Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Anna Zagórska,

RZECZ O REALNOŚCI ROZSZCZEPIANEJ

A A A
Ponoć prozę Wiktora Pielewina czyta znakomita większość trzydziestolatków w moskiewskim metrze i należy złożyć kondolencje temu, kto owej lektury nie doświadczył. Ponoć w osobie pisarza mamy do czynienia z najbardziej tajemniczym, a i najbardziej wpływowym rosyjskim intelektualistą, którego twórczość przypomina swoisty literacki „Matrix”. Niezależnie od pochwał, zachęt i smakowitych porównań – od których aż puchnie czwarta strona okładki – warto otworzyć „Napój ananasowy dla pięknej damy” wydany właśnie przez W.A.B., by przez pryzmat własnego doświadczenia przekonać się o magnetycznej sile tej prozy.

„Napój ananasowy…” to proza patchworkowa. Płaszczyzny pozornie odmienne przeplatają się tu ze sobą bezustannie. Bohaterowie przenikają i rozwarstwiają własną tożsamość, podając w wątpliwość epistemologiczne przyzwyczajenia odbiorców. Intryguje choćby głęboko eksplorowana przez Pielewina płaszczyzna literackiej niemożliwości, fantastyczności. Autor „Napoju ananasowego…” odwołuje się w tym wypadku do sprawdzonych mistrzów. Wydaje się, że korzysta – świadomie, celnie, trafnie – z najlepszych narodowych tradycji, z mistrzostwa samego Bułhakowa. Wykorzystywane przez Pielewina chwyty i proponowane obrazy to ciemna fantasmagoria, która wychodzi spod ręki demonicznego prestidigitatora.

Zło, Bóg, polityka, ciemność, cienie – to tylko kilka dominant prozy Pielewina, kilka punków zaczepienia opowiadanych przez jego narratorów historii. Wydaje się, że w Pielewinowskich przestrzeniach, w załomach i za winklami, skrywają się postaci wyjęte wprost z Bułhakowskiej prozy. A nawet jeśli niepodobna będzie ich odnaleźć, to na pewno tożsama będzie aura tych powieści, wspólne przyzwolenie na niejednoznaczność i grozę pomieszanych porządków. W niedawno wydanym zbiorze „Inne przestrzenie, inne miejsca” Dariusz Czaja pisał o Wenecji jako o mieście, którego „status ontologiczny od samych początków odznaczał się trwałą i nieredukowalną dwuznacznością” (s. 138). Także rosyjskie przestrzenie noszą w sobie nieco z rozchwiania, o którym wspominał autor „Lekcji ciemności”. Także miastom Pielewina brakuje owej trwałej, mocnej realności. To miejsca rozproszenia, rozedrgania, palimpsestowe fenomeny, które rozwarstwiają się wyłącznie w imaginacyjnym krajobrazie. Nad tą mroczną przestrzenią niejasną, wiecznie nicowaną, odwracaną bezustannie przez spotkania najczystszego sacrum z najbardziej gorzkim profanum, roztacza się Baudelairowska otchłań, Micińskiego ostateczny gwiezdny mrok.

Moc prozy Pielewina to moc zderzania, konfrontowania i spajania przeciwieństw. Humor, który jest nieodłączną częścią opowiadanych przez rosyjskiego prozaika historii, nie jest humorem oczywistym. Próżno szukać w nim ukojenia, próżno oczekiwać jasnego, świetlistego śmiechu. To raczej humor ciemnej strony ludzkiej egzystencji. Humor odważny, satyryczny, czarny. Humor roztrzęsienia i niepokoju. Humor grozy i wewnętrznych dysonansów. Jego linie przeplatają się z obawą i lękiem, z epistemologicznymi niewiadomymi i ontyczną nieoznaczonością Śmiejemy się z Dżordżajasza, parabiblijnego wcielenia George’a W. Busha, ale nasze usta są jednocześnie wykrzywione, dusza poruszona. To humor odwagi i ryzyka. Śmiech z politycznych czy społecznych paradoksów, z absurdów i niekonsekwencji rzeczywistości. Ale to także humor osadzony na niedopowiedzianym, śmiech wkradający się w szczeliny istnienia, wypełniający niedopowiedzenia metafor, wśród których egzystujemy. To humor hipotezy i przypuszczenia, który rodzi się na styku doświadczalnego i niepoznanego, tajemnicy i wiadomości.

Spomiędzy humorystycznych obrazków, w które wplecione są zarówno tuzy rzeczywistości doczesnej, jak i giganci zaświatów, ujrzeć można sprawy wielkiej wagi. Postaci Pielewina nieraz dotykają rudymentarnych problemów, włączają się do fundamentalnych sporów, stają naprzeciw nierozwiązywalnym tajemnicom. Dżordżajasz Bush i jego adwersarz Tony (zapewne Blair) wykorzystani i przetworzeni przez Pielewina śmieszą. Uśmiech jednak zanika, gdy spod pozornie skarlałej – choć pozostającej w duchu teodycei – dyskusji wyłaniają się dylematy jak ten: „– Wtedy Tony zastanowił się chwilę – ciągnął Bush – i powiedział, że może sformułować to pytanie całkiem prosto. Skoro Bóg jest dobry i wszechmogący, to dlaczego na świecie istnieją cierpienie i zło? Dlaczego były Auschwitz i Gułag? I nie wiedziałem, Panie, co odpowiedzieć. I nie wiem również teraz… […] Po co nam taki Bóg?” (s. 72-73).

I gdy Siemion Lewitan, mieszkaniec Odessy, splotem niewiarygodnych okoliczności obecny w głowie Busha w postaci wewnętrznego głosu boskiego, odpowiada amerykańskiemu prezydentowi: „Po co wam taki Bóg? Zaiste, nie jest wam potrzebny. Ale innego Boga dla was nie mam…” (s. 73), to z humorystycznej opowiastki pozostaje już tylko głęboka, gorzka refleksja.

Pielewin nie obawia się zrywać owoców z ponowoczesnego drzewa poznania Dobrego i Złego. Wkrada się wraz z kreowanymi przez siebie postaciami do samego wnętrza świata. Rozkłada i rozmontowuje wielkie teorie, prześwietla politycznych prominentów – nie tylko prezydentów Stanów Zjednoczonych – chce dopowiedzieć (a i dozmyślać, posługując się neologizmem z „Lubiewa” Michała Witkowskiego) historie nieznane, niepoznawalne, tajne i niejawne (choćby zasady działania bezzałogowych samolotów szpiegowskich). Wykorzystując za matrycę świat rzeczywisty i korzystając w pełni z dobrodziejstwa światów nierealnych, płaszczyzn transcendentnych oraz fantastycznych, Pielewin spisuje swoisty apokryf codzienności, apokryf czasów najnowszych, wypełniający lukę między oficjalnymi komunikatami a ludzką ciekawością. Giętkością swojej frazy rozbija skostniałe konstrukcje. Szczelinuje i rozwarstwia pozornie nienaruszalne przestrzenie. Jego światy opalizują, mienią się rozmaitymi sposobami istnienia. Nieoczywistość i nierealność osadzona głęboko w strzępach i fragmentach namacalnej rzeczywistości, jej wytworów i figur, szczególnie pociąga. Pielewin ze zdolnością magnetyzującego prestidigitatora rozszczepia pozornie monolityczną czasoprzestrzeń. Uchyla drzwi do historii nie tyle alternatywnych, co równoległych, zrodzonych gdzieś na przecięciu jawy i snu, marzenia oraz namacalności.

Fabuła, którą Pielewin proponuje w „Napoju ananasowym…”, jest lekka, ale wciągająca. Angażująca, bo niemożliwa, igrająca z aktualnymi niepokojami, zbiorowymi przeżyciami ostatnich lat. Narrator wyjaśnia chociażby fenomen przecieków pojawiających się ostatnio w przestrzeni Internetu poprzez niejaki WikiLeaks syndrome, wśród objawów którego znajdują się: „spowolniona reakcja na wydarzenia, spowodowana koniecznością dwu- i trzykrotnego analizowania podejmowanej decyzji; […] przesadnie poprawny politycznie, sformalizowany i sterylny język (co […] niesłychanie komplikuje kierowanie sytuacją w warunkach bojowych)” (s. 148).

Przez tak ukształtowane odniesienia i wybraną przez Pielewina artystyczną formułę przenika nie tylko niewinna igraszka z rzeczywistością światów nie-przedstawionych, ale i – przebijający zza humoru – przyczynek do dyskusji nad skutkami działań whistleblowers, efektami, jakie rodzi zamieszanie prowokowane i celowe. Przenika również całkiem poważny namysł nad rzeczywistością, jej wykrzywieniami, wynaturzeniami, wariacjami.

Nierzeczywista rzeczywistość prozy Pielewina podaje w wątpliwość wszelkie zdroworozsądkowe uproszczenia, łamie przyzwyczajenia, wykpiwa liczmany. To świat fluktuacji, niekończących się przepływów, gdzie dosadna dosłowność wiąże się z nieuchwytnością metafory. Znów na myśl przychodzi Bułhakowska lekkość frazy spajającej dosłowność z urokiem niemożliwego, tchnieniem iluzji. Twórczość autora „Napoju ananasowego…” to proza, w której namacalne spotyka iluzoryczne, gdzie świat prostackiej, przaśnej i dojmująco codziennej polityki łączy się z bytami ontycznie zachwianymi, tworami myślenia abstrakcyjnego i transcendentnej strony rzeczywistości. Tu swoje miejsce odnaleźć może George W. Bush rozmawiający z boską emanacją w krzewie gorejącym. Implant dentystyczny przekazujący głos Stwórcy. Bezzałogowe drony bliższe siłom nieczystym niż wojskowemu wyposażeniu.

Lektura najnowszej książki Pielewina skłania do pewnego interpretacyjnego dylematu. Siła prozy Pielewina może bowiem paradoksalnie stać się także jej zagrożeniem. „Napój ananasowy...” przyciąga i urzeka przejmującą aktualnością dalszych planów świata przedstawionego, na które naniesiona jest odrealniona i wyabstrahowana z aktualnych rozterek historia. Co jednak, gdy odniesienia się zdezaktualizują? Gorące obecnie sprawy zbledną pokryte kurzem przepływającego czasu? Czy Pielewin nadal będzie przyciągał i magnetyzował czytelników? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Zamiast rozterek proponuję więc lekturę.
Wiktor Pielewin: „Napój ananasowy dla pięknej damy”. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2013.