Wydanie bieżące

15 września 18 (66) / 2006

Ryszard Chłopek,

WERGILIUSZ W AFRYCE I AZJI

A A A
Kiedy zacząłem czytać nie wiedziałem jeszcze, co ze mną zrobi ta książka, nie wiedziałem, że można tak pisać. Że można swoje światy tak zanurzyć w baśni, w podróży, we śnie, w marzeniach z dzieciństwa. Że można taką kolonię założyć w moim mózgu, że można na brzegach wyobraźni dyskretnie wysadzić desant złożony właśnie z wierszy, najcichszych sabotażystów jakich zna historia.

Różycki w połowie drogi swojego żywota wyruszył w podróż po magicznym świecie. Podróż, która jest powrotem w krainę dzieciństwa. Odbywa się tropem tamtejszych bohaterów – Tomka, Winnetou, Piotrusia Pana, Kapitana Nemo. Jest również wycieczką orientalną, o czym najdobitniej świadczy każdy tytuł: „Kawa i tytoń”, „Kreole i metysi”, „Burza”, „Rajska plaża”, „Droga do Indii” i tak dalej.

W każdej z tych wędrówek przewodnikiem jest Różyckiemu Mickiewicz – słowiański Wergiliusz, przewodnik, poeta z Litwy. To jest nawet logiczne, zważywszy na genialne powroty i wyprawy: „Pan Tadeusz” oraz „Sonety krymskie” subtelnie patronują „Koloniom”. Cóż może jeszcze autor „Reduty Ordona” przynieść poezji XXI wieku? Czyżby już dwieście lat nas karmił ten sam chleb? Mickiewicz jest w „Koloniach” obecny w każdej frazie – na poziomie składni, metaforyki, leksyki. A nawet w samej formie literackiej – osławiony sonet. I okazuje się, że autor „Dziadów”, jeśli się go nie „brązowi” ani nie „odbrązawia” tylko po prostu czyta, potrafi być inspirujący jak nikt inny. Zresztą Mickiewicz i Różycki to dwaj najwybitniejsi „soneciarze” polskiej literatury. Już to pokrewieństwo przesądza o wszystkim.

Mickiewicz jest zresztą przywołany wprost. W wierszu „Rasa” dla J.M.R. (Jarosława Marka Rymkiewicza) Różycki nawiązuje do książki tegoż „Żmut”, pisząc właśnie o poecie z Litwy. Pisząc o jego splątaniu („żmut” po litewsku podobno oznacza splątanie) ze wszystkim, z poezją, z polityką, z kobitami, z magią, ze snem, z sobą samym, z nami. W tym i z nim – z Różyckim. „(...) śpi wciąż // z Księżniczką Izraelską, ona zdziera z siebie przed lustrem / sierść, jest matką jego dzieci, których są miliony”.

Ale nie tylko wezwany po imieniu pojawia się wieszcz. Jest zapraszany wielokrotnie. Włącza się do rozmowy. „I znowu Paryż (...), całe to gadulstwo / intelektualistów, zupełnie bezradne / wobec ilości serów, odmian kawy, armii / zapylonych butelek, wobec światła, łóżka // stu rodzajów miłości i dwustu rozpusty, / potem deser i koniak. (...) Więc język wyraźnie czuje smak, ale ma do dyspozycji pustkę”. To „Pan Tadeusz”, „Epilog”. „O tym-że dumać na paryskim bruku” i tak dalej. Gdzie indziej sonet „Żywy towar” wzywa Konrada z III części „Dziadów”. Tego, który w wigilię Bożego Narodzenia w wileńskich lochach śpiewa pieśń, która najpierw braci rodaków gryźć musi, a komu kły zapuści w duszę, ten jak ona musi zostać upiorem. „(...) słowo (...) wezwie ku pomocy / niebo i grudkę piekieł, i że będzie w nocy / poruszać się i jęczeć, gryźć i maszerować / przez wszystkie nasze łóżka (...) I czarnym językiem / będzie musiało co nocy czyjejś krwi skosztować”.

Różycki wywołuje duchy. Nie tylko tego jednego. Pojawiają się Słowacki, Wierzyński, Schulz, Miłosz, Herbert. Nasi wielcy zmarli. Zaprasza też kolegów – Świetlickiego, Podsiadłę. Trwa dyskusja. Wszystkiemu przewodniczy nadal Mickiewicz. Różycki notuje. Ale robi to na swój sposób – swoim sonetem, swoją frazą, swoim oddechem i rytmem. Z tego rodzi się bardzo uroczysta polifonia. Kiedy – na przykład – melodia Świetlickiego brzmi wyraźnie i harmonijnie w dźwiękach autora „Dwunastu stacji”: „Gdzieś tu. Gdzieś tam. To boli / troszkę. To zawsze boli tak za pierwszym razem. / Więc jest nic, nic ma kolor, nic sprawuje władzę / nad fizyką, to boli. Będziemy się bronić”.

I jest historia. Nieunikniona. Fascynująca. Przeważnie ta związana z II Wojną Światową, która się wdziera w codzienność. Która splątuje ze sobą losy wypędzonych stąd i wypędzonych stamtąd. Lwów. Opole. Wrocław. Ukraińcy. Polacy. Niemcy. Żydzi. Ormianie. „Ci, którzy wysiedlali, mieli / twarze znane z żółtych fotografii, ale nie znałem / imion, ani języków, jakimi przemawiali. Na każdej / stacji wsiadali, wysiadali, dzieci i kobiety, // ci z rodziny i z dalszej, Ormianie i Żydzi, i żołnierze / w mundurach trzech rozbitych armii, i każdy opowiadał historię o pięknej młodości”. A gdzie indziej: „Wrocław, czarne morze ruin, który potem zesłani chcieli odbudować / tak, żeby był podobny choć trochę do Lwowa”.

Pełen romantyzm. Sonet. Wieszcz. Duchy. Fascynacja historią. Poeta zdominowany przez geniusza liryki w powracającej refrenicznie frazie – kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze. Orientalizm. Pielgrzymka. Fantastyka, jak choćby w wierszu „Bóstwo”, gdzie „Nagle w środku miasta pojawia się wulkan”. Ruiny, popioły, destrukcja. Szaleństwo. A na koniec śmierć. I bohater rozdarty, bardzo romantyczny, zadumany nad sobą. „I we mnie też jest ciemność, odrobina światła // i czarne ślady stawiam na białych powierzchniach”. Kiedy zacząłem czytać, nie wiedziałem, że można jeszcze tak pisać, że to jest możliwe. Żeby z pomnika wydobyć krew, pot oraz pneumę. Żeby zaszczepić ją we mnie. Żeby mnie ukąsić.
Tomasz Różycki: „Kolonie”. Znak, Kraków 2006.