Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (239) / 2013

Maja Baczyńska, Mikołaj Stroiński,

KOMPOZYTOR MUSI BYĆ WIELOWYMIAROWY

A A A
Maja Baczyńska: Pochodzisz z rodziny o silnych tradycjach muzycznych...

Mikołaj Stroiński: Tak - głównie wśród męskich przedstawicieli rodziny. Ojciec był w młodości trębaczem jazzowym, brat z kolei gra bardzo dobrze na gitarze. Natomiast brat dziadka był dyrektorem i dyrygentem kieleckiej filharmonii. Dom zawsze rozbrzmiewał jazzem.

M.B.: Co więcej, kształciłeś się i w Polsce i za granicą.

M.S.: Owszem - uczyłem się fortepianu u bardzo dobrego pedagoga Wojciecha Kamińskiego i studiowałem na Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Później nastąpiła przygoda z Berklee College of Music, której nie zapomnę do końca życia. Edukacja w Polsce dała mi solidne podstawy, co pozwoliło mi rozwijać się dalej w Bostonie. Jednak muszę przyznać, że najwięcej nauczyłem się podczas pracy zawodowej.

M.B.: Czy jazz i muzyka filmowa to Twoje ukochane gatunki muzyczne?

M.S.: Interesuje mnie bardzo wiele gatunków, choć przyznaję, ze jazz zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Może dlatego, że kojarzy mi się z domem. A może też z uwagi na fakt, że intelektualnie jest najbardziej porywający. Ogólnie rzecz biorąc, chyba lubię skomplikowaną muzykę – taką, którą nie od razu jestem w stanie zrozumieć. Tak się składa, że najczęściej jest to muzyka klasyczna i jazzowa. Niemniej niezależnie od wszystkiego każdy gatunek ma w sobie swoją siłę i wzbudza we mnie inny rodzaj emocji. Z każdego czerpię, a czasem coś zapożyczam.

M.B.: Na co dzień mieszkasz w Los Angeles. Brzmi magicznie, wielu twórców marzy o wyjeździe do Stanów. Czy jedynie tam można prawdziwie „rozwinąć skrzydła”?

M.S.: Myślę, że skrzydła można rozwijać w wielu miejscach, ale… wszystkie drogi prowadzą do Los Angeles. Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. Przyleciałem tu zaraz po ukończeniu szkoły i znalazłem profesjonalne „zakotwiczenie”. Nawet jeśli inni zaczynali gdzie indziej, to mam wrażenie, że ciągnie ich właśnie w kierunku Kalifornii. Jest to centrum przemysłu rozrywkowego. Mówi się, że jeśli tu ci się powiedzie, to gdzie indziej tym bardziej. Stany są na pewno idealne do tego, by się rozwijać artystycznie - oferują dostęp do sztuki najwyższych lotów.

M.B.: Jakie dostrzegasz różnice w życiu w Polsce w porównaniu z życiem w Stanach?

M.S.: Przeważnie kulturowe. Sposób myślenia jest niemal tak rożny, jak geograficzna odległość i historyczne wpływy, które dzielą Polskę i Stany. Żyje mi się dobrze w obydwu krajach. Ciężko by mi było na dobre zrezygnować z któregoś z nich.

M.B.: Zdarza Ci się tęsknić za Polską?

M.S.: Nie nazwałbym tego tęsknotą za krajem, raczej za ludźmi, za miejscami i chwilami, które w Polsce zostawiłem. Po dwunastu latach tęsknota przybiera inne oblicze - mniej impulsywne, trochę bardziej świadome. Jest to uczucie tym dziwniejsze, że jest mi w Los Angeles naprawdę dobrze. Najbardziej tęsknię za pewnym miejscem w okolicach Suwałk, do którego jeździłem co roku przez całe życie, a ostatnio przestałem.

M.B.: Nagrody na konkursach, stypendia, byłeś również nominowany do tytułu „Kompozytora Roku”. Co uznałbyś za swoje największe dotychczasowe osiągnięcie?

M.S.: Chyba sumę wszystkich tych osiągnięć.

M.B.: A co uznałbyś za najciekawsze doświadczenie w Twojej pracy zawodowej?

M.S.: Odkrywanie jej właściwej istoty i tego, na czym tak naprawdę polega zawód kompozytora muzyki filmowej, z jak wielowymiarowymi zadaniami przychodzi mu się mierzyć. Należy mieć solidne wykształcenie muzyczne, być „specem komputerowym”, inżynierem dźwięku, aranżerem i producentem muzycznym, nie mówiąc już o aspektach stricte artystycznych. Dość ciekawe jest również to, jak muzyka (lub jej brak) wpływa na odbiór filmu. Dosłownie parę nut może wpłynąć na widza i coś dodatkowego mu zasugerować. Analiza tego procesu sama w sobie jest bardzo interesująca.

M.B.: Współpracowałeś z wieloma stacjami telewizyjnymi. Czego od kompozytora wymaga praca przy produkcjach telewizyjnych?

M.S.: Szybkości pracy w połączeniu z wysoką jakością produkcji. Zdarzały mi się dni, gdy komponowałem, produkowałem i sprzedawałem osiem minut muzyki dziennie.

M.B.: Taka sprzedaż dźwięków?

M.S.: Taka sprzedaż muzyki.

M.B.: Jesteś autorem muzyki do serialu HBO „Bez Tajemnic”. Co w pracy nad muzyką do tego projektu jest dla Ciebie najciekawsze?

M.S.: Oprócz oglądania „Bez Tajemnic”? Praca dla „Bez Tajemnic” to przede wszystkim wielka radość. W 90% pisałem muzykę pod napisy końcowe, czasem dosłownie zahaczając paroma sekundami o ostatnia scenę danego odcinka. Moim zadaniem było uchwycić właśnie te emocje z ostatniej sceny filmu i przenieść je na właściwe zakończenie. Było to zadanie dość trudne, bo bardzo abstrakcyjne, polegające nie tylko na wyczuciu postaci, ale także każdego z sześciu reżyserów biorących udział w projekcie. Gdy już byłem pewien właściwego kierunku i emocji, miałem dość sporo swobody twórczej i… żadnych punktów edycji na ekranie, które musiałbym synchronizować z muzyką.

M.B.: Piszesz również muzykę do gier. Czy masz jakieś marzenie odnośnie muzyki do gry, jaką chciałbyś napisać?

M.S.: Ciągnie mnie ostatnio do horrorów. Boję się ich okropnie, ale muzycznie dają możliwość niezłego popisu, można sięgnąć po atonalność i skomplikowany sound design.

M.B.: A inne kompozytorskie marzenia?

M.S.: Zawsze chciałem skomponować coś dużego na orkiestrę. Przez ostatnie lata dochodzę jednak do wniosku, że komponowanie „w eter” mija się z celem i że każdy utwór powinien znaleźć swoich odbiorców. Nie jestem pewien czy długie formy nie należą już do przeszłości. Chyba więc wolałbym napisać cykl krótszych utworów niż jeden potężny. Ale tak - utwór na orkiestrę lub na chór to jedno z moich marzeń.

M.B.: Jak w dzisiejszych czasach kompozytor powinien budować swój wizerunek na rynku?

M.S.: Nie znam odpowiedzi na to pytanie - sam nie wiem czy dobrze to robię. Na pewno powinien wzbudzać zaufanie i być dostępną i… miłą w obejściu osobą.
Fot. David Miezal.