Wydanie bieżące

15 września 18 (66) / 2006

Paweł Lekszycki,

KU CZEMU TEN HYMN?

A A A
„Utwory Jacka Podsiadły są często hymnami afirmującymi życie i każdy jego przejaw, są pieśniami pochwalnymi na cześć wszelkiego istnienia. To wiersze, które próbują ukazywać piękno każdego z elementów natury, jej mityczny, nieskazitelny byt pełny dobra i miłości.” Oto, w jaki sposób w opisuje poezję kultowego poety poeta debiutujący tomem „Soma” – Łukasz Jarosz (ten i następny fragment, który przytoczę poniżej, nie pochodzą, rzecz jasna, z nowowydanej książki Biura Literackiego, lecz są fragmentami obszerniejszej pracy badawczej Łukasza Jarosza, zapewne magisterskiej). I, czytając świetny, a w wielu miejscach wręcz porywający zbiór poezji autora „Światłoczułych”, nie sposób się oprzeć wrażeniu, że gdzieś już się słyszało tę pieśń, ów hymn, że takty nie są nam obce, dyrygent, niech będzie – bohater, niezbyt odległy. Ot – serdeczny, wrażliwy chłopak dziwiący się pięknu świata, piękno to afirmujący w każdym jego przejawie, choćby w wierszu przed chwilą wspomnianym, w „Światłoczułych”, gdzie ciepłym spojrzeniem taksuje pielgrzymkową armię wiernych, podążających w aurze słonecznego lata ku miejscu religijnego kultu. Jest sierpień, przyroda szczodrze częstuje jagodą, maliną, paprocią oraz łubinem. Wystarczy wyjść na spacer z wiernym przyjacielem psem, by poczuć smak świata i światła, chłonąć go, chłonąć z radością.

Chłopiec to melancholijny, nienachalnie refleksyjny, chciałoby się powiedzieć: Filon od Laury w chruścinie wiersza ukryty. Młody mężczyzna o naturze spokojnej, dalekiej od rewolucyjnych uniesień, rozkochany we wsi łagodnej (powie o sobie: „jestem jak człowiek pierwotny”), rozkochany w kobiecie, dla której pod koniec sierpnia napisze czuły wiersz o tym, że koniec sierpnia jest czasem dobrym do napisania wiersza dla niej. Wrażliwość, tętno autentycznego przeżycia czynią poezję Jarosza istotnie pieśnią pochwalną, ale czy tylko życia, miłości? Czy przede wszystkim? Wszak w ową sielską scenerię, przywoływaną z albumów, strychów, poddaszy czy tylko wspomnień i marzeń snutych podczas pieszych wędrówek, wkrada się lęk (bo przecież nie strach, którego źródło jest identyfikowalne, a przez to i uleczalne), lęk przed nieobliczalnym, nieubłaganym w swoim upływie – czasem. Lęk – łatwiej powiedzieć – przed śmiercią. Zdawać by się mogło, że jest tak, jak chce widzieć to Bohdan Zadura: „śmierć, która jest w tle, podkreśla tylko urodę opisywanego świata”. Mogłoby się zdawać.

„Myślę o znamionach upływu czasu, którym świadkujemy” – powie bohater, ja liryczne, w jednym z pierwszych wierszy książki, a potem przeplatać będzie w „umiarkowanie narracyjnych” lirykach liczne owych znamion przykłady: w lesie przypadkiem odnalezione drzewo, na którym zatrzymał się piorun; zabite i patroszone na haku zwierzę, ćwiartowane mięso; przebity widłami szczur; szczur pożerany przez węża; bite przed śmiercią zwierzęta. Smutna refleksja i nieukojone przeczucie czegoś nieuchronnego rozlewają się szeroką deltą w debiutanckim tomie Jarosza. Skrzypią pod podeszwą w pewien zimny, grudniowy dzień (przyrównany do kości), kruszą się z każdym krokiem (depczącym kość lodu), dają się poznać w obrazie zagryzionej przez kundle kury, w obrazku zasadzającego się na wróbla kota, obecne są w sytuacjach intymnych z kobietą, gdy leżąc obok niej, obejmując ją wreszcie – on, czuły i kochający, wyobraża sobie, że „w takiej pozycji będziemy leżeć po śmierci”. A w wierszu tytułowym – kiedy nagie ciała kochanków obejmują się w ciemnościach (brrr), gdzieś w obcym (brrr) domu: „drżą jak przed operacją, jakby czekały na dłuto, kleszcze, trepan”. Brrr!

Współobecność na zasadzie kontrastu, asymilacja życia i śmierci, których wątki na kartach literatury są – rzec można bez lęku o obciach – wszechobecne, wpisują debiutancką książkę Jarosza w poczet Szarzyńskich, Naborowskich i wreszcie... Podsiadłów! O tym ostatnim olkuski poeta napisze jeszcze (tutaj pozwolę sobie przytoczyć ów drugi, zapowiedziany już wcześniej cytat z Jarosza): „Zaskakujący zatem jest w tej poezji (tj. Podsiadły – przyp. P. L) pojawiający się motyw śmierci, przemijania, nicości. Obok wierszy afirmujących życie paradoksalnie pojawiają się utwory przepełnione bólem, smutkiem, świadomością nieodwracalnego upływu czasu. W strofy pełne życia wkracza śmierć, w wersy pełne światła, radości, szczęścia wkracza mrok, cień, smutek. Przeplatanie się elementów dotyczących pochwały istnienia oraz tych, w których pełno śmierci i nicości jest zaskakującym paradoksem, jaki wyróżnia poezję Jacka Podsiadły”.

Cóż zatem wyróżniać będzie lirykę Jarosza? Czy i ten sam, „podsiadłowy” paradoks współistnienia obok siebie, w jednej przestrzeni, witalności życiowej i śmierci, nicości? Bo raczej nie konstrukcja bohatera, oddanego refleksji „ja” lirycznego, snującego piękną (nie będę zaprzeczał, że mi się podoba) opowieść, w trybie jednak zdarzeniowym (w moim odczuciu więcej niż umiarkowanie narracyjnym) o życiu, miłości i śmierci. O marszu ku śmierci („Wzdłuż kory przebiega szrama, podobna do tej, która kiedyś przekreśli nasze twarze”). Czy ktoś kiedyś odnajdzie przyjemność w czytaniu książek Jarosza – tego nie wiem. Wróżę, że znajdzie. Sam ją znalazłem, przyznaję. Nie powiem – czasem podniósł mi ciśnienie autor „Thalassy” i „Igły jodły” śmiałą metaforyką, momentami nazbyt, powiem oględnie – „barokową”. Zazwyczaj jednak mile zaskakiwał mnie niebanalnymi pointami, w których znalazłem sobie upodobanie, i plastycznym obrazkiem.

Czy jednak debiutancki tom Jarosza jest hymnem dla życia i śmierci, życia lub śmierci czy dla poezji Podsiadły, nie potrafię sprecyzować dokładnie. W takich sytuacjach mówi się, na wszelki wypadek, że dla wszystkiego po trochu.
Łukasz Jarosz: „Soma”. Biuro Literackie, Wrocław 2006.