Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (240) / 2013

Maciej Duda,

NIEFALLICZNA ROZKOSZ, CZYLI CO ZABIŁO WEININGERA

A A A
Złota odbitka kadru twarzy świętej Teresy w ekstazie. Jej oczy, zwykle pod powiekami, tym razem przysłonięte zostały czerwonymi ćmami. Tak, przy wykorzystaniu koncepcji grupy Twożywo Žižkowe „Metastazy rozkoszy” zinterpretowała Hanna Gil-Piątek.

Rozpoczynanie jakiejkolwiek recenzji od opisu okładki książki nie jest może zgodne ze starym porzekadłem, jednak w tym wypadku okładka staje się doskonałą metaforą zawartości tomu myśli Žižka. W pierwszym momencie jest to zupełnie niezrozumiały obraz, przy drugim spojrzeniu zmienia się w ilustrację, która spaja w sobie ikoniczną już kontrowersję barokowego Berniniego z ciemną symboliką śmierci, nocnym motylem, ćmą lecącą do światła lub ognia, w którym zginie. Nie mniej ważna w tym połączeniu wydaje się symbolika duszy, emocji i kobiecości, połączenia katolicyzmu i wyobrażeń pogaństwa. Ta wielość kontekstów nie poddaje się jednoznacznej analizie. Tak też jest z pisaniem Žižka. Jest inkrustowane kulturą, przetykane Lacanem i często zapiera dech czytelnikowi. W taki sposób, że ten ostatni wielokrotnie wracać musi do już przeczytanych ustępów, ponieważ sam nie wie, jak i kiedy, czytając abstrakcyjne zapisy myśli autora „Lacrimae rerum”, znalazł się po drugiej stronie wstęgi Möbiusa.

Powtórzyć twierdzenia Žižka to właściwie przetworzyć Lacana, objaśniając go przy pomocy kultury popularnej. Autor „Metastaz rozkoszy” sam niejednokrotnie kokietuje, twierdząc, że mówiąc o Lacanie, sam przed sobą musi go sobie wyjaśniać na mniej abstrakcyjnych pojęciach, najczęściej przy pomocy filmowych fabuł. Oczywiście takie autotematyczne wtręty są tylko ozdobnikiem, puszczeniem oka do czytelnika/czytelniczki, który/a zgubił/a się między kolejnymi płaszczyznami abstrakcji. Wówczas nagle i wspaniałomyślnie Žižek spuści nam z góry drabinę czy też przeciwpożarowe schody, a my wejdziemy stopień po stopniu, próbując uwierzyć w to, że kolejne wyjaśnienie nie będzie następną komplikacją. Zaskakujące, że jest to lektura, której się nie porzuca; wchodzi się po tych przeciwpożarowych schodach, nie planując ucieczki. Jak te czerwone ćmy na okładce, też polecą w ogień. Może właśnie na tym polegają owe metastazy, a więc także chorobowe przerzuty, a nie tylko zwykłe przemieszczenia rozkoszy.

Najnowsze polskie tłumaczenie tekstów Žižka zawiera sześć esejów oraz aneks, w którym autor rozmawia sam ze sobą. Aneks dość historyczny, bo sprzed dwudziestu lat, mimo tego czytany dzisiaj w Polsce odsłania kilka ważnych rzeczy. Dla przykładu, zastanawiając się nad socjalistyczną edukacją, Žižek idzie za powszechnym twierdzeniem, wedle którego ówczesny system był porażką, ponieważ zamiast stworzyć człowieka oddanego, stworzył człowieka cynicznego – człowieka, który brał udział w poszczególnych zebraniach, rytuałach, ale wewnętrznie pozostawał zdystansowany, ważniejsza pozostawała dlań jego prywatna przyjemność. W tym miejscu zazwyczaj upatruje się porażki socjalistycznej edukacji. Wystarczy jednak zapytać, co w chwili, gdy założony cel owej edukacji został właśnie osiągnięty? Bądź cyniczny, wiedz, że nie masz na nic wpływu, bądź poza systemem, ale wciąż na jego usługach, załatwiaj sobie swoje małe sprawy, bo właśnie w ten sposób podtrzymasz ustalony system władzy. Nie ślepą wiarą, nie oddaniem, wszak wielokrotnie zdarzało się, że ci najbardziej oddani „popełniali błąd” i musieli zostać poddani reedukacji. To najprostszy przykład konstrukcji myśli Žižka, który nie tyle będzie szukał pod spodem, ale na powierzchni, tyle że zawsze patrząc z ukosa. Ów przykład zacznie żyć w pełni, gdy pozbawimy go historycznej abstrakcji i spróbujemy przedstawić przy pomocy tego, co w ostatnich miesiącach dzieje się w Polsce wokół kategorii gender. Zastanowić należałoby się, kogo obecnie „reprodukują” władze Kościoła katolickiego. Nie kilkanaście tysięcy walczących genderystek i genderystów, a miliony tych, którzy się nie opowiedzą po żadnej ze stron, bo po co? Z problemem i tak rozprawią się hierarchowie i dyrektorzy szkół, nam nic się nie stanie, bo my wiemy, że oni i tak zrobią to, co chcą, tymczasem my będziemy i tak robić to, co dla nas będzie najlepsze. To zapewni wzmocnienie instytucji Kościoła, wróg pozostanie na zewnątrz. Z wewnętrznym wrogiem instytucja poradzi sobie wewnętrznie. W artykulacji wojny genderowej nie idzie przecież o wyjaśnienie i pojednanie, a o zachowanie status quo. Patrząc na to z ukosa, widać coś jeszcze – rolę demokratycznych władz państwa, które są z boku. Nie tyle stoją i się biernie przyglądają, co działają, spełniając własne przyjemności. Do tego doprowadza cynizm rozkoszy. W tym wypadku zapytać jednak należy, gdzie leży rozkosz feministek i genderystów? Tego niestety nie wiem, ale sam Žižek zdaje się wiedzieć, gdzie leżeć może rozkosz kobiety.

Ani Lacana, ani Žižka nie da się czytać w próżni, stąd przywołane feministki i genderyści. Ci nie są tutaj jednak polem przypadkowym, bo zestaw sześciu esejów składających się na „Metastazy rozkoszy” mówi o kobietach i przyczynowości. Trudno jednak orzec, by, jak to bywa najczęściej w kulturze, kobieta została przez Žižka określona Innym. Po pierwsze dlatego, że już na przykładzie Sarajewa i Bałkanów zwraca on uwagę na kondycję Innego, który najczęściej jest po prostu odbiciem obrazu fundowanego przez patrzącego – wystarczy przypomnieć tu casus plemiennego tańca, który istniał tylko w głowach podróżników/odkrywców i powstał na ich zlecenie. Wszystko dzięki inteligencji Innego, który odnalazł się w przydzielonej mu roli. Po drugie dlatego, że za Lacanem autor Metastaz powie, że kobieta w ogóle nie istnieje, jest pustym polem. Podobnie jak mężczyzna. Nie będzie to jednak miało związku z problemem cytowania niedoścignionego ideału, a z Lacanowskim podważeniem podmiotu, ale też budowaniem owego podważenia poza esencjalną seksualnością owego podmiotu, bez jej zgłębiania, jak gdyby przegapiając możliwości, które owo zgłębianie by przyniosło. Zatrzymanie się w tym miejscu dało asumpt do feministycznych odczytań myśli Lacana, do jego krytycznych kontynuacji stworzonych przez Kristevę czy Irigaray. Ten sam krytykowany przez badaczki brak otwarcia czy wycofanie wykorzystuje też Žižek, który w tym punkcie myśli Lacana widzi możliwość nowego odczytania najsłynniejszego tytułu Otto Weiningera. Z owego odczytania według Žižka wynika, że tylko kobieta „dzięki niespójności swego pragnienia, osiąga dziedzinę »poza Fallusem«. Tylko kobieta ma dostęp do tej Innej (niefallicznej) rozkoszy” (str. 239). Žižek zakłada, że to właśnie ta konstrukcja, ta wiedza pchnęła autora „Płci i charakteru” do samobójstwa. To według słoweńskiego lacanisty ma też podkreślać autentyczną podmiotowość stanowiska Weiningera. Z kolei powyższe przesłanki przekonują autora „Patrząc z ukosa” do twierdzenia, że Weiningera nadal warto czytać (sic!). Takie stwierdzenie kończy szósty, ostatni esej Žižka. Ja jednak czytam to twierdzenie jako kolejną intelektualną zaczepkę, bo jeśli w sferze kreślenia podmiotowości wypada się z tym stwierdzeniem zgodzić – zawsze będziemy nieudaną całością (nieważne czy według Lacana, Derridy, Foucalta czy Butler), tak ponownej lektury „Płci i charakteru”, bez krytycznego aparatu bliskiego Žižkowi sobie wyobrazić nie potrafię. Chyba, że byłaby to lektura historyczna. Ale być może to już tylko moje ograniczenie.
Slavoj Žižek: „Metastazy rozkoszy. Sześć esejów o kobietach i przyczynowości”. Przełożył Marek J. Mosakowski. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.