Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Michał Paweł Urbaniak,

DZIWNE LOSY CHARLOTTE BRONTË

A A A
Wstęp

Jeszcze do niedawna polski czytelnik mógł się zaznajomić jedynie z częścią dorobku sióstr Brontë (wielokrotnie wznawiano „Dziwne losy Jane Eyre” i „Villette” pióra Charlotte Brontë oraz „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë). Obecnie ich twórczość przeżywa prawdziwy renesans na gruncie polskim. W ostatnich latach wydano pozostałe powieści Charlotte („Shirley” w 2011 roku, a rok później „Profesora”), a także prozę Anne Brontë – trzeciej piszącej siostry, dotychczas nieznanej polskiemu odbiorcy (jej powieści „Lokatorka Wildfell Hall” i „Agnes Grey” ukazały się w 2012 roku). Publikacja tych książek daje polskim literaturoznawcom możliwość nowego odczytania twórczości tych znakomitych angielskich pisarek. Taką interesującą próbę podjął Eryk Ostrowski w „Charlotte Brontë i jej siostrach śpiących”. Badacz mierzy się nie tylko z dorobkiem literackim Charlotte, Emily i Anne, ale również z brontëańską legendą (utrzymuje, że cała spuścizna literacka, jaką historia literatury zwykła przypisywać trzem siostrom, wyszła spod pióra jednej z nich – Charlotte. W niniejszym szkicu nie będę trzymał się założeń tej teorii). 

„Villette” Charlotte Brontë to powieść wyraźnie niedoceniona. Wydana po raz pierwszy w Polsce w 1939 roku, nigdy nie cieszyła się taką popularnością, jak „Dziwne losy Jane Eyre” czy „Wichrowe Wzgórza” (na marginesie warto nadmienić, że te dysproporcje odbijają się również w liczbie ekranizacji – filmowcy chętnie przenoszą na wielki lub srebrny ekran perypetie Jane Eyre czy dzieje wyniszczającej miłości Heatcliffa i Katarzyny Earnshaw, natomiast „Villette” sfilmowano dotąd zaledwie raz). Skąd bierze się dystans współczesnych czytelników do tej książki (którą nota bene bardzo wysoko ceniły takie pisarki, jak George Eliot czy Virginia Woolf)? Być może ponowne wydanie „Villette” (opatrzone wstępem Eryka Ostrowskiego) – choć nie stanowi na gruncie polskim tak ważnego kulturalnego wydarzenia, jak na przykład publikacja książek Anne Brontë – pozwoli ów dystans zweryfikować.

Fikcja inspirowana rzeczywistością

Wszystkie powieści Charlotte Brontë noszą silne znamiona autobiograficzne – słynna „Jane Eyre” w pierwszym wydaniu została opatrzona nawet podtytułem „autobiografia” (w tej książce Brontë dokładnie opisała m.in. własne ciężkie przeżycia w szkole w Cowan Bridge i zmarłą na gruźlicę starszą siostrę Marię). Z kolei „Shirley” – pisana częściowo po nieoczekiwanej śmierci dwóch kolejnych sióstr – jest swoistym hołdem złożonym ich pamięci (Shirley Keeldar to literacki portret Emily, z kolei Caroline Helstone – druga z bohaterek – ma wiele rysów Anne). „Profesor” – chronologicznie pierwsza powieść Charlotte Brontë, choć wydana dopiero po jej śmierci – odwołuje się do okresu, w którym pisarka z Haworth przebywała na pensji w Brukseli w charakterze nauczycielki. Wtedy też obdarzyła gorącym uczuciem swego żonatego mentora Constantina Hégera. Tę nieszczęśliwą miłość (mężczyzna ostatecznie odrzucił awanse zakochanej uczennicy i wkrótce praktycznie zerwał znajomość) Brontë dwukrotnie przerobiła na literaturę – w debiutanckim „Profesorze” i w swojej ostatniej powieści – „Villette”. W pierwszej tytułowy bohater, nauczyciel angielskiego w brukselskiej szkole z internatem, próbuje się połączyć z ukochaną kobietą, cudzoziemską uczennicą, wbrew intrygom wyrachowanej dyrektorki Zoraïde Reuter (prototypem tej ostatniej była żona Hégera). W „Villette” narratorką jest przebywająca w fikcyjnym kraju Labassecour, wzorowanym na Belgii, angielska nauczycielka. Powoli między nią a charyzmatycznym wykładowcą literatury rodzi się uczucie – jednak ta para ma przeciwników, m.in. bezwzględną Madame Beck, przełożoną pensji. Bardzo ogólny zarys problematyki ma na celu jedynie ukazanie wyraźnego powiązania między dwiema powieściami Charlotte Brontë i jej życiorysem. Rzetelnej interpretacji „Villette” musi towarzyszyć autobiograficzny klucz. Bo też główna bohaterka – Lucy Snowe – to nie kto inny, jak sama autorka „Shirley”, a „Villette” można uznać za zapis jej miłosnych niepowodzeń.

Zimna jak śnieg

W „Villette” dwudziestoparoletnia Lucy Snowe w tajemniczych okolicznościach traci wszystkich bliskich. Pozbawiona perspektyw na przyszłość, w desperacji najpierw podejmuje się opieki nad zniedołężniałą i dość apodyktyczną panną Marchmont, a po jej śmierci wyrusza w podróż do odległego Labassecour, aby zacząć nowy rozdział życia. Przypadkiem dostaje pracę jako bona, a później nauczycielka angielskiego w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt w mieście Villette. Zakład prowadzi Modesta Maria Beck – kobieta niewątpliwie mądra, ale przede wszystkim fałszywa, bezwzględna i przebiegła, kontrolująca wszystko dzięki utrzymywaniu dokoła siebie całego sztabu szpiegów (ta świetnie skrojona postać stanowi bardziej wyrazistą wersję Zoraïde Reuter z „Profesora”). Lucy stara się odnaleźć w nowym otoczeniu – poznaje zwyczaje panujące na pensji, osiąga pierwsze sukcesy w nauczaniu, nawiązuje nowe znajomości, natrafia na ślad dziwnej tajemnicy, wkrótce też zakochuje się.

Wydaje się, że wiele łączy „Villette” z najsłynniejszą książką Charlotte Brontë – „Dziwnymi losami Jane Eyre”. W obu występuje mnóstwo zbliżonych motywów: postać niezależnej kobiety, trójkąt miłosny, elementy rodem z powieści gotyckiej (w „Villette” wariatkę na strychu zastąpi zjawa mniszki), rozdzielenie kochanków, wyjazd mężczyzny do Indii czy nieoczekiwane wzbogacenie się to niektóre z nich. Jednak drobne zbieżności fabularne w tym przypadku nie świadczą o znacznym podobieństwie obu powieści. Można śmiało stwierdzić, że „Villette” to zasadniczo pozbawione akcji błyskotliwe studium kobiety udręczonej. Warto przypomnieć okoliczności, w jakich w tamtym okresie tworzyła autorka „Profesora”. Przybliża je np. Anna Przedpełska-Trzeciakowska w znakomitej biografii rodziny z wrzosowisk: „W takim nastroju, otoczona cieniami zmarłych, zagrożona chorobą, walcząca z własną rozpaczą jak z grzechem śmiertelnym, by ją zmienić w rezultacie na smutny, przepojony cierpieniem fatalizm – pisała Charlotta [Przedpełska-Trzeciakowska używa spolszczonych wersji angielskich imion – przyp. mój – M. P. U.] swoją ostatnią powieść. Stan cierpienia, który akceptowała w 1852 roku jako trwały – stał się udziałem życia bohaterki Villette, stał się po prostu jej losem” (A. Przedpełska-Trzeciakowska: „Na plebanii w Haworth”. Warszawa 1990, s. 340).

Lucy Snowe zdaje się zimna i nieprzystępna (na jej chłód wskazuje już samo nazwisko zbliżone do angielskiego snow, czyli śnieg). Tłumi w sobie wszelkie uczucia i emocje tak, by nie zdradzić się z nimi. Nie daje się dobrze poznać innym bohaterom, dla każdego przybiera inną maskę (nawet czytelnik nie może dowiedzieć się o bohaterce zbyt wiele – jej narracja jest sucha, oszczędna). Sama o sobie mówi: „Przy całej bierności i małomówności, przy całym pozornym chłodzie na myśl o przeszłości czułam, że w mojej piersi bije serce zdolne do głębokiego odczuwania. W stosunku do teraźniejszości lepiej było zachować surowy stoicyzm, a do przyszłości – przyszłości takiej jak moja – nieczułość i martwotę głazu. Odrętwienie to skutecznie powściągało właściwą mej naturze żywość uczuć”. To pozostawanie w odrętwieniu pozwala na przypuszczenie, że Lucy jest jak gdyby umarła (nie bez przyczyny porównuje swoją podróż do przeprawy Styksem – tak jakby po drugiej stronie miała być już tylko śmierć), a w każdym razie od życia nie oczekuje niczego, chce pozostać w cieniu, całkiem niewidzialna. Jednocześnie dręczą ją nienazwane demony: „żyłam jakby w podwójnym świecie: duchowym i realnym. Myślami przebywałam w dziwnej krainie upiornych rojeń i fantazji, a moje czyny ograniczały się do zdobywania chleba powszedniego i zapewniania sobie dachu nad głową całodzienną pracą zarobkową”.

Jednocześnie Lucy fascynuje inny rodzaj życia, odmienna realizacja kobiecości – choć ona sama boi się do tego przyznać. Podziwia zarówno aktorkę, która wyraziście wciela się w rolę królowej opanowanej przez moce nieczyste i uzewnętrznia swe uczucia, jak i rozleniwioną Kleopatrę eksponującą rozległe ciało na jednym z obrazów w galerii. Oczywiście te obserwacje i towarzyszące im myśli zaraz zostają wyparte, tak jak w konfrontacji ze wspomnianym wizerunkiem Kleopatry: „Siedziałam, przyglądając się temu dziełu z podziwem (…). Im dłużej wpatrywałam się w obraz, tym mniej miałam wątpliwości, że (…) całość stanowiła olbrzymie, obliczone na efekt smarowidło”. Tego rodzaju powściągliwość, wieczne tłumienie uczuć, a wreszcie samotność, na którą Lucy sama się skazuje przez swoje postępowanie, prowadzą w końcu do załamania nerwowego (prawdziwie przejmujący to opis depresji, może dlatego, że dyktowany własnym doświadczeniem autorki „Profesora”, jak wiadomo z jej korespondencji). Bohaterka częściowo zwalcza poczucie pustki, przystępując do spowiedzi w kościele katolickim. Jednak w gruncie rzeczy nie ma dla niej ukojenia – jest skazana na klęskę. Przebłyski chwilowego światła w życiu Lucy zaraz spowija cień. Tu nawet wyznanie miłości poprzedza długoletnią rozłąkę kochanków. Jednak – inaczej niż w „Dziwnych losach Jane Eyre” – bohaterka i jej ukochany prawdopodobnie już do siebie nie wrócą. Co prawda Brontë zwieńcza „Villette” otwartym zakończeniem (Monsieur Paul mógł albo zginąć na morzu podczas burzy, albo ocaleć), a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że ponowne połączenie tej pary nigdy nie nastąpiło. Przemawia za tym choćby ton wyznań Lucy Snowe, która opowiada swoją historię wiele lat później – brak w tym poczucia absolutnego szczęścia (wypełniającego na przykład epilog „Dziwnych losów Jane Eyre”). Nie bez znaczenia wydaje się też nazwanie statku, na którym Paul Emanuel popłynie do Indii imionami wziętymi z literatury miłosnej: „Paweł i Wirginia”. To oczywiste odwołanie do sentymentalnego romansu Saint-Pierre’a. Tytułowych bohaterów rozdzieliło morze (Wirginia pod wpływem namów spowiednika udaje się do Europy). Podobnie jak w „Villette” – tymczasowa rozłąka ostatecznie okazuje się rozłąką wieczną (powracająca do ukochanego Pawła dziewczyna ginie w katastrofie morskiej).

Dwie miłości

„Villette” wyróżnia się znacząco na tle innych powieści Charlotte Brontë poprzez sposób poprowadzenia wątku miłosnego. Nie należy jednak zapominać, że w tym przypadku literaturę zainspirowało życie. Paul Emanuel – profesor literatury – to literackie odbicie Constantina Hégera, wielkiej miłości autorki „Shirley”. Z kolei Graham Bretton zwany doktorem Johnem ma swój rzeczywisty odpowiednik w osobie George’a Smitha – młodego wydawcy, z którym Charlotte Brontë mogła wiązać plany matrymonialne. Z początku może się wydawać, że powieść skończy się ślubem Lucy i doktora Johna (choć ten jest zakochany w próżnej i traktującej swoich wielbicieli jak zabawki Ginevrze Fanshave). To właśnie Bretton budzi uczucia narratorki, która ta po swojemu stara się stłumić – stąd na serdeczne listy mężczyzny pisze dwie odpowiedzi – jedną wyrażającą prawdziwe emocje (tę zachowuje dla siebie) i drugą odpowiednio stonowaną pozwalającą na utrzymanie odpowiedniego dystansu. Jednak nagłe milczenie doktora potęguje tęsknotę i w połączeniu z samotnością sprawia, że zakochana Lucy wpada w ciężką depresję. Zemdlawszy po odbytej w katolickim kościele spowiedzi, nieoczekiwanie trafia do domu Brettonów i zostaje otoczona troskliwą opieką. Odrodzona przyjaźń z Grahamem przynosi jej szczęście i spełnienie. A jednak ostatecznie Brontë ożeni doktora ze śliczną Pauliną „Polly” Home de Bassompierre. Na tę decyzję niewątpliwie miało wpływ pogrzebanie nadziei na małżeństwo z Georgem Smithem.  – tym należy tłumaczyć nagły i nieoczekiwany zwrot akcji (który nie podobał się wydawcy) i skierowanie zainteresowania Lucy z pełnego ciepła, przyjaznego doktora na apodyktycznego Monsieur Emanuela. Symbolicznym końcem pierwszej miłości jest zakopanie listów od Grahama Brettona. Niedługo potem Lucy przekona się – podczas jednego z przyjęć – że John właściwie jej nie rozumiał: „zdałam sobie sprawę z zupełnie opacznego ujmowania przez Grahama mojego charakteru i mojej natury. Chciał zawsze narzucać mi jakąś rolę, odmienną od mojej własnej. Natura moja i ja sama stawiłyśmy mu opór. Nie domyślał się wcale, co czułam, nie czytał w moich oczach ani w twarzy, ani też w gestach, mimo że wszystko to zdradzało wyraźnie stan mojej duszy”. Jednocześnie to Paul Emanuel dostrzega prawdziwą naturę Lucy – gorące uczucia skryte pod powłoką z chłodu. Niestety, pomimo takich zabiegów uzasadniających przeniesienie uczuć z jednego mężczyzny na innego, miłość w „Villette” nie przekonuje. Trudno odmówić Erykowi Ostrowskiemu racji, gdy stwierdza: „Gdyby uczucie Lucy do Grahama Brettona było miłością, wówczas nie oddałaby go walkowerem drugiej kobiecie, która wyskakuje tu jak przysłowiowy diabeł z pudełka (…). Gdyby też naprawdę kochała profesora Paula Emanuela, istniałby w niej w jakikolwiek sposób już wcześniej. Lecz nie zauważyła go, przechodziła mimo. (…) Dostrzegła go wówczas dopiero, gdy straciła nadzieję na Grahama” (E. Ostrowski: „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”. Kraków 2013, s. 162). W „Villette” miłość, która wygrywa wbrew przeciwnościom losu – gdyż zakochani i tak są sobie przeznaczeni – nie staje się udziałem Lucy Snowe i Paula Emanuela (do takiej przyzwyczaiła czytelnika Charlotte Brontë). A jednak tego rodzaju pomyślne zakończenie występuje w tej powieści – w osobach Grahama Brettona i Pauliny Marii Home de Bassompierre (kilka sporych akapitów zajmuje opis ich małżeńskiego szczęścia).

W tym miejscu należy poświęcić osobną uwagę postaci żony doktora Brettona, której przyjazd do domu Luizy Bretton – gdzie czasowo przebywa Lucy – otwiera „Villette”. Mała Polly reprezentuje wszystko to, czego brakuje Lucy. Wrażliwa dziewczynka nie boi się własnych uczuć, jest wręcz wulkanem emocji. Ponadto ma rodzinę (kochającego ojca), urodę i olbrzymi majątek. Obie właściwie stanowią dwie zupełnie odmienne płaszczyzny tej samej osoby. To nie przypadek, że narratorka oznajmia: „Jeśli istniał człowiek znający mnie naprawdę, była nim Paulina Maria”. Te słowa mogą dziwić – bo relacja Lucy i Polly niczym szczególnym się nie wyróżnia – chyba że potraktuje się te bohaterki jako jedną rozdzieloną na dwie postaci. Należy podkreślić, że nie jest to jedyny tego typu związek zachodzący w „Villette”. Umierająca Maria Marchmont – którą Lucy opiekuje się przed wyjazdem do  Labassecour – opowiada podopiecznej o swoim niedoszłym mężu, ukochanym Franku, który zginął w tragicznym wypadku. Załamana kobieta nigdy nie pogodziła się z tym ciosem. Historia Marii i Franka stanowi wyrazistą zapowiedź tego, co stanie się z Lucy i Paulem Emanuelem. Przypuszczalnie narratorkę „Villette” czeka taki sam los, jak jej dawną chlebodawczynię – jest skazana na samotność i wieczne cierpienie.

Nieustannie zdystansowana, chłodna i nieszczęśliwa Lucy ma zatem swoje odbicie w pannie Marchmont. Czemu jednak miałoby służyć zestawienie jej z Pauliną Home, której udziałem staje się samo szczęście? Warto posłużyć się w tym miejscu cytatem odnoszącym się do Pauliny i doktora Brettona: „Wierzę naprawdę w istnienie na ziemi ludzi urodzonych pod tak szczęśliwą gwiazdą, wychowanych w tak korzystnych warunkach, kierowanych, strzeżonych i ochranianych tak serdecznie od miękkiej kołyski, aż do późnego cichego grobu, że nie przenika do ich życia żadne nadmierne cierpienie, żadna chmura burzowa nie rzuca cienia mrocznego na drogę ich doczesnej wędrówki”. Tym dwóm skrajnie różnym kobietom przypadnie odmienny los – jedna otrzyma wszystko (czyli wywalczoną miłość - bo to największa nagroda dla bohaterek Charlotte Brontë), druga zostanie z niczym. „Villette” – tak jak wszystkie powieści córki pastora z Haworth – ma w sobie coś z baśni o Kopciuszku nagrodzonym uczuciem księcia. W wątku Polly i doktora Johna – zwieńczonym pomyślnym zakończeniem – autorka „Profesora” przedstawiła to, co nie urzeczywistniło się w życiu (małżeństwo z Georgem Smithem nie doszło do skutku). Spełnienie marzeń – czy raczej po prostu ich ukazanie - mogło się dokonać tylko za pośrednictwem literatury. Charlotte Brontë chciała być szczęśliwa jak Paulina Home – a jednak jej wiernym portretem, odartym ze znamion czarującej baśniowości, jest zdruzgotana Lucy Snowe, kobieta, która musiała pożegnać dwie największe miłości swojego życia.

Zakończenie

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnia powieść Charlotte Brontë – uznana przez krytyków za najlepszą w jej dorobku – nie zaistniała jeszcze należycie w świadomości polskich czytelników. Bardzo możliwe, że jej wznowienie zmieni ten stan rzeczy. „Villette” – choć miejscami przegadana, mało prawdopodobna i nienajlepsza pod względem konstrukcyjnym – jest jedną z pierwszych powieści psychologicznych. Ponadto w dziwnych losach Lucy Snowe można odnaleźć nie tylko wielką, ponadczasową literaturę, ale przede wszystkim fascynującą kobietę, jedną z legend literatury światowej - samą Charlotte Brontë.
Charlotte Brontë „Villette”. Przeł. Róża Centnerszwerowa. Wydawnictwo MG. Kraków 2013.