Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Radosław Pisula,

NIEZWYKŁY TALENT LUTHERA STRODE'A

A A A
Komiks zagraniczny
Każdy zna historię „narodzin” Spider-Mana. Peter Parker – szkolne popychadło z nosem zanurzonym w książkach – zostaje pewnego dnia ukąszony przez radioaktywnego pająka. Zyskuje niezwykłe moce, upaja się nimi, aż w końcu jedna egoistyczna decyzja na zawsze zmienia jego życie. Z winy chłopaka ginie wujek Ben – moralny kompas Parkera. Bohater uczy się w końcu, że z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność. Postanawia więc wykorzystać swoje umiejętności do szerzenia prawa oraz porządku, zostając jednym z największych herosów, jakich widział świat.

Co by się stało, gdyby taka niezwykła moc trafiła do chłopaka, który został pozbawiony „klasycznego”, opartego na empatii wychowania? Jeśli zastąpilibyśmy poczciwych, dobrodusznych staruszków zastraszoną matką oraz podłym ojcem kryminalistą? Do czego zdolny byłby taki młodzieniec? Jak wykorzystałby niezwykłe umiejętności? Czy dzieciaki wychowane przez popkulturę mają jeszcze szanse działać w imię dawnych wartości?

Dla Justina Jordana przygody Luthera Strode’a były pierwszym dużym projektem zrealizowanym w komiksowym przemyśle. Podobnie rzecz miała się w przypadku rysownika Tradda Moore’a, który dopiero co ukończył szkołę artystyczną. Autorzy nie mają się jednak czego wstydzić, ponieważ stworzyli jeden z najoryginalniejszych komiksów ostatnich lat, a rangę tego dokonania zwiększa fakt, iż działali na do bólu wyświechtanym polu, jakim są opowieści o nastoletnich superbohaterach.

Historia zaczyna się według Hitchcockowskiej zasady – od trzęsienia ziemi. Poznajemy wielkiego, zamaskowanego bohatera, stojącego w otoczeniu przerażająco zmasakrowanych zwłok wypełniających cały zakrwawiony pokój. Krótka reminiscencja. Tym razem śledzimy kolejne kroki wychudzonego nastoletniego blondyna, Luthera Strode’a, w którego ręce wpadł egzemplarz „Herkulesowej metody”: jednego z poradników pomagających każdemu przemienić się z chuchra w muskularnego hegemona. O dziwo, ćwiczenia zawarte w publikacji zaczęły przynosić efekty i cherlawy nerd w ciągu krótkiego czasu stał się ludzkim buldożerem. Dzięki temu szybko poradził sobie z nękającymi go „byczkami”, odważył się odezwać do przebojowej Petry, a nawet całkiem przypadkowo rozpoczął karierę superbohatera. Niestety, pozorną sielankę przerywa tajemniczy brodaty dżentelmen (mocno związany z „Herkulesową metodą”), określający się mianem Bibliotekarza, który zostawia za sobą szlak połamanych kości oraz morze posoki. Odtąd wydarzenia zaczynają gnać na złamanie karku, a Luther powoli uświadamia sobie, że w realnym świecie żywot zamaskowanego herosa naznaczony jest głównie tragediami.

Debiutancki album Justina Jordana często porównywany jest z „Kick-Assem” Marka Millara, co jest dość krzywdzące, ponieważ młody scenarzysta uderza w swojej historii w całkiem inne tony. Nie mówi o chłopaku, który jest zafascynowany superbohaterami i chce zostać jednym z nich. Przedstawia opowieść o dzieciaku, który naprawdę zdobywa moce, chociaż wcale na to nie liczył. Bardzo łatwo znaleźć tutaj elementy wspólne z historią Petera Parkera, jednak fabuła Jordana przedstawia tę wizję we współczesnej otoczce. Nie jest to już dzieło z ery Stana Lee, kiedy kolorowi bohaterowie wesoło okładali się z jeszcze barwniejszymi złoczyńcami. Scenarzysta ma świadomość tego, jaki historyczny bagaż na nim ciąży oraz które popkulturowe nurty oddziaływały na fikcyjne życie nastoletnich bohaterów w czasach jego dzieciństwa. Z tego powodu cała historia jest przesiąknięta wpływem slasherów – jednego z podgatunków horroru, którego ikonami stali się Jason Voorhees i Freddy Krueger. Szczególnie widoczne jest to w aspekcie wizualnym, gdyż komiks stopniowo zmienia się w coraz większą orgię krwi, doprowadzoną do gargantuicznego ekstremum.

Taka konstrukcja fabularna od razu przywodzi na myśl filmy ze wspomnianymi wcześniej maniakami. Z tą zmianą, że w rolę niezniszczalnego protagonisty wciela się poczciwy chłopak, powoli odchodzący od zmysłów. Ubrany niczym Michael Myers z serii „Halloween” – w czarny kombinezon i białą maskę (nie mówiąc już o tym, że dzieli nazwisko z żeńską bohaterką stawiającą czoła złoczyńcy w filmie Johna Carpentera) – wyrywa kończyny, łamie kręgosłupy i dusi ludzi ich własnymi flakami, próbując jedynie uratować swoich bliskich.

Przemoc rodzi przemoc, a ostateczne ujście nagromadzonej energii następuje w wybuchowym finale. Czy w walącym mu się na głowę świecie bohater „wyjdzie na ludzi”, wygra z demonami przeszłości i znajdzie (chociaż malutkie) światełko w tunelu? Czy naprawdę różni się w jakiś sposób od, powiedzmy, Punishera? A może to Frank Castle jest po prostu zwyczajnym slasherowym mordercą? Musicie przekonać się o tym sami.

Opowieść Jordana to wielki popkulturowy miks. Szybko trafiamy na źródła, które stanowiły fabularną podstawę opowieści. Na ścianach pokoju młodego bohatera wiszą plakaty z „All-Star Supermanem”, „Akirą” oraz „Cosiem” wspomnianego już Carpentera, a w dialogach pojawiają się nawiązania do Nietzschego, komiksowego Batmana, „Podziemnego kręgu” czy nawet „Wall Street” Olivera Stone’a. To wielka mozaika, która poprzez utarte schematy umiejętnie opowiada spójną historię.

Mimo że w ostatniej dekadzie mieliśmy na rynku zatrzęsienie świetnych opowieści przedstawiających młodych bohaterów („Blue Beetle”, „Invincible”, „Firebreather”, „Runaways”, „Young Avengers”), to Luther Strode z gracją dotrzymuje im kroku za pomocą obranej konwencji oraz umiejętnego skupienia na bohaterach w tym festiwalu krwi. Oczywiście komiksowi można zarzucić pewne uproszczenia w kreacji postaci (Bibliotekarz pozostaje do końca jedynie tajemniczą maszyną do zabijania) i – przynajmniej na pierwszy rzut oka – zbytnie podporządkowanie wszystkiego brutalnej „rozwałce”. Jednak są to wady, które nie wpływają znacząco na wysoką jakość całości.

W kwestii oprawy wizualnej Tradd Moore nie mógł sobie chyba wyobrazić ciekawszej pozycji do graficznego portfolio. Niezwykle dynamiczne, na poły kreskówkowe rysunki, wykorzystujące dużą liczbę linii wspomagających imitację ruchu, a także pogłębiające emocje na twarzach protagonistów, mogą służyć za wzór umiejętnego przedstawiania komiksowych walk. Szczególnie, że Moore mógł tutaj zaprezentować całą gamę anatomicznych szczegółów, których próżno szukać w mainstreamowych tytułach. Łamane żebra, kruszone czaszki, wyrywane głowy, odcinane palce, wyłupiane oczy i fontanny krwi – wszystko to tworzy niezwykle oryginalny klimat, bez którego fabuła Jordana straciłaby większość swojej mocy. Trzeba też wspomnieć o kolorach Felipe Sobreiro – żywych, podkreślających kreskówkową naturę komiksowej przemocy.

Justin Jordan stawia naprawdę ciekawe pytania związane z kondycją współczesnych nastolatków i sensem dalszego funkcjonowania superbohaterskiego mitu. Czy bez wujków Benów w pobliżu oraz ich dobrego słowa można w jakiś sposób okiełznać niezwykłe moce? Autor bardzo umiejętnie rozkłada też emocje oraz wie, kiedy uderzyć czytelnika przysłowiowym obuchem w głowę. Historia zaplanowana jako trylogia (kolejne odsłony to „Legenda Luthera Strode” oraz „Dziedzictwo Luthera Strode”) w świetny sposób ustawia pionki na planszy oraz charakteryzuje nietuzinkowego protagonistę. Czytelnik momentalnie chce więcej, ponieważ scenarzysta w gruncie rzeczy nie zarysował jeszcze potencjału, który drzemie w budowanej powoli mitologii. Należy również pamiętać, że „The Strange Talent of Luther Strode” to po prostu komiks, który ma zapewnić niezłą, choć ultrabrutalną rozrywkę. Trudno znaleźć inny tytuł, który z tak chirurgiczną precyzją potrafi przedstawiać defragmentację ludzkiego ciała.

Rozterki wieku dojrzewania, komiksy, Spider-Man, Michael Myers, wielkie tajemnice enigmatycznych stowarzyszeń, bardzo dobre rysunki oraz hektolitry przelanej posoki? A wszystko to sensowne oraz intrygujące? Polecam, bo rzadko zdarza się, że komiks superbohaterski dostaje tak siarczystego kopa w swoje podstawy.
Justin Jordan, Tradd Moore, Felipe Sobreiro: „The Strange Talent of Luther Strode”. Wydawnictwo Image Comics.