Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (239) / 2013

Michał Paweł Urbaniak,

ZAGLĄDAJĄC DO STUDNI

A A A
„Studnia” Grzegorza Filipa to, najogólniej ujmując, powieść o wzajemnym docieraniu się ludzi, którzy teoretycznie powinni być sobie najbliżsi (choćby ze względu na łączące ich więzy krwi), a właściwie pozostają zupełnie obcy. Porozumienie nie jest proste. Ojciec i córka – bo to wokół ich trudnej relacji zbudowana jest ta książka – muszą najpierw zrozumieć samych siebie, aby otworzyć się na drugiego człowieka.

Mieszkający w Lublinie Janusz dziesięć lat wcześniej stracił żonę, a zaraz potem córkę (pierwsza zmarła, a druga wyjechała do Londynu, aby tam osiąść na stałe), przerwał też dobrze rokującą karierę naukową. Do tej pory dobrze funkcjonował w świecie zdominowanym przez silne kobiety (począwszy od matki, przez żonę, aż po córkę), a cień, w który się wycofywał, bardzo mu odpowiadał. W rzeczywistości bez Anny i Grażyny nie umie się odnaleźć („Dotąd otaczało go w domu bo­gactwo wrażeń: witalność żony obserwował z dystansu, ze swego kąta kibicował sukcesom i porażkom córki. Wszystko grało wielowymiarowo, zderzało się, ucierało. A teraz? Teraz wiedział, że musi mu wystarczyć to, co sam wnosi do swojego mizernego życia”). Obecnie prowadzi ustabilizowaną, ale dosyć monotonną i nudną egzystencję. Można ją nawet nazwać niepełną, namiastkową. Związek z rezolutną i pełną ciepła Ireną nie ma mocnych podstaw (kobieta nie czuje się pewnie jako partnerka Janusza), pogawędki z pomocą domową – młodą, śliczną Ukrainką Aloną – mają rekompensować nieobecność córki, a przyjaźń z dawnym kompanem z uczelni przyjaźnią jest tylko z nazwy (Teodor tak naprawdę nie lubi Janusza), zaś w tworzeniu książki o wpływie kultury masowej na szkolnictwo wyższe brzmią echa nieodwracalnie zmarnowanego potencjału zawodowego. Janusz wierzy, że przyjazd córki nie tylko zmieni dość chłodne i nieco sformalizowane stosunki rodzinne, ale również pomoże mu w ostatecznym pogodzeniu się z tym, co już minione. Wyzna: „Dotąd czułem, że Grażyna gdzieś tam się rozwija, zaczęła nowy etap życia, urodziła dwoje dzieci, a ja tu nie mogę czegoś zamknąć. Że wciąż tkwię w tamtej epoce. I teraz to się skończyło. Tym razem ja otwieram następny rozdział. To wielka ulga”.

Grażyna jest atrakcyjną, przedsiębiorczą i dosyć apodyktyczną trzydziestoparolatką. Do Londynu wyjechała, uciekając przed życiową pustką, jaka zapanowała po śmierci Anny. Zamierzała też uwolnić się od „ojca nieudacznika” (jak określa Janusza), który owdowiawszy, zupełnie się pogubił i szukał w Grażynie oparcia – a tego ona nie mogła i nie chciała mu dać.

Kobiecie wcale nie zależy na odbudowaniu relacji z ojcem, którego w gruncie rzeczy darzy niechęcią i pogardą (przejętą od matki). Przybywa do Polski, chcąc odnaleźć się na nowo. Kieruje nią impuls, który zrodził się, gdy w lustrze londyńskiej przymierzalni dojrzała prawdziwą siebie („zobaczyła niby to samo co zawsze odbicie, które tym razem ukazało jednak kobietę zgorzkniałą, pozbawio­ną dawnej, młodzieńczej ruchliwości, za to otoczoną sztucznym blaskiem. Tęsknotę za tamtą, nieistniejącą dziewczyną próbowała zrazu w sobie odnaleźć, lecz odrzuciła ten zamiar. Odczuła przy­mus zmiany. Potrzebny mi powrót, zdecydowała”). Po przyjeździe bohaterka prawie nie spędza czasu z ojcem – trzyma Janusza na dystans i obarcza go opieką nad swoimi dziećmi (owoc krótkotrwałego związku z Tomkiem, który „okazał się taki sam jak tata. Ważne było, co on czuje i czego potrzebuje. Ona się nie liczyła. Że miała ambicje, pragnęła się rozwijać – to cóż? Jej marzenia trzeba było podporządkować męskim wymaganiom”). Sama zaczyna się spotykać z Hubertem Zwolskim, żonatym przyjacielem z dawnych lat. Swego kochanka traktuje czysto instrumentalnie – ważniejszy od niego jest sam romans, który pozwala jej połączyć teraźniejszość z przeszłością („czuła jakiś dziwny powrót do tamtego czasu, dobrego czasu, jakby w wariackim tempie przejechała się okrakiem na wirującej wstecz wskazówce zegara”). Niezależna i skoncentrowana przede wszystkim na sobie Grażyna wydaje się literacką siostrą innej bohaterki z prozy Grzegorza Filipa. Celina Różycka (opowiadanie „Dziennik Julii” zamieszczone w antologii „Zemsta jest kobietą”) po osiągnięciu międzynarodowego sukcesu artystycznego, bez żalu zostawia kochającego męża i dorastające dzieci, powodując zupełny rozpad rodziny. Podobnie Grażyna nie ogląda się na nic, wolność jest dla niej najważniejsza. Może się wręcz wydawać, że celowo zdradza pozostawionego w Londynie, oddanego jej bezgranicznie Jeffa, aby zniszczyć związek, który przez swą stabilność stanowi zagrożenie dla niezależności („Im mocniej oddawała się Jeffowi pod opiekę, w tym większy wpadała popłoch. Pająkowi wystarczy kilka godzin. Sieć powstaje nie wiadomo kiedy”).

Spotkanie Janusza i Grażyny jest trudne i nieco rozczarowujące dla obojga. Okres wzajemnego oddalenia wcale się nie kończy.  Ona widzi w ojcu tylko zamkniętego w sobie, celowo sytuującego się na marginesie życia nieudacznika (tego samego przeciwko któremu dawniej wraz z Anną tworzyły wspólny front). Z kolei Janusz czuje się zawiedziony brakiem porozumienia – miłość i tęsknota, które odczuwał do przebywającej za granicą Grażyny, powszednieją i zaprawiają się żalem i irytacją, gdy kobieta przybywa w Polsce. Ponadto nie potrafi rozmawiać z dorosłą córką – swoje przemyślenia kieruje do tajemniczej, najpewniej wykreowanej przez siebie postaci, która pojawia się wraz z przyjazdem Grażyny. Garbarek (bo tak nazywa go Janusz ze względu na podobieństwo do słynnego jazzowego muzyka) to chyba najciekawszy bohater w „Studni” – być może ze względu na swoją zagadkowość. Reprezentuje świat nadprzyrodzony, ale pozostaje przy tym niezwykle ludzki. Można go określić mianem psychologa (rozmowy z nim są prowadzone w języku charakterystycznym dla terapii), który nazywa rzeczy po imieniu, niejednokrotnie zachęca do działania. Jednocześnie Garbarek wchodzi w rolę czułego, opiekuńczego brata, jakiego Janusz zawsze chciał mieć. Ta postać – choć może wprowadza do niepasujący do tej na wskroś realistycznej powieści element magiczny – wydaje się w „Studni” niezbędna. Dzięki Garbarkowi Janusz – raczej nieprzyzwyczajony do szczerej rozmowy z kobietami – głośno wypowiada swoje uczucia. Zaczyna się też dogłębnie zastanawiać nad relacją z córką, czy – ogólniej ujmując – nad kwestią rodzicielstwa („Kiedy dzieci przestają być nasze […]. Przychodzą na świat w atmosferze radości, a potem stopniowo je tracimy. Czy kiedykolwiek do nas należą? […] Czy są nam coś winne? Czego mamy się po nich spodziewać?”).   

Jak już wspomniałem, bohaterowie, aby się pojednać, muszą najpierw zrozumieć samych siebie. Takie zrozumienie dokonuje się poprzez tytułową studnię. To właśnie w odbiciu studziennej wody można dostrzec własne „ja”, zaglądanie w głąb studni to symboliczne patrzenie w samego siebie (warto zauważyć, że motyw odbicia jest niezwykle istotny w tej książce – to właśnie obserwacja poczyniona w lustrze londyńskiej przymierzalni pośrednio skłoniła córkę Janusza do odwiedzenia rodzinnego kraju). Janusz zanurza się w onirycznej studni, aby odkryć szarzyznę i pustkę swej egzystencji. W toku powieści także Grażyna przypadkowo natyka się na zabytkową studnię, z którą wiążą się wspomnienia niegroźnego, ale traumatycznego wypadku z dzieciństwa (mała Gaba – bo tak nazywali ją rodzice – pędząc w stronę studni, przewróciła się i rozbiła sobie czoło o twarde kamienie). Odczytując to zdarzenie symbolicznie, można stwierdzić, że dziewczynka nie była jeszcze gotowa na samopoznanie – ten czas nadszedł dopiero w dorosłym życiu. To właśnie pod wpływem spojrzenia w studnię Grażyna ostatecznie porzuca Huberta i wraca do ojca i dzieci. Nie bez znaczenia jest to, że punkt zwrotny w tej powieści (i zarazem prawdziwa konfrontacja ojca i córki) następuje tuż po powrocie kobiety. To wtedy wybucha brzemienna w skutki kłótnia, podczas której bohaterowie wylewają swoje żale i frustracje. Znika dystans, tłumione uczucia zostają ujawnione. Gnana kolejnym impulsem Grażyna ucieka z domu, a Janusz przypłaca nadmiar stresu zawałem serca. Niejako w następstwie tych dramatycznych okoliczności oboje w końcu zbliżają się do siebie. Grażyna otwiera się przed ojcem (dokonuje swoistej spowiedzi, stojąc przy jego szpitalnym łóżku). Również on pośrednio otwiera się przed nią (Grażyna przypadkowo znajduje jego prywatne zapiski, które pozwalają na lepsze poznanie Janusza). Jednak najbardziej znacząca dla przyszłego porozumienia okaże się też odkryta przez Grażynę kartka pozostawiona przez matkę. W krótkim zapisie Anna dokona pesymistycznego podsumowania swego życia i jednocześnie zestawi razem męża i córkę na liście rozczarowań. Budowany przez wiele lat kobiecy front przeciwko Januszowi okaże się mitem. Jednocześnie te zapisane słowa popchną ku sobie Grażynę i jej ojca, pozwolą na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Nie będzie to jednak łatwe. Wbrew pozorom to nie kolejna ckliwa powieść o cudownej przemianie bohaterów z banalnym finałem „i żyli długo i szczęśliwie”.

Przy omawianiu „Studni”, nie można pominąć tradycyjnej formy, w którą autor „Dziennika Julii” ubrał historię Janusza i Grażyny. Grzegorz Filip nie eksperymentuje zbytnio, nie kokietuje czytelnika grami językowymi, nie stawia na szokujące sceny (a i te zapewne mogłyby tu znaleźć swoje miejsce), nie miesza narracji, nie rozbudowuje też nadmiernie swoich postaci, których emocje często pozostają tu nienazwane, kryją się gdzieś między wierszami – być może właśnie dlatego Janusz, Grażyna, Irena, Oliver, Julek czy Hubert (w gruncie rzeczy tak zwyczajni, wręcz pospolici!) mają w sobie wiele życia, nie wydają się skrojeni według gotowych literackich szablonów. Można oczywiście Grzegorzowi Filipowi zarzucić niewykorzystany potencjał dobrego pomysłu czy pewne uproszczenia – tyle że takie oskarżenia okażą się bezzasadne. „Studnia” po prostu sama się broni, a tradycyjna forma okazuje się jednym z największych atutów tej książki.

„Czemu wciąż coś przeżywamy i bez końca wynajdując problemy, męczymy się sami ze sobą? Pielęgnujemy wrażenie, że nasze życie jest nieudane, tęskniąc nie wiadomo za czym, tymczasem sami jesteśmy sobie winni. (…) Istnienie (…) to oczekiwanie. (…) A przecież można inaczej” – to stwierdzenie Huberta mogłoby być mottem debiutanckiej powieści Grzegorza Filipa. Życie Grażyny czy jej ojca zdaje się wiecznym czekaniem, zawieszeniem. Bohaterów blokują ich własne traumy, dawne i obecne lęki, siła przyzwyczajenia a także zamknięcie na drugiego (często najbliższego!) człowieka. „Studnia” stanowi nie tyle ciekawy zapis mierzenia się z letargiem, co uporczywego trwania w nim (wyzwolenie przychodzi jakby z zewnątrz). Grzegorz Filip przedstawił ten problem przekonująco, choć może nie spektakularnie – to jednak nie jest mankament tej prozy. Wszak czasem nie potrzeba wielu literackich eksperymentów, aby stworzyć naprawdę dobrą powieść. To właśnie ten przypadek.  
Grzegorz Filip „Studnia”. Wydawnictwo JanKa. Pruszków 2013.