnego, kiedy jako świadomy ojciec chciał dociec, co tak naprawdę kryje się w paczkowanym mięsie, jakie można kupić w supermarkecie. Jest jeszcze opowieść o żydowskich korzeniach i roli jedzenia w kształtowaniu się jego tożsamości. Później autor zwodzi nas dobrze znanym, antropologiczno-filozoficznym dyskursem. Mamy więc i cytaty z Jacquesa Derridy (z „L'animal que donc je suis”), szokowy kurs z szowinizmu gatunkowego (w postaci przepisu na psa z ananasem), sokratesowe szukanie odpowiedzi i budowanie definicji pojęć związanych z hodowlą, takich jak „ból”, „bojler” czy „jedzenie niekonwencjonalne”. I pierwsze niebezpieczeństwo można wyczuć już w swobodnie stawianych definicjach – co prawda można łatwo rozpoznać, po której stronie barykady stoi Foer, wciąż przekonuje wszakże o obiektywizmie swoich poglądów. Już jednak we wspomnianych definicjach silnie ocenia pewne zjawiska, a w dalszej części tekstu dalej używa różnych gatunków literackich, aby skutecznie przekonać czytelnika do swojego punktu widzenia. W moim odczuciu jest to istotna wada książki. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby autor na wstępie jasno zadeklarował, po co książkę napisał i do czego będzie przekonywał czytelnika. Jednak manipulowanie emocjami i językiem (nie można wymagać od czytelnika obiektywnej oceny, gdy np. pracownika rzeźni nazywa się „katem”) przypominać może cios poniżej pasa. Tak jakby Foer obawiał się, że w dyskusji o prawach zwierząt i wegetarianizmie racjonalne argumenty i dokumentalne zapisy z farmy nie wystarczą, aby udowodnić, że chów przemysłowy jest zły. Książka w oczach odbiorcy może przez to stracić na wiarygodności, a chyba nie o to chodzi. Sama narracja jest bardzo eklektyczna – raz mamy do czynienia z językiem naukowym, wywodem antropologicznym i historycznym, później z bombardowaniem faktami, dokumentalnymi zapisami z wizyty na farmie, rozmowami z pracownikami farm, farmerami, aktywistami… Wszystko w rodzinno-osobistej otoczce. Zdaje się, że Foer starał się sięgnąć po wszystkie dostępne środki, aby przekonać czytelnika do swoich racji.

Całkowicie niepotrzebnie. Gdyby pominąć większość aspektów kulturowych i społecznych (włączając w to niezrozumiałe z punktu widzenia struktury całej książki wzmianki o Derridzie) i skupić się na danych – opisie życia zwierząt w fermach, procesie zabijania, rozmowach z osobami zaangażowanymi w biznes mięsny, wpływie chowu na środowisko i bezpieczeństwo – myślę, że całkowicie by wystarczyło. Siłą Foera jest współczucie – nie pisze o fermach z oddali. Sięga bliżej – przedstawia życie np. jednej kury w hodowli. Rozmawia z różnymi stronami konfliktu: osobami pracującymi na fermach przemysłowych i z aktywistami. Nie zapomina o aspekcie finansowym całego biznesu i rozpatruje chów przemysłowy przez pryzmat kapitalizmu i łamania również praw pracowniczych.

Nieoczywistym plusem tej publikacji jest poruszenie dwóch, mało popularnych w tekstach promujących wegetarianizm, problemów. Większość biesiad, organizowanych z ważnych dla rodziny/społeczności powodów zakłada jedzenie mięsa. Odmowa spożycia mięsa w takiej sytuacji jest często interpretowana jako opór w budowaniu więzi i tożsamości danej grupy. Foer stawia pod znakiem zapytania tradycję spożywania indyka na Święto Dziękczynienia – twierdzi, że jedzenie umęczonych, karmionych antybiotykami zwierząt, które nigdy nie widziały słońca jest sprzeczne z założeniami tego święta. Trudno nie przyznać mu racji, ani nie zgodzić się również z poglądem, że wegetarianie jednak coś tracą, negując tradycje. Wegetarianizm podważa stare zwyczaje, a tym samym, tworząc nową tożsamość i nowe zwyczaje, skazują na zapomnienie pewną część kultury, z której wyrósł. Z jednej strony autor deklaruje tu obiektywizm i szuka dobrego rozwiązania. Zaczyna więc rozmowy zarówno z przedstawicielami firm zajmujących się chowem przemysłowym, jak i z aktywistami, dopuszcza też do głosu alternatywnych rolników – którzy zapewniają zwierzętom doskonałe warunki od urodzenia, aż do śmierci, zgodnie z zasadą „dobre życie, szybka śmierć”. Nie są one karmione antybiotykami, mają dostęp do wolnych wybiegów, mogą żyć zgodnie ze swoim instynktem, a przed samym ubojem są ogłuszane. Chociaż stanowisko autora staje się jasne po kilkunastu stronach, a reszta „Zjadania zwierząt” przypomina apologię wegetarianizmu, udaje mu się jednak dość dobrze przedstawić plusy takie etycznej hodowli. Może być to nowe rozwiązanie dla wszystkożerców, którzy odmawiają jedzenia zwierząt z chowu przemysłowego, i dla marzących o lepszym jutrze wegetarian – spożywanie etycznie hodowanych zwierząt rozwiąże ich problem wykluczenia i odcinania się od tradycji. Oczywiście, taka etyczna hodowla to trochę zrzucanie z konsumentów poczucia winy – które musiało pojawić się po lekturze „Zjadania zwierząt”.

Foer uparcie broni się przed tezą, że wegetarianizm jest mrzonką. Odwołuje się do współczucia konsumentów, odpowiedzialności za stan środowiska, sięga do takich autorytetów jak Martin Luther King i Cesar Chavez. W swoim wywodzie jednak zapomina, że w większości kultur mięso było stałym składnikiem diety, zaś wprowadzenie wegetariańskiej rewolucji i wyzwolenie zwierząt może być trudne. Warto jednak, aby nie tylko wegetarianie i świadomi konsumenci sięgnęli po „Zjadanie zwierząt” (akurat oni dobrze znają pewnie krwawe obrazki z ferm i rzeźni). Chociaż książkę trudno nazwać rzetelną pracą naukową, a jej aspekt dokumentalny również jest wątpliwy, sądzę, że zwykłemu zjadaczowi mięsa lektura mogłaby wyjść na dobre – aby przypomnieć sobie, skąd tak naprawdę pochodzi kotlet i co musiało przejść zwierzę, żeby mięso było takie tanie.
Jonathan Safran Foer: „Zjadanie zwierząt”. Tłumaczyła Dominika Dymińska. Wydawnictwo Krytyki Polityczej. Warszawa 2013.