Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (240) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

RUDA WRÓŻKA, SMUTNY SZATAN I DEKADENCKIE PERWERSJE

A A A
Po książkę „Dagny. Życie i śmierć” sięgałam z podobnie ambiwalentnymi odczuciami, z jakimi po jej bohaterkę „sięgali” liczni admiratorzy tej bodajże najwyrazistszej osobowości kobiecej schyłku XIX stulecia – z mieszaniną zaintrygowania i lęku. W moim przypadku z jednej strony chodziło o fascynację klimatem belle époque, z drugiej o obawy co do tego, w jaki sposób została sportretowana tytułowa postać. Już podtytuł – „Opowieść jej kochanka W.E.” – sytuuje tę historię nie tylko na antypodach tylko lekko zbeletryzowanej biografii, ale wręcz w kręgu harlequinów, przy czym trzeba dodać, że mit Dagny Juel-Przybyszewskiej sam prowokuje do ujęcia jej życiorysu w taką konwencję. Przekonanie, iż czytam coś między tandetnym romansidłem a powieścią erotyczną, nie dawało mi spokoju w trakcie lektury, i rzeczywiście: „łóżko ścieli się gęsto”, a seks, nazywany tu za pomocą znanego wulgaryzmu na „p”, stanowi zasadniczą aktywność postaci. Na korzyść autora przemawia fakt, iż tego typu atmosfera panowała w środowisku findesieclowej bohemy i większa wstrzemięźliwość (pruderia?) w tej dziedzinie zafałszowywałaby jej obraz; lecz niewyłącznie dlatego „Dagny” nie stacza się do szeregu płodów pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya”.

Na szczęście bowiem rozpasana erotyka jest tutaj środkiem, nie celem, ten zaś stanowi sztuka (pamiętamy: „Sztuka nie ma żadnego celu, jest celem sama w sobie, jest absolutem, bo jest odbiciem absolutu – duszy”…) oraz nadzwyczajny ferment emocjonalno-intelektualny w gronie wspomnianych artistes maudits. Dobrze ilustruje to scena, w której Przybyszewski, posądzony o zabicie kochanki, zostaje zwolniony z więzienia i przekazany Dagny; inspektor policji jednak nie kwapi się do odejścia, więc pisarz udaje, że ją „bierze”, i dopiero wówczas tamten, z pogardliwym okrzykiem: „Zwierzęta!”, zostawia ich samych. „W chwili, gdy drzwi zatrzasnęły się za policjantem, Stachu delikatnie oderwał się od niej. – Myślałem, że to nasz intelektualizm tak bardzo przeszkadzał temu biedakowi – zażartował” (s. 177).

Zaryzykuję stwierdzenie na wyrost: rzeczona książka istotnie proponuje pewną przygodę intelektualną, co ma związek z obranym punktem odniesienia, kołem twórców-emigrantów, bywalców berlińskiej knajpy „Pod Czarnym Prosiakiem” (od pierwszej wizyty Dagny w tym miejscu rozpoczyna się fabuła) – Munchem, Strindbergiem i innymi. Dobór nietuzinkowych bohaterów nie ułatwia zadania pisarzom biograficznym tudzież historycznym, którzy muszą sprostać bogactwu ich indywidualności, wszakże J.D. Landis wywiązuje się z tego obowiązku zaskakująco dobrze: przede wszystkim dialogi – przeważnie w podobnej literaturze (bądź co bądź „popularnej”) dosyć prymitywne – w „Dagny” iskrzą błyskotliwością. Niemal wszystkie pierwszoplanowe postacie wymieniają inteligentne riposty niczym z antologii aforyzmów, a mimo to nierobiące wrażenia wymuszonych. Za najwartościowszą cechę owych bon motów trzeba uznać paradoksalność, dzięki której problemy poruszane w rozmowach nie otrzymują jednoznacznych ocen (szkoda, że narrator nierzadko psuje ten efekt).

Wskazana wyżej niekonkluzywność, po pierwsze, częściowo zastępuje czytelnikowi brak bardziej metaforycznego, złożonego języka, po drugie, odzwierciedla skomplikowanie relacji między postaciami, niesprowadzalnych do zagadnienia „kto z kim”, opartych na rozmaitych kompleksach, zależnościach, ambicjach, frustracjach, obsesjach, namiętnościach, zazdrości, Adlerowskim dążeniu do mocy. Ot, przykład niespecjalnie zawikłany, ale obrazowy: „Ledwo tylko [Dagny] wyszła przez frontowe drzwi hotelu (…) przy Mittelstrasse, słońce skryło się w cieniu. Jakaś kobieta krzyknęła. Wielki ptak zleciał z nieba, tracąc przy tym skrzydła. Jego ciało spadło na ziemię, roztrzaskując się na kawałki. (…) Rozpoznała siebie z fragmentów rzeźby, której nigdy nie widziała. Żałowała, że nie było tam Stacha, żeby zobaczył, jak płachta, która przykrywała ją za życia, teraz pokrywa ją po śmierci. Stachu pokochałby ten latający symbol namiętności Vigelanda niszczącej jego sztukę. Pewnie by zażartował: »Teraz jesteś naprawdę upadłą kobietą«. Zacząłby się śmiać jak wariat. »(…) Popatrz w okno, oto Vigeland, twój morderca, zraniony mężczyzna«” (s. 175-176).

Dlaczego swoje omówienie biografii Dagny rozpoczęłam od spraw – zdawałoby się – drugorzędnych zamiast charakterystyki protagonistki? Otóż kluczowa postać ukazuje się w pełni barw dopiero na tle stosunków z innymi (nie tylko z cyganerią, lecz również siostrami, dziećmi etc.), aczkolwiek nie należy jej redukować do roli muzy oraz modelki słynnych twórców, czy też ich satelity. Pijąca absynt („zieloną wróżkę”) niepokorna Norweżka sama przypominała rudą wróżkę, przyciągającą mężczyzn tyleż urokiem osobistym, co niepokojącą osobowością. Dla swoich wielbicieli stanowiła uosobienie opiewanej przez nich Sztuki, jednocześnie zaś nieubłaganej Natury, stąd adorację tę podszywał strach (np. Strindberg, nie mogąc w pełni posiąść Dagny, znienawidził ją i oczerniał), stąd także wspomniane wyżej „sięganie” po nią musiałam opatrzyć cudzysłowem. Była tyleż rozwiązła, co niedosiężna, nie sposób zaliczyć jej do kobiet uległych, a znając swą wartość, nie zamierzała poprzestać na byciu towarzyszką wybitnych, miała bowiem aspiracje, by przekazać coś od siebie. Metaforycznie, nie całkiem świadom głębi własnych słów, mówi o tym w żartach powieściowy Przybyszewski: „Możesz mieć dziurę, kochanie, ale ze wszystkich rzeczy, którymi nie jesteś, przede wszystkim nie jesteś dziurą” (s. 185).

W dążeniu do przedstawienia Dagny Juel nie jako ślepej plamki, lecz świadomej siebie, głęboko myślącej kobiety o zapędach artystycznych J.D. Landis spotyka się z Aleksandrą Sawicką, autorką monografii „Dagny Przybyszewska. Fakty i legendy” z 2006 r., która w wywiadzie tłumaczy, że zapragnęła zweryfikować stereotypy narosłe wokół tej ikony fin de siècle’u, gdyż „tak naprawdę to był zupełnie inny – żywy, kochający, a przede wszystkim cierpiący człowiek” (e-radar.pl). Na pozór Norweżka znakomicie pasowała do wyrafinowanej oraz niekonwencjonalnej bohemy, której ideały sama wyznawała; doskonale rozumiała się z patetycznym, żywiołowym i niefrasobliwym „Stachem”. Niemniej chociaż długo przymykała oczy na jego jawne zdrady i przyjmowała go z powrotem, gdy twierdził, że dzięki kochankom ubóstwia ją jeszcze mocniej, kolejne krople zapełniały w niej czarę goryczy, która przelała się ostatecznie po przyjeździe z mężem do Polski i jego głośnym podwójnym romansie.

Część powieści dotycząca pobytu pary w Krakowie jest skądinąd interesująca pod tym względem, iż możemy zobaczyć, przez pryzmat jakich kategorii amerykański autor postrzega nasz kraj, czyniąc przy okazji uwagi niekiedy zabawne („chociaż co ona mogła wiedzieć o polskich katolikach i ich namiętnej zaściankowości poza tym, że oddawali się ekumenicznym i niekończącym się stosunkom płciowym?” [s. 225]) albo sentymentalne: oto podniósłszy znalezione w mroźny wieczór koło paryskiego grobu Chopina dwie monety, Przybyszewski tłumaczy żonie, że to polskie grosze, a na jej pytanie, co są warte, odpowiada: „Cały świat – (…) i podszedł do niej z uśmiechem, który mógłby ogrzać zmarłego” (s. 208). Dodatkowo scenki krakowskie uzupełniają np. felietony wspomnieniowe Boya-Żeleńskiego o cyganerii młodopolskiej oraz charyzmatycznym „smutnym szatanie”, ukazując magnetyzm Dagny i uwielbienie, jakie budziła w Boyu czy braciach Brzozowskich, oraz zawiłe relacje, jakie ją z nimi łączyły. Narrator sugeruje, że do rozpadu małżeństwa Przybyszewskich prowadziły jego romanse, lecz rozgoryczenie Dagny ma tutaj drugie dno, które wychodzi na jaw w chwili, kiedy po kilkumiesięcznej separacji Stanisław oznajmia, że tylko śmierć może ich rozłączyć – jak gdyby wessał ją w siebie, jakby wbrew jej usilnym staraniom uczynił z niej „miejsce puste”.

Naświetlenie w powieści owego drugiego wymiaru tragizmu Dagny jako kobiety – nie tylko bólu zdrady, ale też bólu bycia „jego”, nie-sobą, pozbawioną tożsamości mimo rzekomo silnego charakteru – zasługuje na szczególne podkreślenie. „A nasze ciała nie są nawet nasze. Zwłaszcza wtedy, gdy wpuszczamy do nich mężczyzn, kiedy pozwalamy im wejść do wnętrza naszych dusz i poznać nasze myśli. Jak możemy być czyjąś własnością, skoro nawet nie należymy same do siebie? Stachu nie może mną rozporządzać, ja też tego nie mogę. Nie należę do nikogo. Tylko tak mogę się uwolnić” (s. 369). Coraz głębiej odczuwała też, że mąż traktuje ją niczym chorobę wysysającą z niego siły twórcze, choć pomagała mu, tłumacząc i redagując jego teksty, a najsilniejsze akcenty antypatriarchalne znajdziemy w stwierdzeniu, iż jej spokojne, nudne siostry z wiernymi mężami nie uwierzą, by zdrady „Stacha” nie wynikały wyłącznie z jej winy. Nie mogła przyznać się im do zaistniałej sytuacji, zdradziłaby bowiem nie tylko męża, lecz również – z wiadomych już przyczyn – siebie. Oto stojąc przed obrazem narzeczonej Kierkegaarda, „Dagny wpatrywała się w mądre oczy i wykoronkowany biust tej uroczej młodej kobiety i próbowała sobie wyobrazić, jak musiała się czuć z tym, że w równej mierze została zniszczona, jak i uwieczniona poprzez miłość. Opłakiwała Reginę Olsen, bo straciła szansę na życie z tym trudnym, ale błyskotliwym mężczyzną. Opłakiwała również siebie, która wykorzystała tę szansę” (s. 163).

Nie miała więc owa nieprzeciętna kobieta – „zbłąkana gwiazda”, jak w tytule swej książki z lat 70. określiła ją Ewa Kossak – możliwości samorealizacji, wszakże możemy tylko spekulować, w jaki sposób potoczyłyby się jej losy, gdyby nie związek z Przybyszewskim. Związek wyjątkowo zagmatwany emocjonalnie, w którym nawzajem się więzili i tracili, w którym Dagny była targana sprzecznościami oraz – już bardziej banalnie – rozdarta między miłością do męża i dzieci, między przełamywaniem konwenansów i realiami ekonomicznymi (zdaniem Boya „mówić o oddziaływaniu Przybyszewskiego, nie mówiąc o alkoholu, to tyle, co pisać dzieje Napoleona, a nie wspomnieć o wojsku”). Zyskała sławę również w ojczyźnie „Stacha”, ale jej „czciciele” pojąć mogli tylko jego „intelektualny” ból, nie zaś nieszczęście tej hipnotyzującej kobiety. Bogini wszak najwyżej przywodzi kogoś do zguby, sama jednak nie może podlegać cierpieniu naruszającemu ideał, ponieważ wtedy wszystko się rozpadnie.

Landis stara się wyeksponować owo cierpienie, sporo zatem w jego powieści „nagiej duszy”, albo raczej Duchy, jak nazywał żonę Przybyszewski. Czy autorowi powiodło się w przedstawianiu jej intymnego świata, czy może utknął na psychologicznych mieliznach? „Opowiadając jakąś historię, czy to ustnie, czy na papierze, Stachu robił to, co najwięksi pisarze: sprawiał, że ta historia nie tylko należała do czytelnika, lecz także w jakiś sposób była o nim” (s. 160). Do nas dziś nie trafiają już ekspresjonistyczne, grające na najszerszych diapazonach uczuć utwory „smutnego szatana”, na szczęście jednak amerykański pisarz w obrazowaniu epoki modernizmu nie popadł w charakterystyczną dla niej emfazę (notabene, warto pochwalić tłumaczy za brak kalek językowych i staranne opracowanie stylistyczno-interpunkcyjne, nieczęste książkach przeznaczonych dla tzw. niewymagającego odbiorcy).

Z drugiej strony, nie obyło się bez płycizn myślowych tudzież niedoborów warsztatu: postacie drugoplanowe jawią się nieraz jako wyłącznie imię i nazwisko, narrator zbyt często „łopatologicznie” charakteryzuje myśli oraz uczucia bohaterów albo przechodzi do suchego rejestrowania faktów z życia Dagny (w czym ujawnia się główna inspiracja Landisa, czyli biografia pióra Mary Norseng). Wreszcie część druga, poświęcona polskiemu rozdziałowi w życiorysie Norweżki, sprawia wrażenie pisanej na siłę, jakby materia zaczęła autora nużyć; zresztą już wcześniejszą partię można uznać za luźny zestaw scen, które właściwie donikąd nie zmierzają – albo raczej zmierzają do wiszącego w powietrzu tragicznego finału. Może jednak tutaj, na głębszym poziomie, rozgrywa się „modernistyczność” rzeczonej powieści? Owszem, w ten sposób dałoby się usprawiedliwić każdą źle zbudowaną, operującą tanimi chwytami i momentami prostacką szmirę, niemniej sądzę, że w ocenie „Dagny” warto wziąć pod uwagę narratora – szaleńczo zakochanego w bohaterce, młodego Władysława Emeryka, pośrednika między nią a mężem nawet w intymnych rozmowach („Stachu” w Krakowie uparcie zwracał się do niej po polsku, więc potrzebowała tłumacza…), a następnie towarzysza ostatniej podróży do Tyflisu. Zręczny to chwyt: przerzucić odpowiedzialność na narratora o wypaczonym oglądzie spraw, pozbawionego dystansu czasowego i emocjonalnego, piszącego w fatalnym zauroczeniu. Jeśli Landis oddał mu głos nie tylko z wyrachowania („opowieść jej kochanka…”), ale w pełni świadomie wykorzystał literackie konsekwencje owego posunięcia, to należy pogratulować mu pomysłu. Jeśli nie – należy pogratulować mu szczęścia.

Swoją biografię Dagny snuje Emeryk rzekomo na podstawie udostępnionego mu przez nią dziennika. Dowiedziawszy się, że adorator układa w myślach jakąś książkę, kobieta – nie domyślając się treści – pyta: „To historia czy mit?”, na co on, jak łatwo zgadnąć, odpowiada: „I jedno, i drugie”. Lecz czy ową bujną naturę trzeba jeszcze mitologizować? Zaletą powieści Landisa jest niewątpliwie to, że w lekkiej formie „czytadła” całkiem przekonująco pokazuje dramat kobiety niepospolitej, której ciało znało wielu, ale której dusza pozostała niedosiężna (także dla „Stacha”); kobiety niebojącej się transgresji, ale zdezorientowanej w opuszczeniu, igrającej mężczyznami, ale świadomej bycia igraszką losu. Wydaje się przeto, iż drugą stroną walki ze stereotypami jest nieuchronnie pewna mitologizacja, mnożenie tajemnic. Gdzieś w powieści pada stwierdzenie, że pisarze pragną w swych utworach rozwiązać jakąś frapującą zagadkę, lecz de facto jeszcze bardziej ją komplikują – i również w wypadku „Dagny” można to uznać za komplement.
J.D. Landis: „Dagny. Życie i śmierć. Opowieść jej kochanka W.E”. Przeł. Iwona i Piotr Grzegorzewscy. Wydawnictwo Bukowy Las. Wrocław 2013.