Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (239) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

ZE STASIUKIEM PO BEZDROŻACH IMPERIUM

A A A
„Najlepiej, gdy jedzie się od Dukli” – czytamy na jednej z pierwszych stron. Tym razem więc „od”, a nie „do”, aczkolwiek różnica niewielka, bo u Stasiuka wszystkie drogi prowadzą na peryferie. Te zaś – na fali przełamywania hegemonii „centrum” i popularności rozmaitych regionalizmów – przeżywają dziś swoje pięć minut. Niemniej podczas gdy ich mieszkańcom zależy na wyszukaniu czegoś, czymś mogliby się reklamować: unikatowej kuchni, związków ze słynnymi postaciami itp., autor „Dziennika pisanego później” uparcie nobilituje te miejsca i te ich rysy, którymi na pozór nie ma się co chwalić. Korzyść tu chyba obopólna: one zyskują literacką reprezentację, on zyskał sławę centralnego (!) piewcy peryferii w naszej literaturze najnowszej, a także grono zagorzałych miłośników, niezrażonych faktem, iż tematycznie i stylistycznie się powtarza, iż łatwo określić jego idée fixe. Być może jednak głównym atutem tej prozy jest nie tyle nieprzewidywalność formalna, ile nieprzewidywalność drobiazgu?

Nowa książka Stasiuka to kolejny zbiór takich drobiazgów, podnoszonych wzdłuż zakurzonej drogi i zawartych w niemal 50 również drobnych, bo zazwyczaj trzystronicowych szkiców. A można się po owe drobiazgi schylać dlatego, że – zgodnie z tytułem – „nie ma ekspresów przy żółtych drogach”; autor zabiera nas bowiem znowu w nieśpieszną podróż po prowincji vel piaszczystych ścieżkach Imperium. Sam nie stosuje tego wyrazu, ale skojarzenia z naszym „wschodnim bratem” i z Kapuścińskim zdają się zasadne, ponieważ rozpoczyna od pierwszej wyprawy do Rosji (lub raczej przez nią, gdyż nie istnieje dlań punkt docelowy). Powraca ona też niekiedy w tle innych tekstów, skoncentrowanych na obszarach, które tworzą Stasiukową mapę naszkicowaną już w „Fado” czy „Jadąc do Babadag”: na wschodnich rubieżach Polski, Ukrainie, krajach bałkańskich. (Na marginesie [owej mapy] warto zaznaczyć, że parę spośród tych felietonów ukazało się wcześniej w czasopiśmie internetowym „Dwutygodnik.com” i w „Tygodniku Powszechnym”, a najwięcej we włoskim „L’Espresso”, ciekawie wyglądałoby więc przeanalizowanie tego, jak autor przedstawił swoją prowincjonalną Polskę na potrzeby zachodniego czytelnika).

Mówiąc o Imperium, nie mam zatem na myśli jedynie przepastnych połaci, które przemierzał rodzimy „cesarz reportażu”, lecz również pojęcie oznaczające zunifikowaną, płytką kulturę Zachodu. Nie pierwszy raz rzeczywistości spod znaku McDonald’s, modernizacji za wszelką cenę i przestrzeni wirtualnej przeciwstawia Stasiuk z jednej strony senną atmosferę małych miasteczek, z drugiej „przestrzeń (…) nieskończoności, z której niegdyś wynurzali się konni wojownicy, by podbić pół świata” (s. 18), słowem: obszary przemilczane przez bedekery oraz foldery touroperatorów. „Jedziemy po bezdrożach” – wyjaśnia wprost narrator – po wielu dziwnych, zapomnianych traktach (por. szkic poświęcony krajowej drodze nr 816).

Dlaczego wszakże następna podróż? Taki zew, trochę niczym w „Biegunach” Tokarczuk, w których „kto się zatrzyma – skamienieje”. Byleby na Wschód, gdzie doszukuje się Stasiuk archaicznych pokładów czegoś, co utraciła cywilizacja. Nietrudno o owo mistyczne odczucie w bezkresie Syberii czy pustyni Gobi, ciszy Mickiewiczowskich stepów, niemniej nawet tam udaje się „w pogoni za cudowną, migotliwą, hipnotyzującą materią świata” (s. 97). Dlatego też jest zdeklarowanym apologetą kiczu oraz „Polski C”, popegeerowskiej terra incognita z „Opowieści galicyjskich”; frapuje go prostoduszne konstruowanie przez ludzi tożsamości z rzeczy, których dostarcza cywilizacja ersatzu, próby zadomawiania się w świecie „pomimo wszystko”: „I tak teraz wygląda moja ojczyzna: jakby małpa bawiła się pędzlem. Mnie jednak to imponuje. (…) ta wolność od reguł, od estetycznej poprawności, od napomnień znawców, czasami wręcz od rozumu” (s. 132).

Rzecz jasna, nie dywagacje o małpie z pędzlem są tym, co wielu w jego prozie urzeka, ale sensualna wrażliwość, językowe wyczulenie na jakości fizyczne, które wszelako wymaga odpowiedniej materii; stąd bodaj nie najlepiej zdało egzamin w charakterystyce dworców i hoteli w „Dojczlandzie”, gdyż Niemcy ewidentnie nie są przestrzenią autora i nawet w tamtej książce wraca on do – jak to nazywa w najnowszym tomie – „mojej części Europy”. W „Nie ma ekspresów…” ów kontynent rozszerza on aż po Mongolię i Kirgistan, tam bowiem też odnajduje… no właśnie: tam po prostu się odnajduje. I z właściwą sobie plastycznością relacjonuje przeżycia wschodniego trapera, kreując się na twardego faceta, co to z chęcią rozbiera gaźnik UAZ-a, żeby znaleźć usterkę. Bieżące spostrzeżenia tworzą również kanwę dla przypomnienia „niepoprawnych” wątków autobiograficznych: po raz kolejny pojawiają się reminiscencje kontestacyjnej młodości i pobytu w więzieniu. Nie prowadząc badań pod tym kątem, zaryzykuję jednak tezę, że książki Stasiuka, w których motywy sensacyjne czy kryminalne oraz naturalistyczne wykazy brudów tego padołu dominują, nie cieszą się takim powodzeniem i uznaniem. Na szczęście ma on talent i predylekcje do fortunnego łączenia brutalizmu z refleksyjnym olśnieniem, do widzenia w rzeczach z pozoru nijakich, albo wręcz odstręczających – czegoś godnego namysłu i uwznioślenia.

Tak oto w nowym wyborze swych eseistycznych minireportaży (powiedziałabym: „impresji”, gdyby to zanadto poetycko się nie kojarzyło) pisarz znowu portretuje różnych spotykanych po drodze oryginałów: niekiedy drobnych pijaczków, niekiedy ludzi wybitnych, acz nieznanych szerzej; charakteryzuje oberka jako taniec nieco szamański i będący odpowiedzią chłopów na sytuację pańszczyźnianego zniewolenia; rozważa faktyczne i kontrfaktyczne losy Warhola i Nikifora (z pochodzenia Łemków), z ciekawej perspektywy przybliża chore wizje Mao Tse-tunga przy okazji odwiedzin w jego mauzoleum, snuje się po niepokojących, opustoszałych budkach po straży granicznej; przystaje na cmentarzu w Beskidzie Niskim, gdzie spoczywają włoscy żołnierze z Tyrolu walczący w armii Najjaśniejszego Pana; rozmyśla nad łańcuchem bytu, obserwując dokarmiane sikorki (nie trzeba obawiać się czułostkowości, por.: „na swój sposób fascynująca jest ta wędrówka materii: ubywanie jedzenia, przybywanie gówna” [s. 160]); zastanawia się nad specyfiką Cyganów; tworzy metafizykę pór roku (o utrapieniach marca: „To jest smutek Słowiańszczyzny, gdzie gdy coś się zaczyna, to zaraz się kończy albo zmienia we własne przeciwieństwo i żadna ostateczność nie jest ostateczna” [s. 20]); wreszcie próbuje unaocznić czytelnikowi wąchanie mroku albo przekonuje, czemu człowiek powinien hodować owce… Szczególne chapeau bas należy się Stasiukowi za to, że nawet felietony o tematyce aktualnej (nawiązujące do katastrofy smoleńskiej i tzw. sprawy ks. Lemańskiego) unikają publicystyki, przekładając kontrowersyjne zdarzenia na metafory uogólniające naszą polską dolę, abstrahujące od politycznej doraźności.

W żadnym ze szkiców na pewno nie mamy do czynienia z reportażami rejestrującymi fakty; jeśli „rzeczy same” otrzymują sugestywne, zmysłowe opisy, to aby odsyłać do autorskiego „ja” i jego wspomnień. Nie pierwsza to książka Stasiuka, którą nazwałabym itinerarium – nie w dawnym znaczeniu dokładnego opisu trasy podróży, ale w sensie relacji z przestrzennego zagłębiania się w melancholię; sam autor (z którym wolno tu wszak utożsamić narratora) zresztą pisze o wędrówce „pod prąd czasu” („Ten obraz i zapach były jak znaki wysyłane gdzieś z głębi czasu, gdzieś z najdalszego stepu” [s. 32]) oraz wyznaje, że jego wyprawy na peryferie stanowią mentalne podróże do krainy własnego pochodzenia. Nie jest to jednak kraina „sielska, anielska”, wszystko bowiem przypomina mu o przemijaniu i można zaliczyć go do „tych, co nigdy nie odnajdą straty”, zgodnie z podtytułem poświęconej melancholii monografii Bieńczyka. Za każdym widokiem czai się nostalgia („Ilekroć myślę, jak powinien wyglądać kraj, do którego się tęskni, widzę ten pejzaż. Idealny i nieosiągalny zarazem” [s. 7]), za każdym konkretem owej przestrzeni niczyjej skrywa się najbardziej niekonkretny, a zarazem najbardziej osobisty – czas. Nie bez kozery jako ostatni etap podróży przez Rosję widnieje: „pamięć”.

Obroną pamięci i tego, co już nigdy się nie powtórzy, motywuje swoje wędrówki autor. W związku z tym formułuje też swoje credo w szkicu „Z daleka”, w którym tłumaczy nie tyle „jak zostałem pisarzem”, ile po co nim został. Protestuje także nie wprost przeciw Imperium literatury, wierząc w oddanie przez tekst naoczności doświadczenia dzięki „ja” firmującemu i afirmującemu świat percypowany wszystkimi zmysłami: „Moje słowa są przesiąknięte tym wszystkim, co było. Przeszłość i doświadczenie nadają im sens” (s. 161). Niezależnie od problemów epistemologicznych, język to bądź co bądź zdradliwe narzędzie i czasami zdaje się wyślizgiwać nawet tak wytrawnemu operatorowi jak Stasiuk. Z jednej strony mamy zatem zgrabne metafory i poetycką przenikliwość, z drugiej – zgodne z wizerunkiem twardziela proste, suche opisy w stylu kawa (czy raczej johnnie walker) na ławę lub zdania typu: „Ułan Bator jest straszne. Codziennie sprawdzam w necie, jaka jest tam pogoda” (s. 17). Owszem, taki bywa styl reportaży, ale nie brak tutaj trywializmów; trafiają się też całkiem odmienne potworki w rodzaju zdania: „wokół tylko monotonny horror przyrody, z którego nie płynie żadna nauka prócz tej, że ze swoją linearną i progresywną wizją egzystencji nie jesteśmy żadną koroną stworzenia, tylko smutną aberracją” (s. 20).

Mimo powyższego nie ulega wątpliwości, iż zdecydowanie lepiej niż rozbudowane fabuły wychodzą bardowi prowincji krótkie formy. Jedne kapitalne, inne gorsze, parę razy wysilona puenta szkodzi całości, kiedy indziej właśnie puenta uwypukla coś więcej w prozaicznym zjawisku. W każdym razie perełkami są szkice takie jak ten, w którym zamiast banalnych wywodów dyskursywnych Stasiuk umożliwia czytelnikowi asystowanie mu w obserwacji owieczek w Mongolii przychodzących na świat przy ekstremalnym mrozie, a tym samym w uchwyceniu poruszającego zwycięstwa samego życia. Oto jeden z drobiazgów wspomnianych przeze mnie we wstępie. Jeśli ktoś nie ma dość opowieści Stasiuka, który potrafi „w ziarnku piasku ujrzeć świat cały” (Blake), to nie zawiedzie go również „Nie ma ekspresów…”. Na owych piaszczystych drogach odnajdzie niejedno szkiełko, które autor podnosi ku słońcu, by pokazać, jak opalizuje w nim cały świat. Trafnie nazwał Czapliński „Duklę” gnostyckim traktatem opisowym, skupionym w znacznej mierze na świetle, a „ten blask wydobywający się z nieznanego” (s. 6) ujrzeć możemy także w nowej książce. O jaśniejącej nad ranem Wenus mówi narrator, iż wygląda „jakby (…) była jedynie (…) pęknięciem w czerni nocy, przez które przenika jakaś przedwieczna, nadprzyrodzona jasność. Jakby tam było coś, o czym nie mamy za dnia pojęcia, i trzeba chłodu wrześniowego świtu, by na ułamek czasu to dostrzec” (s. 102). Oto przebłysk spoza „migotliwej materii świata” – „prześwit” Bycia, albo, słowami autora, po prostu „cud doświadczenia”.

Kto lubi Stasiukową mieszankę szorstkości z zadumą i liryzmem, czy nawet epifanicznością, nie powinien zatem żałować, jeśli spędzi z nim „dzień na wschodzie Polski” (i nie tylko) – tak brzmi tytuł jednego z rozdziałów. Dowiadujemy się z niego o wizytach pisarza w więzieniu z pogadankami, podczas których wyświetla osadzonym zdjęcia ze swych wypraw: „Wybieram miejsca piękne i puste: Mongolia, Syberia, Daleki Wschód. Patrzą w półmroku na ekran, na nieskończoność stepu, na bezmiar Ałtaju i wyobrażam sobie, że ich dusze doznają czegoś na kształt oczyszczenia, czegoś na podobieństwo tęsknoty i na tę krótką chwilę opuszczają ciasną, gorącą i nieco smrodliwą salę” (s. 51). My również możemy opuścić nasze ciasne mieszkania, gorące galerie handlowe i smrodliwe metropolie, by wybrać się w podróż żółtymi drogami w miejsca puste, lecz pełne znaczeń, a może nawet – sensu.
Andrzej Stasiuk: „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.