Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (240) / 2013

Przemysław Pieniążek,

W CIENIU KANDELABRA

A A A
Ekscentryczny król rozrywki zaklinający klawiaturę fortepianu. Jeden z najlepiej opłacanych artystów swoich czasów oraz ikona amerykańskiej popkultury. Idol Little Richarda, Jamesa Browna i Eltona Johna, z dumą wskazujący na swoje polskie korzenie. Bohater najnowszego filmu Stevena Soderbergha. Oto Wielki Liberace!

Wspaniała kariera pisana była mu od samego początku. I bynajmniej nie chodzi tylko o to, że przyszły gwiazdor (dosłownie!) urodził się w czepku. Wladziu Valentino Liberace (przybierający także imiona Walter lub Lee) przyszedł na świat 16 maja 1919 roku w West Allis (stan Wisconsin) jako syn włoskiego trębacza Salvatore Liberace oraz polskiej pianistki Franciszki „Frances” Zuchowskiej. Talent muzyczny przejawiał od wczesnej młodości, siadając za klawiaturą pianina już jako czterolatek. Wrodzona nieśmiałość oraz problemy z mową sprawiły, że Wladziu nie był szczególnie popularny wśród rówieśników. Nadmiar wolnego czasu pożytkował na ćwiczenie gry pod czujnym okiem ojca, dzięki któremu zadebiutował w wieku czternastu lat jako solista – wspierany dodatkowo przez Chicagowską Orkiestrą Symfoniczną. Wcześniej jednak (aby podreperować rodzinny budżet) chłopiec terminował w miejscowych kabaretach oraz lokalach ze striptizem, gdzie chłonął aurę rewiowej rozrywki, nieoczekiwanie odkrywając w sobie naturę showmana. To za sprawą Ignacego Jana Paderewskiego – zaprzyjaźnionego z państwem Liberace – Wladzio zdecydował się uczynić ze swojego nazwiska artystyczny pseudonim, który w niedługim czasie zyskał status rozpoznawalnej, choć dla wielu melomanów mocno wątpliwej marki.

Narodziny gwiazdy

W latach 40. Liberace rozpoczął nowy rozdział swojego życia, z powodzeniem występując na nowojorskich scenach, aczkolwiek jego ziemią obiecaną stało się Las Vegas, oferujące nieporównywalnie większą publiczność, tłumnie odwiedzającą kasyna, kabarety oraz koncertowe sale. Z miejsca oczarowywał słuchaczy radosnym boogie-woogie, popowymi reinterpretacjami kanonu muzyki poważnej (celowo upraszczając lub wręcz pomijając „nudne” partie), wariacjami na temat amerykańskich standardów, motywów filmowych czy utworów jazzowych. Wyznając zasadę „nie daję koncertów, robię widowisko”, Liberace (najczęściej występujący w fantazyjnych kostiumach skrzących się od nadmiaru cekinów) szczególną uwagę przykładał do wizualnej oprawy swoich muzycznych spektakli. Podwieszane zwierciadła oraz odpowiednio dobrany klucz oświetlenia eksponowały ciężkie od złotych sygnetów dłonie artysty w zawrotnym tempie mknące po klawiszach fortepianu, na którym – obok wyszukanych ozdób – obowiązkowo znajdował się świecący kandelabr. Ów rekwizyt był sentymentalnym wspomnieniem artysty związanym z filmem „Pamiętna pieśń” (1945) Charlesa Vidora, filmowej biografii Fryderyka Szopena.

Lee na scenie pozostawał czarujący i uwodzicielski. Żartował z publicznością, dawał krótkie lekcje gry, przyjmował zamówienia na konkretne kompozycje, przekomarzał się ze swoim bratem George’em (dyrygującym orkiestrą) lub dedykował kolejne utwory swojej matce, regularnie zasiadającej w pobliżu sceny. Także po występie wirtuoz nie odcinał się od fanów, zachęcając wręcz do wymiany uścisków dłoni, buziaków i przytulanek, jak i do organoleptycznego podziwiania jego ubrań, biżuterii oraz (rzecz jasna) fortepianu.

Zagraj to jeszcze raz, Lee

Liberace marzył o tym, by zostać aktorem. Jedną z prób zaistnienia w Fabryce Snów był pierwszoplanowy występ w „Usłyszeć muzykę” (1955) Gordona Douglasa, gdzie wcielił się w postać głuchego pianisty. Niestety, nawet nazwisko takiej osobistości (przyćmiewające na plakacie tytuł filmu) nie uchroniło produkcji przed artystyczną i komercyjną porażką. Lee konsekwentnie unikał radia, wiedząc, że to medium nie jest w stanie oddać specyfiki jego przedstawień. Początkowo nie był także specjalnie zadowolony z gościnnych występów w telewizji, emitującej popularne soundies, odpowiedniki dzisiejszych wideoklipów. Pragnął bowiem autorskiego programu, nad którym miałby pełną kontrolę. Niezależnie od wygórowanych ambicji, sukces stał się udziałem emitowanego od 1952 roku „The Liberace Show”, którego formuła doskonale oddawała charakter występów gwiazdora (udział żywej publiczności, gospodarz wieczoru zwracający się bezpośrednio do widzów) i sprawiła, że przed ekranami telewizorów zasiadała trzydziestomilionowa widownia, z przeważającym odsetkiem płci pięknej. Nic dziwnego, że w 1960 roku muzyk otrzymał własną gwiazdę na Hollywoodzkiej Alei Sławy za zasługi dla amerykańskiej telewizji. Sześć lat później pojawił się w dwóch epizodach serialowego „Batmana” (1966), gdzie zagrał podwójną rolę pianisty oraz (będącego na bakier z prawem) jego brata bliźniaka. Niewątpliwym wyróżnieniem dla artysty był także gościnny występ w legendarnym „The Muppet Show”, dzięki któremu poznało go kolejne pokolenie przyszłych słuchaczy.

Kolor pieniędzy

Liberace trafiał na okładki najpoczytniejszych periodyków. Tylko w 1953 roku sprzedał dwa miliony płyt. Jego popularność dotarła także na Kubę, gdzie wystąpił trzy lata później. Doczekał się ponad dwustu oficjalnych fanklubów, z których tygodniowo spływało doń dziesięć tysięcy listów, nie licząc rzecz jasna Walentynek – wtedy korespondencja obejmowała ponad dwadzieścia pięć tysięcy kartek. Był jednym z najlepiej zarabiających artystów w USA, trafiając tym samym do Księgi Rekordów Guinnessa. W latach 50. występy w Las Vegas przynosiły mu zyski w wysokości 50 tysięcy dolarów tygodniowo, jednak już dwie dekady później suma ta wzrosła do 300 tysięcy. Dodatkowe zyski generowały występy w reklamach banków, towarzystw ubezpieczeniowych, koncernów samochodowych, a nawet… zakładów pogrzebowych. „Jeśli sprzedaję tuńczyka, to znaczy, że w niego wierzę” – mawiał.

Był także właścicielem antykwariatu w Beverly Hills oraz restauracji w stolicy hazardu. W jego dorobku odnajdziemy ponadto kilka książek kucharskich, zawierających przepisy na ulubione dania artysty, w tym lazanię à la Liberace. Uwielbiał luksus, którym potrafił się hojnie dzielić. Zaprojektował wygląd swojej wymarzonej, ociekającej przepychem rezydencji, w której estetyczną dominantą był fortepian – zarówno w postaci drogich bibelotów, jak i architektonicznych elementów czy kształtu basenu.

Oczywiście nie brakowało osób otwarcie szydzących z zamiłowania Lee do kiczu i blichtru, podających w wątpliwość jego muzyczny talent. Pytany o to, czy ranią go sarkastyczne recenzje krytyków muzycznych. artysta odpowiadał, że przeważnie płacze… ze śmiechu przez całą drogę do banku. Po latach, występując u Johnny’ego Carsona w „The Tonight Show”, Liberace dodał, że już nie musi ani płakać, ani odwiedzać banku. Po prostu go kupił.

Liberace: pragnienie miłości

Jednak nie zawsze było różowo. W 1957 roku, pomimo lukratywnych tras po Europie,  kariera Lee (mówiąc eufemistycznie) straciła swój rozmach. Ratunkiem okazały się występy w małomiasteczkowych klubach skierowane do najzagorzalszych fanów, którzy nie zawiedli. Niewiele brakowało, a Wielki Liberace przeszedłby do wieczności już 22 listopada 1963 roku, kiedy to nabawił się ostrej niewydolności nerek, będącej konsekwencją zatrucia detergentem, którym przesiąknięty był (świeżo wyprany) kostium artysty. Ponoć z błogiej nieświadomości wybudziła artystę informacja o zabójstwie JFK. Wraz z powrotem do zdrowia złapał drugi oddech także jako król rozrywki, „jednoosobowy Disneyland”, który – otulony strusimi piórami, norkami czy peleryną z futer norweskich lisów – wjeżdżał na podium przybytków Las Vegas limuzyną Rolls-Royce lub zlatywał spod sklepienia na specjalnej uprzęży.

Może dziwić fakt, że Liberace prywatnie był konserwatystą, zarówno w sferze poglądów politycznych, jak i w kwestii wiary. Uznawał siebie za gorliwego katolika (najważniejszym wydarzeniem w jego życiu było spotkanie z papieżem Piusem XII), co bynajmniej nie przeszkadzało mu w ochoczym odwiedzaniu wszelakich siedlisk rozpusty. Dementował pogłoski o swoim homoseksualizmie – z miejsca pozywał tych, którzy publicznie mu go zarzucali. Nie stronił od kobiet, które – jak aktorka Betty White – miały podtrzymywać tę iluzję. Faktem jest natomiast, że w latach 1976-1982 Lee tworzył burzliwy związek ze Scottem Thorsonem, swoim byłym szoferem i ulubionym kochankiem, którego zamierzał nawet usynowić (wszak zawsze chciał mieć dzieci). Sielanka zakończyła się jednak na drodze sądowej: porzucony dwudziestodwulatek pozwał swojego byłego mentora, zarzucając mu niewierność i złamanie danych wcześniej obietnic, domagając się odszkodowania w wysokości 113 milionów dolarów (w wyniku ugody otrzymał 75 tysięcy „zielonych”).

Liberace zachowywał jednak pozory do samego końca. Wkrótce po występie w nowojorskim Radio City Music Hall pojawiła się informacja o ciężkiej chorobie artysty, który zmarł  4 lutego 1987 roku. Według oficjalnej wersji, przyczyną zgonu było ostre zapalenie płuc. Jednak badanie próbek ciała wykazało, że zgon był wynikiem komplikacji spowodowanych przez AIDS.

Droga na drugą stronę

Życie Liberace posłużyło za kanwę kilku telewizyjnych produkcji, w których postać słynnego pianisty interpretowali między innymi Andrew Robinson czy Victor Garber. Kinową opowieść o losach artysty chciał przedstawić Philip Kaufman, planując obsadzić w głównej roli Robina Williamsa. Film o Liberace pragnął także zrealizować Steven Soderbergh. Twórca „Seksu, kłamstw i kaset wideo” (1989) od samego początku widział w tej roli Michaela Douglasa (z którym pracował na planie dramatu „Traffic”), choć w 2000 roku nie wiedział jeszcze, w jaki sposób ugryźć ów temat. Przełom nastąpił po ośmiu latach, kiedy reżyser zlecił scenarzyście Richardowi LaGravenese zaadaptowanie książki „Za kandelabrem. Moje życie z Liberace”, napisanej pod koniec ósmej dekady XX wieku przez wspominanego już kochanka artysty, Scotta Thorsona. Nieoczekiwana choroba Douglasa opóźniła powstanie produkcji, która z założenia miała trafić na duży ekran. Niestety, wiele wytwórni uznało temat za „zbyt gejowski” jak na hollywoodzkie standardy. Rozczarowany reżyser (zachodząc w głowę, jakim cudem upiekło się Angowi Lee i jego „Tajemnicy Brokeback Mountain”) zdecydował się na format telewizyjny sygnowany logo stacji HBO. Szczęśliwie w Europie film mógł liczyć na kinową dystrybucję.

Udręka i ekstaza

„Wielki Liberace” to przejmująca opowieść o ostatniej dekadzie z życia artysty, ukazana z perspektywy Thorsona (Matt Damon), młodego trenera psów, który w 1977 roku  poznaje w barze dla gejów choreografa Boba Blacka (Scott Bakula), będącego dobrym znajomym słynnego pianisty. Oczarowany blondwłosym adonisem (który w dodatku skutecznie leczy ukochanego psiaka gwiazdora) Liberace proponuje Scottowi pracę w charakterze osobistego asystenta. W niedługim czasie relacja między mężczyznami staje się bardziej intymna, co diametralnie zmienia ich dotychczasowe życie.

Lee w pełnej niuansów kreacji Michaela Douglasa to równie uwodzicielskie, co chwilami wręcz groteskowe bożyszcze (ukrywające pod peruką mocno przerzedzone owłosienie), coraz bardziej odczuwające ciężar wieku, zmęczenia i samotności. Jednocześnie bohater pozostaje kochającym synem dla swojej matki (Debbie Reynolds, która przed laty występowała u boku Liberace) oraz wyjątkowo jurnym i rozwiązłym Pigmalionem, próbującym (naprawdę!) przekształcać kochanków na swój obraz i podobieństwo, w czym pomaga mu Jack Startz (grany przez Roba Lowe), doktor Frankenstein chirurgii plastycznej. Na marginesie warto wspomnieć, że to po jego „kosmetycznej” interwencji Liberace odzyskał młode oblicze, choć już nie był w stanie zamykać oczu.

Ze swojego zadania świetnie wywiązał się etatowy współpracownik Soderbergha, gwiazda cyklu o perypetiach Jasona Bourne’a. Matt Damon przekonuje jako nieśmiały i lekko zagubiony biseksualista zafascynowany idolem, który zaczyna pełnić w jego życiu szereg (chwilami sprzecznych ze sobą) ról: przyjaciela, powiernika, kochanka i ojca. Próbując za wszelką cenę zachować miłość i uwagę Lee, pożerany przez zazdrość Thorson (w konsekwencji) popada w uzależnienie od leków oraz bezpowrotnie traci własną twarz, stając się kluczowym elementem okrutnego spektaklu odgrywanego przez Liberace zarówno przed publicznością, jak i w domowym zaciszu. Douglas wraz Damonem stworzyli emocjonujący duet, przekonująco ukazując ambiwalentną relację łączącą bohaterów, będących dla siebie nawzajem źródłem cierpień, jak i szansą na ocalenie.

Stąd do wieczności

Aż trudno uwierzyć, że zgodnie z zapowiedziami Soderbergha „Wielki Liberace” będzie ostatnim wyreżyserowanym przez niego obrazem. Najnowszy film autora „Panaceum” (2013) to nienagannie skomponowane kino biograficzne, zarówno pod względem wizualnym (precyzyjny montaż, dynamiczne ujęcia, pełne przepychu stroje oraz pieczołowicie zbudowana scenografia), jak i dźwiękowym (oprawa muzyczna opracowana przez zmarłego w ubiegłym roku kompozytora Marvina Hamlischa). Zaletą dzieła jest także to, że udatnie bilansuje elementy hagiografii ze szczerym spojrzeniem na niedoskonałości człowieka pragnącego być ideałem. Soderbergh z pietyzmem rekonstruuje spektakularne występy Lee, równoważąc je scenami ukazującymi codzienne życie artysty, ze szczególnym uwzględnieniem uczuciowej relacji łączącej go z Thorsonem, unikając przy tym (poza jedną sceną) sugestywnego zobrazowania ich intymnego pożycia. Nominowane do Złotej Palmy oraz uhonorowane jedenastoma statuetkami Emmy dzieło twórcy „Erin Brockovich” (2000) to dojrzałe, nie pozbawione subtelnego humoru spojrzenie na personę, której nazwisko zapisało się złotymi zgłoskami w historii amerykańskiej popkultury.
„Wielki Liberace” („Behind the Candelabra”). Reżyseria: Steven Soderbergh. Scenariusz: Richard LaGravenese. Obsada: Michael Douglas, Matt Damon, Scott Bakula, Rob Lowe, Debbie Reynolds i in. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: USA 2013, 118 min.