Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (239) / 2013

Przemysław Pieniążek,

PĘDZLEM I PAZUREM

A A A
Gradimir Smudja jest artystą jedynym w swoim rodzaju. Oto absolwent belgradzkiej ASP, emigrant odnajdujący spokojną przystań we włoskiej Lukce, genialny karykaturzysta oraz rysownik satyryczny, sprawdzający się w różnorodnych stylach i technikach. Jego talent dostrzegli właściciele szwajcarskich galerii, na których potrzeby kopiował obrazy francuskich (post)impresjonistów. Przede wszystkim jednak serbski plastyk dał się poznać jako wyjątkowy autor komiksów, równą dekadę temu ujmując czytelników i krytykę swoim debiutanckim albumem „Vincent i Van Gogh”. To właśnie na kartach tej przezabawnej opowieści przedstawił alternatywną biografię holenderskiego mistrza, zgodnie z którą rudobrody malarz wcale nie był wybitnym artystą, ba, jego „talent” jest kwestią mocno kontrowersyjną. Kto w takim razie namalował klasyczne dziś płótna, pozostając szarą eminencją skrytą za plecami niecnego „uzurpatora”?

W komiksie Gradimira Smudji Van Gogh prowadzi samotniczy żywot, bez powodzenia starając się zaistnieć w artystycznym światku, w którym koledzy po fachu stale wyprzedzają go o krok. Przypadkowo odnalezioną na ulicy paletę z farbami mężczyzna poczytuje za znak Opatrzności. Zasięgając porady wróżki (której – mówiąc metaforycznie – słucha jednym uchem), umacnia się w przekonaniu, że najwyższa pora coś zmienić. Wyrusza więc do Prowansji, osiadając w malowniczym Arles. Niestety, nawet inspirujące otoczenie nie potrafi tchnąć w dzieła desperata ducha oryginalności. Pewnego wieczoru Van Gogh ratuje z opałów rudowłosego kota, dotkliwie poszarpanego przez swoich pobratymców. Bohater opiekuje się nieszczęśnikiem, który przypadkowo przerywa milczenie (biegle posługując się ludzką mową), zdradzając przy tym malarski geniusz, przekazywany w rodzie Vincenta  (wszak tak nazywa się charyzmatyczny kocur) z pokolenia na pokolenie, z czego skrzętnie korzystały takie niedołęgi pędzla, jak Rembrandt czy Delacroix.

Pomimo skrajnie odmiennych temperamentów protagonistów łączy silna, choć niewątpliwie burzliwa przyjaźń, która bynajmniej nie kończy się wraz ze śmiercią. Jak bowiem przekonuje lektura „Trzech księżyców” – stworzonej przed trzema laty kontynuacji nietuzinkowego komiksu – zgon jest zaledwie początkiem dalszych, nie mniej pasjonujących perypetii Vincenta i Theo Van Gogha. Tym razem zmartwychwstały tandem wyrusza w asyście tajemniczej dziewczynki (nazywanej Luną) w bajeczną podróż w czasie, przypadkiem trafiając do Hollywood, gdzie powstaje filmowy fresk o życiu i twórczości Van Gogha, reżyserowany przez samego… Alfreda Hitchcocka.

Zbiorcze wydanie komiksowego dyptyku Gradimira Smudji to podwójna przyjemność z przebywania w świecie, w którym dosłownie wszystko może się zdarzyć, zaś akt „zanurzenia w sztukę” nabiera całkiem nowego znaczenia. Autor jest mistrzem w subtelnym operowaniu surrealistycznym humorem, zarówno słownym, jak i sytuacyjnym oraz postaci. Z ujmującym dystansem Smudja mnoży aluzje do historycznych wydarzeń (głównie ze sfery kultury i sztuki), ale także do dzieł literackich, filmów oraz malarstwa. Fantastyczne plenery, pieczołowicie rozrysowana architektura oraz „gościnne” występy artystów takich jak chociażby Edgar Degas, Claude Monet, Paul Gauguin, Henri de Toulouse-Lautrec czy (stylizowana na ponętną kotkę) Brigitte Bardot to tylko niektóre z elementów proponowanej przez autora gry, w której ramach odbiorca ma szansę rozszyfrowywać wizualne kalambury inspirowane (nie tylko) dorobkiem impresjonistów. Niezwykle ciepła, sycąca oczy kolorystyka tomu, będąca równocześnie dowcipnym przyczynkiem do refleksji na temat przewrotnej natury artystycznego geniuszu, czyni z komiksu Gradimira Smudji wyśmienitą lekturę na zimowe wieczory. Tak, wieczory, bo do „Vincenta i Van Gogha” chce się wracać.
Gradimir Smudja: „Vincent i Van Gogh” („Vincent et Van Gogh”). Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawnictwo timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2013.