Wydanie bieżące

15 września 18 (66) / 2006

Magdalena Kempna-Pieniążek,

MODA NA NIESAMOWITOŚĆ

A A A
Wbrew obiegowym opiniom, warto czasem oglądać telewizję w wakacje. Pomimo całej mizerii letniej ramówki – niekończących się powtórek nudnych polskich seriali i niezbyt zabawnych talk-show, beznadziei tandetnych komedii romantycznych i topornych filmów akcji – korzyścią, jaką można wyciągnąć z zerkania na mały ekran w lipcowe upały i sierpniowe ulewy jest to, że w ciągu zaledwie kilku tygodni można dowiedzieć się niemal wszystkiego o tym, co stacje telewizyjne emitowały w ciągu pozostałej części roku. A to z kolei ułatwia wysnuwanie bardziej ogólnych wniosków, np. na temat tendencji nadających kształt współczesnej produkcji seriali.

Nie o polskie, rzecz jasna, beznadziejnie monotonne, telenowele tu chodzi. W wakacyjne wtorki TVP1 emitowała powtórkę pierwszej serii słynnego serialu „Zagubieni” (Lost), w czwartki z kolei na ekranach gościł francuski „Horoskop śmierci” (Le Maître du Zodiaque), druga część popularnego nad Sekwaną filmu „Zodiak”. Czy coś łączy te dwie, odległe od siebie przynajmniej pod względem miejsca powstania, produkcje? Sądzę, że tak, ale zanim spróbuję to udowodnić, przypomnę jeszcze, że mniej więcej w okresie ferii zimowych ta sama TVP1 emitowała inny francuski serial – „Kamienie śmierci” (Dolmen).

Dla kogoś, kto rzadko i niezbyt regularnie ogląda seriale, uderzające może być niespodziewane stężenie we wszystkich wymienionych wyżej filmach swoistej atmosfery niesamowitości. „Kamienie śmierci” opowiadały o dotyczącym szeregu morderstw śledztwie prowadzonym przez przystojnego komisarza (Bruno Madinier) wspieranego przez równie urodziwą policjantkę (Ingrid Chauvin), skoligaconą z większością ofiar tajemniczego przestępcy. Po każdej kolejnej śmierci zaczynał krwawić jeden z głazów w miejscowym kamiennym kręgu, rozwiązanie zagadki wymagało sięgnięcia po lokalną legendę o piratach i ich skarbie, a prowadzącej śledztwo parze objawiał się duch zamordowanej w przeszłości dziewczyny. I chociaż cała sprawa znalazła w zakończeniu rozwiązanie racjonalne – ślady niesamowitości (tyle że bardziej subtelne, takie jak prorocze sny głównej bohaterki) nie zostały do końca zatarte. W „Horoskopie śmierci” z kolei w poszukiwaniu mordercy siejącego zamęt w szanowanej szwajcarskiej rodzinie pomagała współpracująca z FBI (sic!) urodziwa pani ekspert od astrologii (Claire Keim). Okazuje się, że w identyfikacji przestępcy może pomóc ustalenie jego „profilu astrologicznego”, a w odnalezieniu ciał jego ofiar – dziecięcy jasnowidz. I znowu – wszystko pokryte zostało pewnym pozorem racjonalności: medyczne eksperymenty na mózgach, sekty zakładane przez niby to wzorowych studentów renomowanej uczelni, zemsta za zło doznane w dzieciństwie jako główny motyw zbrodni… Ale fakt, że to, czy ktoś stanie się przestępcą, można wyczytać z gwiazd, nie zostaje podważony.

Seriale, o których wspomniałam przed chwilą, nie są bynajmniej arcydziełami: to hybrydy złożone ze znanych od lat motywów, bazujące na prostych emocjach mało wymagających widzów, łączące w sobie dreszczyk tajemnicy i wizję świata, w którym żyją wyłącznie piękni i zamożni ludzie (w obu przypadkach bohaterowie na brak pieniędzy raczej nie mogą narzekać). Spora liczba postaci biorących udział w wydarzeniach (wielodzietne i wielopokoleniowe rodziny), umierających jednak w tempie na tyle szybkim, by nie zmuszać do zbyt obciążającego pamiętania wielu imion i powiązań, nie pozwala widzom zbyt łatwo zorientować się, kto jest ukrywanym do ostatniej niemal chwili czarnym charakterem, a twórcom ułatwia zamaskowanie pewnych niekonsekwencji dramaturgicznych (całe mnóstwo jest ich zwłaszcza w „Horoskopie śmierci”).

Pod względem walorów stricte artystycznych „Zagubieni” znacznie przewyższają omówione wyżej francuskie produkcje. Okazuje się, że atmosferę niesamowitości – a nawet grozy – można zbudować bez sięgania po tandetne gadżety i hologramowe projekcje duchów. Twórcy serialu hołdują znanej już od czasów romantyzmu zasadzie, że najlepiej straszy to, co obecne, ale niewidoczne. Dlatego, chociaż rozbitków ocalałych z katastrofy samolotu od czasu do czasu coś napada i zamienia w krwawą miazgę, nie wiadomo, czym owo „coś” jest. Umiejętnie wplatając w tok opowieści retrospekcje z życia bohaterów przed wejściem na pokład fatalnego samolotu, twórcy stopniowo pozwalają się domyślać widzom, że być może ci, którzy znaleźli się na wyspie, nie są przypadkowymi podróżnymi. Każdy z nich ma bowiem w zanadrzu ciekawą historię do opowiedzenia: ciężarną Claire (Emilie de Ravin) do lotu akurat tym samolotem namówił jasnowidz, pocieszny Hurley (Jorge Garcia) jest milionerem opętanym myślą o szeregu fatalnych liczb, dzięki którym wygrał na loterii, a przy okazji ściągnął nieszczęście na swoich bliskich i znajomych, ciemnoskóry chłopiec Walt (Malcolm David Kelley) ma wybitne zdolności paranormalne, tajemniczy John Locke (Terry O'Quinn) wraz z przybyciem na wyspę w cudowny sposób odzyskał władzę w nogach. Ci z pozoru pozbawieni piętna niesamowitości mają zwykle za sobą przeszłość kryminalną, a w każdym razie budzącą wątpliwości natury moralnej: Jin (Daniel Dae Kim) pomagał swojemu teściowi w prowadzeniu brudnych interesów, Sayid (Naveen Andrews) jest byłym irackim żołnierzem wyszkolonym w torturowaniu więźniów, Kate (Evangeline Lilly) – zbiegłą przestępczynią, Sawyer (Josh Holloway) – oszustem, Charlie (Dominic Monaghan) – narkomanem. Ale nie tylko rozbitkowie wydają się zbiorem nietypowych jednostek – również sama wyspa jest nad wyraz podejrzana: według Locke’a jest ona – niczym groźna planeta w „Solaris” Stanisława Lema – żyjącą istotą, według innych, nastawionych bardziej racjonalnie – terra incognita zamieszkaną przez niezidentyfikowane potwory i niebezpieczne, ukrywające się w dżungli osoby. Całość świata przedstawionego, oczywiście, nadaje się do interpretacji jako starannie skonstruowana parabola ludzkiego losu. Znalezienie się rozbitków na tajemniczej, pełnej pułapek i zagadek wyspie, w trakcie pobytu na której, aby przetrwać, trzeba poznać i pokonać własne słabości oraz nauczyć się współdziałać z innymi, daje się odczytać jako symbol wrzucenia człowieka (nie znającego wszak sensu własnego istnienia) w rzeczywistość.

Jeszcze nie tak dawno temu (a w zasadzie jest tak nawet i teraz) importowane do Polski z zachodu seriale opowiadały głównie o losach lekarzy i policjantów/detektywów. Przez długi czas pod względem niesamowitości „Archiwum X” nie miało żadnego konkurenta. Mimo popularności tego serialu, stacje telewizyjne stawiały przede wszystkim na sensację i obyczajowość, a zachodnie wzorce wykorzystano do tworzenia polskich hybryd w stylu „Na dobre i na złe”. I oto nagle w ciągu jednego roku TVP1 atakuje widza astrologią, duchami, tajemniczą wyspą i krwawiącymi dolmenami. Jeszcze wcześniej inne stacje zaczęły emitować seriale w stylu „Tajemnic Smallville” czy „Roswell”.

Najwyraźniej pojawiła się nowa moda. Zamiast rozterek emocjonalnych świetnych amerykańskich chirurgów popularność wśród widzów zdobywają „opowieści niesamowite”. Wysnuwanie z tego faktu bardziej ogólnych, kulturowych wniosków byłoby, oczywiście, przedwczesne. Z pewnością sporo jest w fascynacji tego typu produkcjami odwiecznej – i stanowiącej pożywkę dla kina od jego zarania – tęsknoty za tym, co niezwykłe, egzotyczne, magiczne. Zastanawiające jest jednak to, w jaki sposób niesamowitość przenika do współczesnych seriali. Nie są to przecież filmy stricte fantastyczne, w stylu popularnych w swoim czasie serii o Supermanie czy innych herosach, w których nierealność świata przedstawionego jest oczywista. Bohaterowie „Zagubionych” czy „Kamieni śmierci” sprawiają wrażenie ludzi zupełnie zwykłych, należących do naszego świata, pędzących zupełnie normalne życie, tyle tylko że piękniejszych i bardziej zamożnych od nas. Nagle jednak spotyka ich coś tajemniczego – stają się rozbitkami na dziwnej wyspie, ktoś dokonuje rytualnych mordów na członkach ich rodzin, ich przybrani synowie stają się jasnowidzami. I wtedy okazuje się, że oni sami – gdzieś w głębi – są niezwykli. Niesamowitość nie przebiera się w kolorowy strój z wielką literą „S” z przodu –jest nie uświadamianą częścią najbardziej szarej codzienności. Przypomina to trochę sytuację znaną z ballad romantycznych: gdzieś na prowincji jest sobie jezioro jak wiele innych, wszyscy w okolicy je znają, niby nic niezwykłego, powszedniość, a tu nagle nocą coś tajemniczego (jakaś rusałka czy Świtezianka) z tego niepozornego jeziorka wyłazi. Niesamowitość pojawia się zatem nie w jakiejś odległej, bajecznej krainie, ale w rzeczywistości – pozornie – dobrze przez nas oswojonej.

Czy moda na tego typu niezwykłości serialowe ma jakieś głębsze kulturowe podłoże? Czy jest konsekwencją jakichś zachodzących w świadomości współczesnych widzów przemian? Trudno powiedzieć. Zauważmy jednak, że dopiero co ucichły dyskusje wokół New Age i związanych z tym pojęciem prądów myślowych i artystycznych. Od pewnego czasu nasza świadomość bombardowana jest tezami głoszącymi, że wszechświat stanowi jeden wielki organizm, którym rządzi jedna i ta sama energia, że poznanie irracjonalne może być głębsze niż naukowe… Półki w księgarniach zapełniają się wydawnictwami związanymi z medytacją, medycyną naturalną, potęgą podświadomości, umiejętnością interpretowania snów… W poszukiwaniu zaginionych osób korzysta się coraz częściej z pomocy jasnowidzów, czasopisma związane z ezoteryzmem prosperują nie najgorzej. Osądzenie, czy wszystko to można powiązać z przejściową najprawdopodobniej modą na seriale poruszające problemy związane ze zjawiskami paranormalnymi czy – mówiąc językiem romantyków – niesamowitymi, nie leży w kompetencjach filmoznawcy. Ten ostatni może się jedynie zastanawiać nad tym, czy zauważona tendencja wpłynie w jakiś sposób na polską produkcję filmową. Nie trzeba bujnej wyobraźni, by móc się domyśleć, jaki efekt mogłoby to przynieść. Można tylko powiedzieć, że aż strach się bać.