Wydanie bieżące

15 września 18 (66) / 2006

Ewa Chwalczyk,

PROSTE PRAWDY O ŻYCIU

A A A
Po „Penelopiadzie” Margaret Atwood i „Hełmie” Wiktora Pielewina, wydawnictwo Znak prezentuje tym razem w serii MITY najnowszą książkę Jeanette Winterson. „Brzemię” jest próbą zmierzenia się z opowieścią o Atlasie i Heraklesie. Przepisywanie mitu wydaje się wprost stworzone dla Winterson, która robi z tą historią to, co z reguły zwykła czynić w swoich książkach, czyli opowiada ją na nowo. W debiutanckiej powieści „Nie tylko pomarańcze…” odnosiła się do Starego Testamentu, w „Zapisane na ciele” tworzyła „własny” atlas ciała, a w „Podtrzymywaniu światła” nawiązywała do „Wyspy skarbów” i „Doktora Jekylla i pana Hyde’a” Stevensona. Winterson, jak podkreśla we wstępie do „Brzemienia” „lubi brać opowieści i zapisywać je inaczej” (s. 10). I jak zawsze snuje kilka opowieści naraz.

Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się historie Atlasa i Heraklesa, splecione ze sobą epizodem z jabłkami z ogrodu Hesperyd. Tytan i heros, obaj silni, nieobliczalni, potężni i tak samo słabi. Poddają się swojemu Losowi, nie kwestionując przeznaczenia i nie wierząc w wolność. A jednak w głowie Heraklesa pojawia się pytanie, „dlaczego”, na które nie potrafi znaleźć odpowiedzi. I to pytanie będzie ciągle do niego wracać.

Winterson ani nie zaczyna, ani nie przerywa swej opowieści w momencie, gdy Atlas zdejmuje, a następnie z powrotem przyjmuje świat na swoje barki. Opowiada i kontynuuje aż do końca historie obu nieszczęśników, ich triumfów, klęsk, a wreszcie upadku. Herakles zmęczony swoim życiem ustatkowuje się przy Dejanirze, a Atlas powoli odchodzi w niepamięć. Historia Heraklesa ma, jak wiadomo, tragiczny finał, gdy ginie w męczarniach w koszuli nasączonej jadem centaura Nessosa, ale Winterson dopowiada także dzieje Atlasa. Mówi o jego trwaniu i przebudzeniu. Wreszcie pokazuje, co czynić z brzemieniem, jakie wziął na swoje barki.

„Brzemię” jest opowieścią o prostych, życiowych prawdach. Jak zwykle u Winterson mieszają się ze sobą czas i przestrzeń, ironiczny humor i truizm. Historia Atlasa i Heraklesa, przepleciona niby odautorskim, autobiograficznym komentarzem, usiłuje odpowiedzieć na pytanie o „granice i pragnienia” (s. 81). „Brzemię” z jednej strony w swoisty sposób urzeka, z drugiej razi swoją banalnością (być może za sprawą konwencji), mówiąc o jarzmach i ograniczeniach, jakie sami sobie nakładamy, o potrzebie miłości i domu. Być może o poważnych sprawach należy mówić w prosty, strywializowany sposób, co nie zmienia faktu, iż trudno zaliczyć powieść do najbardziej udanych dzieł Winterson i mimo pewnych stałych charakterystycznych elementów w niej obecnych, daleko tej książce do poziomu „Nie tylko pomarańczy…” czy „Namiętności”. Podsumowując, bliżej jest „Brzemieniu” do „Alchemika” Coehlo niż do „Płci wiśni”. Ponieważ jest to jednak książka raczej niewielkich rozmiarów, znakomicie nadaje się na leniwe, niespieszne i upalne wakacyjne popołudnie.
Jeanette Winterson: „Brzemię”. Przeł. Zbigniew Batko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.